Polak oczami mieszkańców nadmorskich kurortów, czyli 7 upiornych faktów o polskich turystach

Najwięcej złego po polskich turystach mają do powiedzenia mieszkańcy nadmorskich kurortów... Prawo autorskie: maciejbledowski / 123RF Zdjęcie Seryjne
Każdy z was ma jakieś "swoje miejsca". Prywatne samotnie w swoim mieście, czasem kawałek za. Okolice, w których zdarzyło się coś, co dobrze wspominacie, a może zwyczajnie dobrze wam się tam spaceruje...? Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia zastajecie w "swoim miejscu" obcych ludzi, którzy zachowują się tak, że nie ma tam już przestrzeni dla was. Niezbyt miło, prawda?

A teraz przypomnijcie sobie lub wyobraźcie własny ślub. To wydarzenie zawsze wspominamy z łezką w oku lub rozrzewniamy się na samą myśl jak to kiedyś będzie wyglądało. W tej ceremonii jest coś wyjątkowego – chwila ciszy, skupienia, drżenie głosu i stres czy wypowiemy słowa przysięgi wyraźnie i patrząc w oczy drugiej osoby. Dodajcie do tej wizji hałaśliwych turystów, którzy bez pardonu wpadają w trakcie, żeby zwiedzić kościół. Bo przecież was nie znają, a w przewodniku napisali, że warto, a oni akurat byli obok. Rozmawiają, robią zdjęcia, kręcą się... Niestety, to nie są hipotetyczne sytuacje. To obrazki z życia mieszkańców letnich kurortów nadmorskich.

Kto jeździ nad morze?




Absolutnie wszyscy. Na polskiej plaży znajdziemy przedstawicieli każdej grupy społecznej. Dla mieszkańców nadmorskich kurortów to zarazem dobra i zła wiadomość. Z jednej strony jest szansa, że akurat w pokojach, które wynajmują trafi się ktoś kulturalny. Z drugiej, każda uliczka przez cały sezon wypełniona jest po brzegi spacerującym tłumem.

– Żeby iść na zakupy do dyskontu i nie utkwić w kolejce na długie godziny trzeba zerwać się bladym świtem. O każdej innej porze o szybkie uwinięcie się z zakupami naprawdę ciężko. Do południa w kolejkach tłoczą się dzieciaki z kolonii. Później, aż do samego zamknięcia, plażowicze – opowiada moja koleżanka, mieszkanka Darłowa.

Na tłumy można się irytować, ciężko jednak oceniać zbiorowość. Składają się na nią jednak jednostki, a wśród rodaków miłujących plażowanie częściej indywidua, wyznające własny kodeks zachowań. Kulturalni, normalni ludzie zwyczajnie giną w tłumie tych, którzy zachowują się jakby postradali zmysły. – Patrzysz na plażowiczów czy przechodniów i nie dostrzegasz spokojnie siedzących osób. Widzisz wrzeszczące dzieciaki, pijanych rodziców i młodzież, której brakuje podstaw kultury osobistej – komentuje Iwona i dodaje – Jasne, to generalizacja, ale w oczy rzuca się to, co najbardziej rażące, nieprzyjemne, a momentami nawet niebezpieczne...

Polak nad morzem.... słucha disco polo


Wszędzie, zawsze, bez wyjątku. Z głośników komórek i kolumn w klubach. Z aut i laptopów, na plażach, w pokojach, hotelach i ulicach. Młodzi, starzy, rodziny z dziećmi. – W Darłowie latem każdy, nawet szanujący się klub zastępuje muzykę klubową, przebojami disco polo. A, nie, przepraszam, w jednym miejscu tak się nie dzieje. I nikt tam nie chodzi – mówi Iwona. Umiar zdają się przejawiać tylko turyści wynajmujący pokoje. Oni biesiadę zaczynają o 8 rano, a kończą punkt 22. Pytanie tylko czy to objaw kultury osobistej, czy dbałości by sąsiadom nie przyszło do głowy zadzwonienie na policję.

Być może wakacje nad morzem to po prostu czas wyjścia z szafy kryptofanów gatunku. Nad morzem nie muszą udawać, że ten rodzaj muzyki ich nie interesuje. Mogą zaszaleć, tutaj nie ma znajomych z pracy, ani sąsiadów, na których jesteśmy skazani na lata. W końcu mogą być sobą!

Polak nad morzem... jest pijany

I nie ma w tym nic zabawnego. – Ludzie z niemowlakami w wózkach wjeżdżają do całodobowych monopolowych przy plaży. Piją choć mają pod opieką małe dzieci. Na plażach, w restauracjach i na ulicach. Piwo jest u nas standardowym rekwizytem każdego turysty – mówi Iwona. W Darłowie najpowszechniejszym modelem turysty jest jednak nie pijane małżeństwo z pociechą, ale młody kark z tribalami na łydkach, który przyjechał tu swoją rozpadającą się od dudniących głośników beemką. Podpity, ale dumny, bo nie upił się "byle browarem". On pił Jacka Danielsa! Przyjezdni chodzą ze swoimi butelkami po pubach, ulicach, po plaży. Stawiają je z ostentacyjnym hukiem na molo. A potem oczywiście je tam zostawiają.

