„Jestem przecież (tylko) facetem”, czyli tekst dobry na wszystko

Być albo nie być (facetem), oto jest pytanie 123rf zdjęcie seryjne / Vadim Guzhava
Podobno mistrzyniami wymówek są kobiety. Potrafią wykręcić się od tego i owego kilkoma słowami połączonymi z trzepotem rzęs i odrzucaniem włosów albo ustami wygiętymi w podkówkę i obniżonym tembrem głosu. O ileż różni się od tych subtelności męska wymówka wszech czasów.„Jestem przecież tylko facetem”.

Właściwie trudno jednoznacznie wydedukować co dokładnie oznacza to zdanie. Występuje bowiem w całym wachlarzu kontekstów, przyjmując rozmaite znaczenia. Począwszy od „nie martw się, załatwię to”, poprzez „jeśli chodzi o tego Nobla z literatury, to się nie interesowałem, ale książki dość lubię, mam gdzieś pod łóżkiem leksykon piwa i biografię Messiego” aż po „moim świętym obowiązkiem jest cotygodniowa wódka z podobnymi mi bytami”.



Bycie facetem, jeśli zebrać do kupy wszystkie ekstremalne przypadki, wydaje się być rodzajem objawiającego się rozmaicie niedowładu. U niektórych będzie niemożnością noszenia fryzury innej niż klasyczny jeż, u innych sparowania skarpet wkładanych do brudów. Są też egzemplarze, których genitalia przekreślają szanse na oglądanie skandynawskich dramatów obyczajowych i jedzenie na obiad zapiekanki z cukinii (bez mięsa!).

Dlaczego mężczyźni używają tego pojemnego stwierdzenia pozostaje zagadką, nad której rozwiązaniem możemy tylko snuć domysły. Na większość kobiet działa ono w końcu jak płachta na byka. Czy ma to być podkreślenie nieprzekraczalnej odmienności płci i zaznaczenie odblaskowymi pachołkami podziału obowiązków? Można byłoby przyjąć tę teorię, gdyby taki podział rzeczywiście obowiązywał.

Tymczasem lista rzeczy, których młodzi faceci nie potrafią już zrobić, mimo że ich starsi o 10-15 lat koledzy uznawali je za naturalne, rośnie skokowo. Nikt nie oczekuje od pracującego intelektualnie mężczyzny, że obędzie się bez mechanika samochodowego i wymieni zepsutą spłuczkę. Tyle, że zanikają nawet takie, zdawać by się mogło, banalne umiejętności jak zawieszenie półki czy napompowanie dętki w rowerze. Chłopak mojej koleżanki (lat 27 i dwa dyplomy uprawniające go do używania skrótu mgr) nie miał pojęcia jak zabrać się do wymiany jarzeniówki, więc pod jej nieobecność zadzwonił po elektryka. Potem przypisał sobie ten wiekopomny wyczyn.

Gorzej, jeśli posiadanie chromosomu XY staje się argumentem koronnym, mającym usprawiedliwić rachityczne świństewka i rosłe świństwa. „Zapomniałem o twoich imieninach, bo jestem tylko facetem i uważam, że to zawracanie głowy, poza tym i tak bym nie wiedział co ci kupić”, czy kaliber największy z możliwych - „zdradziłem cię, ale to tylko seks, poza tym to nie moja wina, hormony rzuciły mi się na mózg”.

Wnosząc po opowieściach i forach internetowych hasło „jestem tylko facetem” w przypadku zdrady, wielu panów uważa za pełnoprawne usprawiedliwienie. Pozornie niewinna wymówka wyciągana co jakiś czas ze zbrojowni staje się w takiej sytuacji równoznaczna ze zdaniem „jestem przecież dupkiem i oszustem, czego się spodziewałaś po facecie?"

