Miejsca-legendy. Tutaj w czasach PRL-u spotykali się i pili Himilsbach, Holoubek, Polański i Michnik

Tadeusz Konwicki i Gustaw Holoubek w Czytelniku. Fot. Tadeusz Rolke / Agencja Gazeta
Kiedy byłam studentką polonistyki, zachłyśniętą tajemniczą aurą bibliotek ze starymi księgami, marzyłam, by swoją młodość przeżywać w dwudziestoleciu międzywojennym. Albo chociaż tak z 50 lat wcześniej niż na początku XXI wieku, który po kawiarniach literackich nie zostawił innego śladu, niż archiwalne zapisy w podręcznikach...

Byłam przekonana jak Adaś Miauczyński, że "oto trafiłam do szkoły poetów", i potwierdzenia tego przekonania szukałam we współczesnej namacalnej rzeczywistości literackiej. Zaczarowana Skamandrytami, zaczytana w Konwickim, niczego tak nie zazdrościłam sędziwym dziadkom z Warszawy, jak tego, że mogli w kawiarniach literackich podglądać prawdziwych artystów. Jak palą, piją, kłócą się, szepczą, piszą coś na serwetkach... Bo za czasów mojej studenckiej młodości już nawet informacja o tym, kto dostał Nike nie pojawiała się na pierwszych stronach gazet. A wtedy? Wtedy spotkania w kawiarniach literackich rozpalały młodych poetów do czerwoności. Możliwość wypicia kawy z żyjącymi legendami pobudzała skrycie fantazję nawet niektórych dygnitarzy partyjnych. W zadymionym półmroku można było przysłuchiwać się wyciszonym rozmowom najważniejszych twórców polskiej kultury, albo... napić się z nimi wódki.



"Front odnowy" w PIW-ie

Kawiarnie literackie zdawały się mieć jeden warunek istnienia – były miejscem trochę zakazanym, na przekór systemowi. Władysław Gomułka w swoim antyinteligenckim zacietrzewieniu, krzyczał: "Chłop polski sieje, orze, robotnik pracuje w hucie, a inteligencji schodzo do piwnicy, pijo kawe i szydzo!" Miał na myśli kawiarnię przy księgarni PIW-u przy ul. Foksal 16. Spotykali się tu m.in. Antoni Słonimski, Roman Polański i Tadeusz Konwicki. Wpadał młodziutki Adam Michnik jako sekretarz współtwórcy Skamandra. Roman Polański pasował do PIW-u jak ulał i cieszył się w nim dobrą sławą. Główną zasługą młodego reżysera w oczach gości kawiarni była reakcja Gomułki na "Nóż w wodzie". Podobno pierwszy sekretarz po obejrzeniu filmu cisnął w ekran butem. Nie na wyrost grupę PIW-u z czasem nazwano "Frontem odnowy".

Poza Frontem był Leopold Tyrmand, który nigdy nie zdradził słynnej Kameralnej z PIW-em, jak to robili jego koledzy. Ciekawym gościem PIW-u był za to Jean Paul Sartre. Jako gorliwy zwolennik komunizmu w wydaniu sowieckim, po wylądowaniu w Warszawie natychmiast udawał się do kawiarni, święcie przekonany, że to miejsce adoratorów bieżącego systemu. Sartre bez względu na to kogo popierał i jakie poglądy wygłaszał był gościem wywołującym sensację i dostarczającym licznych powodów do śmiechu. Stanisław Dygat wspominał, że Sartre po wypiciu kilku kufli piwa, entuzjastycznie i hałaśliwie reagował na hasło "komunizm", ignorując epitet "gówniany". No cóż, bariera językowa.
W 1968 roku Gomułka doczekał się momentu zamknięcia kawiarni. Po dziesięciu latach istnienia postawiono mur między częścią kawiarnianą, a księgarnianą. Ceglana ściana miała być nie tylko fizyczną blokadą, ale i metaforą tego, co może się stać. Od sześciu lat Berlin podzielony był w ten sam sposób i ta złowroga symbolika dawała do myślenia... Wokół odcięcia piwowskiej kawiarni krążą legendy. Jedna z nich mówi, że mur postawiono bez wcześniejszego uprzątnięcia sali – zostawiono brudne szklanki na stołach i niedopałki z popielnicach. Tak, jakby czas się zatrzymał.

Dwie natury Antycznej

Antyczna znajdowała się w miejscu dzisiejszej warszawskiej Szparki – na Placu Trzech Krzyży, wówczas pomiędzy kościołem św. Aleksandra, gmachem KC PZPR i redakcją legendarnego magazynu satyrycznego "Szpilki". Nie można było wymyślić lepszego miejsca na schadzki warszawskiej bohemy. Odwiedzali ją najwięksi o każdej porze dnia i nocy, mimo że po zmroku stawała się najsłynniejszym miejscem spotkań warszawskich homoseksualistów. Podobno pierwsze i ostatnie słowo życia Antycznej zawsze należało do Słonimskiego. Jego clubbingowy rytuał był za każdym razem niemal identyczny – w PIW-ie, SPATIF-ie, Czytelniku i Antycznej: wchodził, zdejmował płaszcz, zamawiał kawę i pozwalał się grzać w swoim blasku tym, których lubił. Do grona nielubianych przez artystę fanów należał m.in. Zenon Kliszko, który w przerwach od obowiązków państwowych siedział sam i wpatrywał się w stolik Słonimskiego tęsknym wzrokiem. Sam, zachwycony twórczością Norwida, uważał się za artystę, ale jego kulturalne zaangażowanie ostatecznie sprowadzało się do przekonania, że "Dziady" nie powinny być wystawiane na deskach Teatru Narodowego (1968 rok).

