W poszukiwaniu idealnej wsi, czyli agroturystyka dla wymagającego mieszczucha

Nigdzie tak nie odpoczniesz jak na zabitej dechami wsi. Kto się o tym już przekonał, nie zamieni domu z okiennicami na luksusowy hotel. 123rf.com/COO
Luksus to pojęcie względne, także w kwestii wypoczynku. Dla sporej części Polaków to już nie pięciogwiazdkowy hotel, ale wiejska chałupa, z której okien rozpościerać się będzie widok na las, jezioro albo łąkę. Spokój, cisza, natura i jak najdalej od miasta – to właśnie to, o czym głównie marzą zmęczone mieszczuchy. Wybraliśmy się więc w Polskę w poszukiwaniu wsi spokojnej i pięknej… idealnej dla zmęczonych miastowych.

Nikt tak nie zrozumie zmęczonego mieszczucha jak inny zmęczony mieszczuch. Być może nie przypadkiem miejsca, które polecamy, stworzyli uciekinierzy z wielkich miast, którzy wielkie korporacje, redakcje czy firmy porzucili dla wiejskich chałup, ciszy, lasu, natury. To domy otwarte, w których nie tylko mieszkają, ale zapraszają do siebie innych, dając im nie tylko możliwość zaczerpnięcia świeżego powietrza, posmakowania prawdziwie domowego jedzenia, ale niekiedy podjęcia tak samo odważnych decyzji życiowych.



Nie dojedziecie tu pierwszym lepszym zjazdem z autostrady i tylko prostymi, wyasfaltowanymi szosami. Trzeba będzie wziąć mapę, ustawić GPS-a, przejechać czasem przez las, czasem skręcić w polną drogę. Ale podobnie jak tylko na pierwszy rzut oka trudno tu dojechać, jeszcze trudniej będzie wam stąd wyjechać.

A w Szuwarach… dom z zielonymi okiennicami

Gdy ostatni raz rozmawiałam z Kasią Puszczyńską, właścicielką Gościńca Szuwary, kończyła tzw. sezon i chyba po raz pierwszy od kilku miesięcy na chwilę udało jej się zamknąć bramę wjazdową do swoich Szuwar, bo ta od wczesnej wiosny do późnego lata była po prostu otwarta…
A lato tamtego roku było piękne, gorące, pachnące. Szuwary tętnią wtedy życiem – nie, nie chodzi tylko o ludzi, którzy tam przyjeżdżają, ale także o wszystko, co otacza to miejsce – lasy, rzeka, jezioro, zwierzyna dzika i domowa. Wszędzie unoszą się zapachy – żywicy, tataraku, kwiatów, kwitnących drzew. Za dnia brzęczą pszczoły, wieczorami – jak na greckiej Santorini – słychać melodyjne cykania, rechot, pląsy. „Koniecznie napisz o Szuwarach!” – powiedzieli znajomi, którzy wybierają się tam już po raz kolejny. No więc piszę, bo naprawdę warto.
Dom z zielonymi okiennicami i ogrodem pełnym kwiatów to spełnienie marzeń Kasi i Maćka Puszczyńskich. Ale zanim wrócili na swoją wieś, zwiedzili pół świata. Na siedem lat utknęli, w Anglii, gdzie urodził się ich pierwszy syn. I niektórzy powiedzą – a po cóż oni tu wracali do tej Polski, na tę wieś mazurską? Kto zajrzy do nich, przestanie pytać.
Dom zbudowali od podstaw, a wyglądem nawiązuje do tych z pobliskiej wsi Wojnowo – drewniany, z okiennicami, skrzynkowymi oknami, wokół ogród z kwiatami i ziołami, których niektóre sadzonki przyjechały wraz z Puszczyńskimi jeszcze z Anglii. Wszędzie unosi się zapach sosny – co jest jednym z pierwszych spostrzeżeń gości, dla których gospodarze wybudowali drugi drewniany dom. To tam goszczą swych „turystów” – a na absolutnie cudownej oszklonej z trzech stron werandzie podają własnoręcznie robione posiłki.
Nie ma tu jednak wczasowego rygoru – tu przyjeżdża się jak do swojego letniego domu. Pakujesz dzieci, psy, koty i wszystko, co masz – i nikt nie powie, że „nie wolno”, że po 22 cisza, a śniadanie od 7.30. Zresztą – do takich miejsc nie przyjeżdża „polski cham”, ale ludzie, którzy czują podobnie: cenią spokój, naturę, kochają zwierzęta, w lesie dostrzegają nie tylko drzewa, ale i wszystko, co chowa się w mchu.
Gościniec pomieści około 26 osób i zazwyczaj są to rodziny z dziećmi, z czego bardzo cieszą się gospodarze, a zwłaszcza ci najmłodsi, czyli synowie Kasi i Maćka, którzy przez lato nawiązują mnóstwo znajomości z innymi dzieciakami, które tu przyjeżdżają. Śmiało zabierajcie czworonogi. I… spieszcie się. Warto już teraz zajrzeć na ich stronę i zarezerwować sobie w Szuwarach święty spokój… Gościniec Szuwary