Polak nad morzem... zostawia śmieci

Plaża w Darłowie sprzątana jest dwa razy w ciągu doby, i co zaskakujące, wcale nie z powodu plażowania. Pierwszy raz plaża jest sprzątana o 21 – po całym dniu i drugi raz o 5 rano – po całej nocy intensywnej balangi. – Najbardziej denerwuje chyba wrzucanie butelek i śmieci do wody. Ciężko to wysprzątać. Po sezonie jeszcze długo plaża wygląda tak jakby fale podmywały wysypisko śmieci – komentuje Iwona. Podobnie ludzie zachowują się na ulicach. – Nie rozumiem dlaczego ci wszyscy poznaniacy, warszawiacy i inni wrocławianie kiedy idą ulicą swojego miasta mogą wyrzucać niedopałki do popielniczek, a puste opakowania do koszy. A kiedy są na wakacjach nagle okazuje się to wielkim problemem – dodaje z goryczą.

Polak nad morzem... szpanuje kasą

Mieszkańcy nadmorskich kurortów bez trudu rozpoznają tych, którzy na wakacje wzięli kredyt typu chwilówka. W skrócie: najdroższe dania w restauracjach, najdroższe drinki w pubach i oczywiście zero napiwków. – Nie mam nic do ludzi, którzy nie mają jak zaoszczędzić na wczasy. Ale tych, którzy pożyczyli szybkie pieniądze naprawdę można poznać po wielkiej rozrzutności i braku umiaru – komentuje Iwona.


Polak nad morzem... cwaniakuje

Moja rozmówczyni przez dwa sezony pracowała jako kelnerka w jednej z największych restauracji w Darłowie. – Codziennie, bez wyjątku, trafiali nam się klienci, którzy próbowali wymyślić powód, dla którego nie zapłacą za swój obiad. A to buraczki były zepsute, a to ryba niedoważona. Ale hitem był facet, który po zjedzeniu niemal całej porcji pod resztki frytek lub kotleta wkładał martwą muchę... Przychodził z awanturą do kuchni i wychodził nie płacąc. Zorientowaliśmy się co jest grane po kilku dniach, kiedy codziennie powtarzał się ten sam scenariusz. Już po pierwszej takiej sytuacji kucharze specjalnie zwrócili uwagę czy z zamówieniem dla tego mężczyzny jest wszystko okej. I było. Do momentu, kiedy on dobrał się do talerza – wspomina Iwona. Ponieważ obsługa nie miała jak udowodnić, że wie skąd się biorą muchy, mężczyzna jadł u nich za darmo przez dwa tygodnie. Kiedy pojawił się ponownie, właścicielka restauracji po prostu wyprosiła go z lokalu zanim złożył zamówienie. Oczywiście nie obyło się bez scysji.

Polak nad morzem... jest nieodpowiedzialny i nie szanuje innych


Rodziny z dziećmi chodzą całą szerokością ulicy, a potomstwo biega z lodami i goframi smarując bitą śmietaną wszystkich dookoła. Rodzice nie reagują. Na plaży dzieciaki wrzeszczą. Rodzice nie reagują. Nawet, jeśli obok ktoś czyta książkę, czy śpi noworodek. Potem robi się mniej zabawnie. Dzieci bez opieki wchodzą do morza. Rodzice? Tradycyjnie nie reagują.

– Byłam ostatnio świadkiem sytuacji, w której rodzice chcieli fotografować swoje dzieci na tle kanału w Darłówku. W porządku, o ile dzieciaki stałyby chociaż metr od krawędzi kanału. Oni ustawili je nad samym brzegiem, a kiedy one zaczynały się ruszać, jak to trzylatki, ci zaczynali na nie krzyczeć – bulwersuje się Iwona. To, że ludzie nie pilnują swoich dzieci kiedy te wbiegają prosto pod koła samochodów już przestało ją dziwić.

Polak nad morzem... nie lubi czekać

– W Darłówku na kanale jest most dla pieszych, który bywa podnoszony do góry ze względu na przepływające łódki i statki. Dlatego co jakiś czas po jednej i drugiej stronie kanału gromadzą się ludzie, którzy czekają aż będzie można przejść. Kiedy zostaje z powrotem uruchomiony dla pieszych, ludzie ruszają jakby mieli pobić rekord w biegu na 60 metrów. Przepychają się, kombinują, chociaż na pierwszy rzut oka widać, że pośpiech niczego nie zmieni – mówi Iwona. Do czego i dlaczego spieszą się turyści? Ciężko powiedzieć, być może wyznają zasadę "kto pierwszy, ten lepszy", zakodowaną jeszcze w czasach przedszkolnych, kiedy pierwszy w kolejce dostawał kompot bez farfocli i najmniej obtłuczone jabłko...?

Lato to dla mieszkańców kurortów czas intensywnej pracy. Cztery miesiące sezonu dają im dochód, który musi zapewnić im byt na resztę roku. Ci, którzy prywatnie wynajmują pokoje zarabiają "na przeżycie". Właściciele restauracji o wiele więcej. Kiedy my pakujemy się na wczasy, oni szykują się na prawdziwą batalię. Oczywiście o zarobek, ale też o kawałek swojego miejsca czy o prawo do przejścia chodnikiem bez konieczności przechodzenia na drugą stronę ulicy.

– Latem jeżdżę na plażę 20 km, bo "nasze miejsce" zostało zdobyte przez najeźdźców – śmieje się gorzko Iwona. Na wakacje jeździ po sezonie, zazwyczaj na pole namiotowe pod miastem, albo na Mazury, które w porównaniu z Darłowem sprawiają wrażenie opuszczonej krainy. – Po wakacjach potrzebujemy ciszy i widoku horyzontu, na którym nie ma tłumów jak na Woodstocku. Kiedy milknie disco polo, a o 20 jest już chłodno i ciemno, wtedy zaczynają się prawdziwe wakacje.

napisz do autorki: ewa.bukowiecka-janik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...