Twarz dzienna Antycznej to atmosfera pobudzenia intelektualnego i zaangażowane, lecz grzeczne rozmowy przy kawie. W gęstym tytoniowym dymie można było rozpoznać twarze poważanych eseistów, poetów i malarzy. Było tu raczej spokojnie. Za to po zmroku Antyczna stawała się miejscem spotkań homoseksualistów poszukujących wrażeń i miłości. Nad salą pełną młodych chłopców czuwał doświadczony życiowo menedżer, który starał się podtrzymywać dobrą reputację tego miejsca. Prawda o nocnej twarzy Antycznej jest taka, że za kilka stów można było swoją nową znajomość skonsumować natychmiast w oddalonym o kilkanaście metrów szalecie. Z niejasnych przyczyn kulturalne życie Warszawy wyniosło się z czasem z Antycznej. W okres III RP miejsce to weszło z opinią raczej podłego szynku, który upodobał sobie homoseksualny margines stolicy. Antyczna kojarzona jest również z akcją "Hiacynt" – jedną z ostatnich i najbardziej tajemniczych operacji SB wymierzonej w warszawskie środowisko gejowskie.
Ostatni bastion na Szlaku Hańby, czyli Ściek na Trębackiej

Nazwę wymyślił Janusz Głowacki, bo do tej knajpy ściekało się po całonocnym piciu w SPATIF-ie. Tak było np. z Ireneuszem Iredyńskim, który z klasą zaczynał w Europejskim. Pił i nic nie jadł. Jego wielbiciele śmiali się, że to protest głodowy przeciwko komunie. Potem przenosił się do Kameralnej i SPATIF-u, by na koniec wylądować w Ścieku. Na Trębacką jeździło się taksówkami, a taryfiarze zrobili na tym podwójny interes. Oprócz zwykłej usługi podwiezienia na miejsce, można było też zażyczyć sobie transport plus picie za dodatkowe dwie dychy. Mimo że Ściek był dość podłym miejscem to jako jeden z pierwszych warszawskich lokali zastosował door selection. I nie chodziło o stopień upojenia alkoholowego wchodzących. Wręcz przeciwnie – bramkarze mieli niezłą zabawę z rozstawiania po kątach porządnie napitej śmietanki literackiej.

Tak jak w każdej literackiej knajpie był tu stolik, przy którym warto było usiąść. Swoim towarzystwem bawili: Zdzisław Maklakiewicz, Jan Himilsbach, Janusz Kondriatuk czy Zbigniew Buczkowski.
Dzięki mocno nieformalnej atmosferze tego lokalu, zwykły prosty lud Warszawy miał okazję się z artystami pijacko zintegrować. Podziały przestawały mieć w tej alkoholowej malignie jakiekolwiek znaczenie. Spotkania w Ścieku były o tyle ciekawe, że nadmuchiwany na trzeźwo i za dnia balon opinii na temat nowych filmów czy spektakli, nagle pękał pod wpływem ciętych ripost, które padały w wyniku skróconego alkoholem dystansu.

Najwyższy zaszczyt z możliwych, czyli śmietanka towarzyska Czytelnika

Przez czterdzieści lat siadali przy tym samym stoliku, schowanym gdzieś na końcu sali. Tadeusz Konwicki i Gustaw Holoubek. Dosiadały się do nich największe nazwiska polskiej kultury. Gdyby nie to miejsce i nie ci ludzie, polska kultura nie mogłaby istnieć. Janusz Głowacki, Antoni Słonimski, Adam Michnik, Janusz Morgenstern, Andrzej Kijowski, Jonasz Kofta...
Obiady do dziś serwuje kuzynka Jarosława Iwaszkiewicza, pani Jadwiga Włodek i do dziś na stoliku na końcu sali stoi tabliczka z napisem "rezerwacja". Nikt już przy nim nie siada. Ostatnia wizyta Tadeusza Koniwickiego w Czytelniku miała miejsce w marcu 2008 roku. Po śmierci bliskiego przyjaciela, Gustawa Holoubka, pisarz odniósł ebonitową popielniczkę do baru. Historię Czytelnika jako prawdziwej kawiarni literackiej zamknął słowami "Byłoby na tyle".

Dziś w Czytelniku można trafić na Janusza Głowackiego, Wojciecha Pszoniaka czy Andrzeja Seweryna. Ale to już nigdy nie będzie to samo. Zniknęła intymność kawiarni – legenda pustego stolika wzmocniona śmiercią znanego aktora przyciąga do Czytelnika tłumy. Poza tym lokalizacja i sława ściąga tu urzędników okolicznych instytucji i pracowników biur na słynne pierogi z mięsem. Czasami nie można się dopchać po swoje zamówienie. Z kawiarnianej literackości została tylko tabliczka na pustym stoliku.

Napisz do autorki: ewa.bukowiecka-janik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...