Wilcza Ostoja – spójrz w oczy dzikiej naturze

„A tam, w górze, było sobie niebo, całe upstrzone gwiazdami, kładliśmy się na plecach i gapili na nie, dziwiąc się, czy ktoś je stworzył, czy też są tam przypadkiem” – ten fragment z przygód Hucka Finna w zasadzie powinien powiedzieć wam wszystko o tym miesjcu: będzie błogo, spokojnie, w nocy ciemno, a jednak jasno od gwiazd. Taki mały kosmos, a jednak na ziemi, w bardzo malowniczej części Drawskiego Parku Krajobrazowego, nad brzegiem jeziora Siecino.
Wilcza Ostoja to miejsce, które Kasia i Mariusz Koseccy pokochali od pierwszego wejrzenia. I trudno się dziwić. „Codzienność wypełniona jest tu ciszą i spokojem, które udzielają się każdemu, kto do nas przyjeżdża, a już na pewno wszystkim zmęczonym hałaśliwym i dusznym miastem” - zapewniają.
Dla gości przygotowali domek urządzony w stylu skandynawskim , który nazwali „Szara Wilczyca”. Na zewnątrz można odpocząć na 60-metrowym drewnianym tarasie pośród zielonych sosen i całodobowego śpiewu ptaków. „Wystarczy wpatrzeć się głęboko w przyrodę, by wszystko lepiej zrozumieć" – parafrazują Alberta Einsteina. A tu przestrzeni i do wpatrywania się, ale i zwiedzania nie brakuje. Pojezierze Drawskie to z pewnością jedna z najpiękniejszych krain geograficznych w Polsce. „My szczególnie pokochaliśmy jezioro Siecino, nad którym położona jest Wilcza Ostoja. Ma naprawdę krystalicznie czystą i przejrzystą wodę, którą można pić bez przegotowania, ale także przepiękne podwodne „lasy”, które będą atrakcją dla nurków” – mówią Koseccy.
Dlatego jeśli szukacie bliskiego kontaktu z przyrodą, w głuszy, w lesie, z dala od szosy, przestrzeni, gdzie odnajdziecie harmonię duszy i ciała, zajrzyjcie tu koniecznie. Wilcza Ostoja.