Jednak najczęściej „jestem tylko facetem” ma walor usprawiedliwienia własnego lenistwa. W artykule opublikowanym w tygodniku „Newsweek” kilka lat temu Hanna Bakuła mówiła - Wydaje im się, że wolno nie dbać o siebie, nie myć się, tyć, pić, bekać. Nauczeni są, że zawsze znajdzie się jakaś kobieta, która się nimi zajmie. Od urodzenia przecież byli pod opieką kobiet: akuszerki, matki, babki, ciotki.

W tym skądinąd ostrym sądzie kryje się oczywiście ziarnko prawdy. Facet, który nie umie ugotować nic poza bolognese z instrukcją z torebki i wyprać białych koszul, nie urodził się nieporadną fajtłapą, tylko został w tę rolę wprzęgnięty. Nauczony „nieumienia” wiecznym wyjmowaniem pracy z rąk, zdejmowaniem z młodych barków obowiązków, które zdaniem zapobiegliwych mamuś mogłyby oderwać synka od nauki.

Poza kastą synków, którzy nie zapatrują się na listę potencjalnych domowych obowiązków jak na zamach stanu (prawo było dotychczas inne!) są też mężczyźni przeświadczeni o własnej niezdatności do prac domowo-kuchennych. Nawet nie próbują gotować, tylko sięgają automatycznie po nielubiane wiktuały z proszków, puszek i mrożonek. Aż nazbyt dobrze pamiętają ręce, które łamały się nad zafarbowanym praniem i niedosmażonym kotletem, zamiast zafundować oklaski pocieszenia i dumy (że w ogóle się próbowało) i pokazać kilka sztuczek przydatnych każdej dorosłej osobie, niezależnie od jej płci.

Nie zawsze ten popularny slogan ma drugie dno. Czasem stanowi po prostu zdanie wyrażające prawdziwą bezradność i przypominające o różnicach płciowych. Lwia część facetów nie dostrzega różnicy między czarnymi szpilkami, a czarnymi szpilkami i nie ma ochoty słuchać 20-minutowego wykładu objaśniającego. W kwestii zasłon do salonu można nie mieć nic ciekawego do powiedzenia i powołać się na paragraf o płci, żeby szybko i polubownie zakończyć rozmowę. O ile lepiej brzmi w końcu figura fałszywej skromności aka „jestem przecież tylko facetem” niż użyte nawet w najlepszej wierze „nie robi mi to żadnej różnicy”.

Zamiast sarkać na partnera, który czuje się urażony propozycją wspólnego sprzątania mieszkania, a wyjście na balet traktuje jak katorgę, powinnyśmy wziąć na wstrzymanie i zamiast zbliżenia zobaczyć panoramę. O kryzysie męskości rozprawiano już na kanapach telewizji śniadaniowych i w uniwersyteckich aulach. Pisały o nim „Cosmopolitan” i „Gazeta Wyborcza”. Na temat emancypacji zawodowej kobiet i sprzecznych wymagań, nakazujących panom być wrażliwymi, ale twardymi, spontanicznym i trochę szalonym, a jednocześnie stabilnym emocjonalnie i poważnym, strzępił się już niejeden język.

Skoro same (i sami) nie wiemy czym owa legendarna męskość jest, usiłujemy ją wymacać po omacku. Być może mężczyźni posiłkujący się frazą „jestem tylko facetem” usiłują po prostu wyznaczyć jej granice. Za tym, co bierzemy za oznakę ignorancji może się kryć przyznanie się do słabości, w formie, która nie więźnie w gardle.

W istocie ta lubiana wymówka ma usprawiedliwić mężczyznę nie tyle przed partnerką czy inną przedstawicielką płci pięknej, co przed samym sobą. Odsunąć od myśl o własnym lenistwie, niechęci do poszerzania zastanych horyzontów czy konieczność pracy nad związkiem (prawdziwi mężczyźni o uczuciach nie rozmawiają, to babskie gadanie!).

Bycie facetem to nie bycie mormonem czy świadkiem jehowy. Nie wiążą się z nim żadne szczególne zakazy ani przywileje.

Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...