Brutalni mordercy – władcy masowej wyobraźni i gwiazdy popkultury

Kultowa scena z filmu „Psychoza” Alfreda Hitchcocka z 1960 roku kadr z filmu
Kajetan Poznański uciekając z kraju kupił krem czekoladowy, damską kurtkę na pomarańczowej podszewce i wykłócał się z ekspedientką o grosz reszty. „Teraz mam czas na swoje pasje” deklarowała Katarzyna Waśniewska ujeżdżając konia na okładce „SuperExpressu”. O profilu Zuzanny M. na portalu soup.io, gdzie umieszczała ulubione zdjęcia i cytaty wspominała „Gazeta Wyborcza”, a krytyczka literacka związana z szanowanym tygodnikiem opiniowała post factum twórczość literacką nastoletniej morderczyni.

Można zbyć machnięciem ręki „niezdrowe” fascynacje brutalnymi czy tajemniczymi zabójstwami. Powiedzieć, że winne są redakcje i dziennikarze szukających sensacji w ludzkiej tragedii. Tyle, że w czasach stopniowych przenosin mediów pisanych z papieru do sieci to nikt inny, jak my, drodzy czytelnicy dyktujemy o czym „będzie pisane”. Wyżej wspomniani mordercy dostali dokładnie tyle newsów i nagłówków, ile zainteresowania okazaliśmy im wcześniej swoimi klikami. Łatwo i miło założyć, że piekło to inni, a robienie z morderców celebrytów jest domeną prasy brukowej, ale oba stwierdzenia będą tylko naciąganiem rzeczywistości.



Fascynacja zbrodnią wiąże się być może z przekroczeniem najsilniejszego i najbardziej pierwotnego tabu, jakim jest odebranie życia drugiemu człowiekowi. Zabójstwo w afekcie umiemy jeszcze zracjonalizować. Co innego takie, za którym stała jakiegoś rodzaju korzyść, materialna czy psychologiczna. Granice rozumienia świata zostają przekroczone, co budzi bardzo silne emocje.

Tabu od wieków porządkuje naszą kulturę. Osoba, która je łamie zostaje wykluczona ze społeczeństwa, ale także przestaje być w pewnym sensie uznawana za człowieka. Jest kimś w rodzaju nieznanej bestii – budzącej strach, ale i respekt. Mordercom przypisujemy cechy nadludzkie, albo wręcz przeciwnie, te najprymitywniejsze, zwierzęce, jak brutalność i siła. Tymczasem to często zwykłe osoby.

Ted Bundy, który przyznał się do 30 morderstw, choć przypisuje się mu ich nawet około stu, jako dziecko był skautem, zajmował się czworgiem młodszego rodzeństwa i aktywnie działał w lokalnym kościele. Był pracowity i miał szerokie zainteresowania, studiował trzy kierunki. Kiedy do mediów trafiły pierwsze portrety pamięciowe przedstawiające Bundy’ego, jego koledzy z pracy żartowali z podobieństwa do „ściganego”, tak nieprawdopodobne wydawało im się, że ten wesoły, przystojny Theodore mógłby być seryjnym mordercą. Być może właśnie ze względu na swój wizerunek chłopaka z sąsiedztwa został jednym z pierwszych morderców, których otaczał nimb sławy zarezerwowanej dotychczas dla gwiazd kina.
Jego proces w 1979 roku był pierwszym wydarzeniem tego typu transmitowanym w telewizji w całym kraju. W gmachu sądu pojawiło się tego dnia około 250 dziennikarzy z pięciu kontynentów. Opinii publicznej nie wystarczyło orzeczenie biegłych, że skazany na karę śmierci cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową, ma osobowość psychopatyczną i że jest uzależniony od silnych emocji towarzyszących zabijaniu. Ludzie domagali się szczegółów, powołując się na prawo do informacji. I oczywiście je otrzymali. Brutalnego mordercę przystrojono w historie, nadając mu ludzką twarz.

Theodore urodził się w 1946 roku, jego matka pracowała jako sprzedawczyni, ojca nie poznał nigdy nawet z imienia. Ze względu na swój młody wiek i fakt, że Ted był dzieckiem nieślubnym, Louise postanowiła zamieszkać z nim w domu rodziców w Filadelfii i udawać, że jest jego siostrą. Adoptowany przez dziadków przez 22 lata wychowywał się w przeświadczeniu, że to oni są jego rodzicami. Odkrycie prawdy miało zachwiać jego tożsamością.
Bundy był zdolnym uczniem, na uczelnię poszedł dzięki stypendium. Jako że studiował psychologię, został wolontariuszem w centrum pomocy osobom przejawiającym skłonności samobójcze. Na drugim roku odeszła od niego dziewczyna, umownie nazwana przez śledczych Stephanie. Powodem rozstania był podobno brak ambicji i nieodpowiedzialność Teda. Rzekomo rozstanie bardzo nim wstrząsnęło, i to na jego skutek postanowił zmienić kierunek studiów. Na prawnie zaangażował się w działania na rzecz partii republikańskiej, stał się też pewniejszy siebie.