Rupaki – szczęście uciekinierów ze stolicy

W 2012 roku na profilu facebookowym dziennikarza Radosława Gila pojawił się wpis: „Po trzech latach ratowania 200-letniej sudeckiej chałupy w końcu otwieramy naszą agroturystykę. Zapraszamy na Pogórze Kaczawskie”. „Wow” – pomyślało sporo kolegów po fachu, dla których Gil był przede wszystkim dziennikarzem, wydawcą, redaktorem naczelnym PAP. Dziś na twitterowym koncie podpisuje się tak: wieśniak, były dziennikarz. I jest z tego dumny. No i nie może być inaczej – patrząc na to, czego dokonał na tym końcu świata, a jak mówią niektórzy – pętli, gdzie wiatr zawraca i diabły przystają. „Tam jest fantastycznie. Co prawda nie dojedziesz tam ot, tak, ale jak masz samochód, wsiadaj i jedź w ciemno” – zachwycał się znajomy, który do Rupaków wybrał się z żoną i małym synkiem.
Dom miał ponad 200 lat i właśnie na taki wyglądał. Nie, Radosław z Kają nie zakochali się w nim od razu, ale zachwyciły ich detale: piaskowcowe portale i kolumny, modrzewiowe stropy, fragmenty szachulca wystające tu i ówdzie spod tynku. Potem był wielki, pierwszy od wojny remont, w trakcie którego wszystkiego musieli nauczyć się sami – gliny, drewna i kamienia. „Drewno do napraw i rekonstrukcji pochodzi z rozbiórki rówieśników naszego domu, którzy nie mieli tyle szczęścia co on. Piaskowiec jest z okolicznych kamieniołomów. Za to specjalna mieszanka gliniana do szachulca przyjechała z Niemiec” – opowiadają właściciele na swojej stronie. Efekt robi wrażenie.

Choć nieco w duchu studenckim, to jednak nie jest to anonimowy hotel z recepcją, do którego można wracać nad ranem i nikomu to nie wadzi. Gości prosi się tu o uszanowanie domowej atmosfery, bo rzeczywiście jest tu jak w domu, tyle że w znacznie urokliwszych okolicznościach przyrody. „Wiosną na naszą łąkę od lat przylatuje para żurawi, sarny i jelenie to normalny widok. W okolicznych wąwozach można obserwować salamandry, traszki i oczywiście specjalność naszych okolic – muflony. Nasz region to także Kraina Wygasłych Wulkanów. Najbliższy mamy za oknem, nieco dalej są już te bardziej znane – Czartowska Skała, Organy Wielisławskie czy Ostrzyca.
Całe Sudety to ogromna skarbnica zabytków, nie tylko przyrody. Pałace i zamki, romańskie kościółki i barokowe klasztory. I oczywiście wojenne tajemnice, złoty pociąg w co drugiej wiosce i zaginiony „Portret młodzieńca” Rafaela w co trzeciej” – zachęca gospodarz.
Tych, którzy tam byli, nie trzeba jednak zachęcać do powrotu. „Wspaniały klimat u odważnych, dzielnych i wytrwałych „Uciekinierów ze Stolicy”. Miejsce dla wszystkich, którzy rozumieją takie decyzje, cenią spokój, ciszę, trochę izolacji od pędzącego świata, zagłębianie się w skomplikowaną historię naszego kraju oraz ciekawe rozmowy o wszystkim. Także dla tych, którzy lubią dobrze zjeść”, „Byliśmy krótko, tylko 2 dni z wizytą w Rupakowym Domu. I już chcemy tam wracać!!! Nie spodziewajcie się tam zwykłej agroturystyki, to magiczne miejsce, które was zaczaruje. Właściciele bardzo gościnni, gospodarz zna Dolny Śląsk lepiej od wszystkich tu urodzonych i wspaniale dzieli się swoimi wiadomościami – ciągle brzmią w głowie piękne opowieści. Gospodyni to – krótko mówiąc – najlepsza gospodyni. Na każdym kroku widać, że ten dom jest częścią tej rodziny. Pani Kaju – rogaliki wyśmienite! Dziękujemy za gościnę” – czy trzeba czegoś więcej, byście tam zajrzeli.
Koniecznie, teraz, od razu RUPAKI.

Artystyka – cisza Gór Bystrzyckich, pracownia cudów

To wspaniałe miejsce i wspaniała historia. A początek jak zawsze: tęsknota za wolnością, dziką przyrodą, powietrzem, które nie dusi. Krystyna i Kajetan, ceramiczka i rzeźbiarz, już w liceum wiedzieli, że chcą stworzyć miejsce, w którym połączą swoje pasje i miłość do ludzi. Że stworzą swoją własną, ale i otwartą dla innych artystyczną galaktykę. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie… babcie, które chyba jako jedyne zrozumiały odważne jak na obecne czasy marzenia swoich wnucząt. To one zrzuciły się na starą stodołę wyłożoną gontem. Macie i róbcie coś z tym – twórzcie, spełniajcie się. Krystyna opowiadała mi, że gdy po raz pierwszy zobaczyła to gospodarstwo, obleciał ją i strach i zachwyt. Kompletna ruina, cieknący dach, dziury, poodrywane sztachety. Ale był piec chlebowy i kamienna piwniczka – to jakoś podtrzymywało optymistyczne myślenie.
Dziś Krystyna i Kajetan w swojej artystycznej stodole, którą absolutnie sami wyremontowali, rzucają gościom, zazwyczaj mieszczuchom, prawdziwe wyzwanie. Nie znajdziecie tu telewizorów: żadnych newsów, wiadomości, wieści. Będzie cisza na łąkach, ciemność gęsta po zmroku, zapach pieczonego chleba o poranku, medytacje na łące, dźwięki toczonej na kole ceramiki.
I prze-pysz-ne jedzenie. Swoje, domowe, z tego co ziemia dała, co nie oznacza, że na talerzu dostaniecie bukiet mlecza. W Artystce rządzi kuchnia ekologiczna, staranna, wysmakowana. Szefem w niej jest Kajetan, Krysia zaś piecze chleb i uczy tej sztuki swoich gości, którzy na „do widzenia” dostają własnej roboty zakwas.
W lecie gospodarstwo może przyjąć około 20 osób. Oboje podkreślają, że lubią tę małą skalę, domowa atmosferę, a nie wczasowy charakter. Swoich gości traktują jak przyjaciół, zresztą obcych i złych nie wpuściliby do swojego domu.

Warto zajrzeć na stronę Artystki nie tylko po to, by zrobić rezerwację, ale także sprawdzić rozkład warsztatów na ten rok – może lekcje robienia naturalnych kosmetyków, a może joga, a może ceramika, a może taniec? Będzie cudnie. ARTYSTYKA

Dom numer 10 – po prostu dom

Nazwa brzmi tyleż tajemniczo, co… zwyczajnie. Dom. Po prostu dom numer 10. Stoi nad „Dzikim Wąwozem” w Karkonoszach, we wsi Pokrzywnik, zaledwie 19 kilometrów od Jeleniej Góry. Tatiana i Andrzej kupili go w ciemno – zresztą dużego wyboru w okolicy nie było, a domów tu jak na lekarstwo. Dlaczego więc tu? Przyjeżdżali tu od ponad 15 lat, na majówki, długie weekendy, przerwy w pracy, a Dolny Śląsk rzeczywiście przyciąga różnorodnością – tak historyczną, jak krajobrazową. Zresztą w Kotlinie Jeleniogórskiej wypoczywali przed laty m.in. Chopin czy Goethe.
A Pokrzywnik to wieś wyjątkowa, zupełnie inna niż by się mogło wyobrażać, zresztą wystarczy spojrzeć na ich dom. Stare mury, obok wielka stodoła, murowana obora. A że gospodarze zdecydowali póki co, że mieszkać będą na dwa domy: tu w Pokrzywniku, ale i w Warszawie, często gdy są akurat w stolicy, gościom zostawiają całe gospodarstwo.
Dom jest jednak na tyle duży, że kilka pokoi, nawet jeśli sami tam są, wynajmują. I nie ma chyba nikogo, kto by się nie zachwycał wystrojem – zupełnie nie wiejskim, choć z pewnością sielskim. Białe, przestronne pokoje, minimalizm, a jednak z duszą, bo w pokojach znajdzie się niejeden antyk. W każdym jest łazienka, zawsze pachnąca pościel, salon z kominkiem, drewniany stół. A na nim domowe jedzenie, kompot i kwiaty. I woda z listkiem mięty. Wieczorową porą, na słodki sen, Tatiana podaje domowe ciasto.
Gdy pogoda nie płata figli, życie przenosi się na podwórze, gdzie oprócz długiej drewnianej ławy, rozłożone są w cieniu leszczyny leżaki, przy studni biała porzeczka. „Cudowny brak miasta” – zachwycają się goście. W oddali Śnieżka, a w sąsiedztwie fortyfikacje, pałace, targi staroci i przepiękna architektura. W takim domu po prostu chce się mieszkać. DOM NUMER 10

Napisz do autorki: agata.daniluk@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...