Kiedy kilka lat później odwiedził w Kalifornii Stephanie i para znów zaczęła się spotykać. Po jakimś czasie Bundy oświadczył się, jednak po dwóch tygodniach, na początku 1974 zerwał zaręczyny odmawiając dziewczynie wyjaśnień. Przestali się kontaktować. Prawdopodobnie w tym samym roku zaczął zabijać. Jego ofiarami padały wyłącznie kobiety, przede wszystkim studentki (choć jego ostatnią ofiarą była 12-latka). Większość z nich wykorzystał przed śmiercią seksualnie i brutalnie pobił. Zwabiał je do swojego samochodu udając, że ma rękę na temblaku. Prosił o pomoc w zaniesieniu książek, a następnie ogłuszał. Georgeann Hawkins, jedna z ofiar, miała do przebycia na terenie kampusu zaledwie 30 metrów, których nigdy nie pokonała, pielęgniarka Caryn Campbell wypoczywająca z narzeczonym zaledwie 16.

Ujawnianie przez media szczegółów z życia Bundy’ego spowodowało oczywisty wzrost zainteresowania jego osobą. Z drugiej strony coraz liczniejsze były rozmaite, często dalekie od profesjonalizmu spekulacje dziennikarzy i ich czytelników na temat możliwych motywów zbrodni. Pisano, że Ted podświadomie nienawidzi kobiet, bo oszukała go matka i zostawiła pierwsza poważna dziewczyna. W fakcie, że większość zamordowanych miało ciemne włosy do ramion z przedziałkiem pośrodku dopatrywano się podobieństwa do Stephanie, mimo że jej wizerunek nie znalazł się w prasie.

Atmosferę podsyciły brawurowe ucieczki Bundy’ego połączone z faktem, że utrzymywał, że jest niewinny. Po raz pierwszy wyskoczył z drugiego piętra biblioteki (występował jako własny obrońca i miał przygotowywać się tam do procesu). Po raz kolejny, mimo szczególnych środków bezpieczeństwa, wymknął się przez system wentylacyjny w suficie więzienia. Wtedy dokonał morderstwa, którego proces doprowadził go na krzesło elektryczne 11 lat później.

W środku nocy wdarł się do akademika bractwa na uniwersytecie stanowym Florydy i w szale rzucał się kolejno na śpiące kobiety. Ostatniego wywiadu Bundy udzielił zaledwie kilkadziesiąt godzin przed wykonaniem wyroku. – Nie jesteśmy urodzonymi potworami (mordercy – red.). Jesteśmy waszymi synami i mężami, wychowaliśmy się w normalnych domach” – powiedział, dając jak gdyby odpowiedź na pytanie, które nurtowało śledzących jego losy i usiłujących poznać motywację. Seryjny morderca nie musi być odszczepieńcem. A z garści faktów nie da się wydobyć „prawdy”. Chcielibyśmy ją znać, żeby czuć się bezpieczniej, ale nie ma badań przesiewowych, które pozwoliłyby zawczasu rozpoznać potencjalnych morderców i odseparować ich od społeczeństwa. Chociaż oczywiście próbowano.

W 1963 w „American Journal of Psychiatry” ukazał się artykuł autorstwa Johna Marshala Macdonalda będący próbą wyodrębnienia zachowań mających rzekomo charakteryzować w pierwszych latach życia osoby, które mogą w przyszłości zostać mordercami. Na tak zwaną triadę Macdonalda składają się: moczenie się w nocy po przekroczeniu 5. roku życia, obsesja związana z ogniem/podpalaniem i ponadprzeciętne okrucieństwo wobec zwierząt. Teoria była wielokrotnie podważana, choć niektórzy psychologowie, a także były agent FBI, Alan Brantly, który zajmował się seryjnymi mordercami, uważają, że osoby o typie osobowości charakterystycznym dla morderców rzeczywiście często okaleczają czy zabijają zwierzęta w dzieciństwie.

Kompleksowe badania Singera i Hensleya z 2004 roku tłumaczą poniekąd co kryje się za okrucieństwem wobec zwierząt. Naukowcy wskazali, że wspólnym mianownikiem wielu morderców jest długotrwałe poniżanie przez rodziców czy opiekunów, które rodzi w dziecku niewyrażalną wobec silniejszego psychicznie i fizycznie dorosłego frustrację i gniew. Takie dzieci szukają ujścia dla negatywnych emocji i znajdują ją najczęściej w agresji wobec słabszych. Agresja staje się filarem podtrzymującym mocno kulejące poczucie własnej wartości.
Dla pokoleń Amerykanów wychowanych często na komiksach o superbohaterach morderca to reprezentant zła. W barwach dobra walczy tu z kolei policja. Być może to właśnie w postrzeganiu prób ujęcia mordercy przez policję jako symbolicznej walki dobra ze złem wynika fascynacja Amerykanów seryjnymi mordercami. W supermoce służb mundurowych, które ma się na wyciągnięcie ręki, można wątpić. W przeciwieństwie do tych posiadanych przez tajemniczego, niedającego się ująć seryjnego zabójcę. Legendarne postrzeganie morderców uwidacznia się najlepiej w nadawanych im za oceanem pseudonimach – przydomki takie jak Night Stalker, Milwaukee Cannibal czy Killer Clown mówią same za siebie.

Potrzebujemy dydaktycznych historyjek, w których zło zostaje sromotnie ukarane, a światu zostaje przywrócona równowaga. Prawo amerykańskie zdaje się strzec tego porządku w sposób symboliczny, przestrzegając starożytnej zasady „oko za oko”. Richard Ramirez, morderca-satanista, do którego dziennie przychodziło po kilkadziesiąt listów od zakochanych w nim kobiet, został skazany na 19-krotną karę śmierci i 196 lat więzienia. Kuriozalne z naszej perspektywy wyroki są być może miarką bestialstwa, magicznym zaklęciem potępienia wykraczającego znacznie poza marną resztkę życia, która czeka ujętego seryjnego mordercę.
Wejście postaci morderców do popkultury nastąpiło znacznie wcześniej, niż podpowiadają pierwsze skojarzenia. Na długo przed wydaniem „Z zimną krwią” Trumana Capote’ego, powieści opowiadającej o dwóch recydywistach, którzy wtargnęli do domu prowincjonalnego farmera w celach rabunkowych, a nie znalazłszy pieniędzy postanowili zastrzelić całą rodzinę. Opisy morderstw były popularnym tematem europejskich ballad ludowych, szczególnie rozwiniętych na terenach Anglii, Szkocji i Skandynawii. Popularność zyskały w XVII wieku, drukowane na cienkich, pojedynczych arkuszach papieru.

Opiewały morderstwa prawdziwe i legendarne, nie uciekając od krwawych szczegółów i kładąc nacisk na motywację mordercy. Nieodzowna była zemsta ofiary, dokonywana przez siły nadprzyrodzone, jej rodzinę lub samą zainteresowaną zza grobu. Niczym innym, jak przykładem ballady tego typu są mickiewiczowskie „Lilije”. Najbardziej znany i najlepiej jak do tej pory sprzedający się album Nicka Cave’a „Murder Ballads”, z hitem śpiewanym w duecie z Kylie Minogue jest w istocie interpretacją gatunku.

Kinga Preis wygrała Przegląd Piosenki Aktorskiej w 1999 roku brawurowym wykonaniem jednej z piosenek Cave’a, wcielając się w rolę 14-letniej morderczyni Lotti. Dziewięć lat później inna ballada Cave’a przyniosła zwycięstwo Mikołajowi Woubishetowi (trzecie miejsce zdobyła wówczas nieznana jeszcze Gaba Kulka). Wikipedyjna lista piosenek inspirowanych znanymi zbrodniami i mordercami jest więcej niż obszerna i bynajmniej nie zawiera samych wykonawców death metalu, a takich wykonawców jak Cypress Hill, The Rolling Stones, The Police, Eminem, The Killers, Bob Dylan, a nawet Katy Perry i Lanę del Rey.
Wracając do powieści Capote’a – opublikowana w 1966 roku pozycja jest pierwszą powieścią o zbrodni opartą na faktach w historii literatury. Autor „Śniadania u Tiffany’ego” spędził kilka lat na rozmowach ze skazanymi na karą śmierci mordercami i ich bliskimi, starając się zrozumieć środowisko z którego pochodzili i przedstawić zbrodnię w kontekście socjologicznym. Mówi się, że zagłębianie się w tej mrocznej historii pogorszyło znacznie stan psychiczny pisarza i przyczyniło się do jego depresji.

Inspiracje morderstwami w historii kina są z kolei tak liczne, że zasługują na odrębny artykuł. Hannibal Lecter, czy niektórzy bohaterowie Hitchcocka mieli swoje pierwowzory w życiu. David Fincher wspomina jak jako ośmioletni chłopiec jeździł przez jakiś czas autobusem szkolnym w policyjnej obstawie, bo po mieście grasował wówczas seryjny morderca, który zawładną jego dziecięcą wyobraźnią. To wspomnienie sprawiło, że kilkadziesiąt lat później sięgnął po historię tej sprawy w swoim filmie „Zodiak”.

Lubię zabijanie ludzi / Ponieważ jest bardzo / Fajne fajniejsze niż / Zabijanie dzikich zwierząt / W lesie ponieważ / Człowiek jest najniebezpieczniejszy / Zwierz jakiego można zabić - napisał morderca szyfrem w jednym z listów do redakcji, za pomocą których porozumiewał się z policją. O tym grasującym w San Francisco na przełomie lat 60. i 70. opowiada też kultowy „Brudny Harry” z Clintem Eastwoodem.

Popkultura obleka niekiedy morderców w szaty artystów czy geniuszy, ale celebrytów robimy z nich sami. Być może od czasów starożytnych w naszym postrzeganiu człowieczeństwa nie zmieniło się znowu aż tak wiele, jak lubimy myśleć. Oprócz chleba lubimy też czasem zerknąć ze zgrozą na krwawe widowisko z bezpiecznego dystansu.

Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...