Na odmienność seksualną jesteśmy jako społeczeństwo otwarci bardziej, niż nam się wydaje

Czy duże miasto to raj dla mniejszości seksualnych? Prawo autorskie: ruslan117 / 123RF Zdjęcie Seryjne
Nikt nie lubi (a zwłaszcza Polak) jak mu się ktoś obcy w życie wtrąca (a zwłaszcza polityk). Jak mu się wmawia co jest dla niego dobre, co jest normalne, i czego nie wolno. Wychodzimy na ulicę obrażeni za zbyt wysokie podatki, za niskie pensje, za zmiany w prawie, z którymi się nie zgadzamy. Często bardzo słusznie. Mamy do tego prawo. Czujemy, że smycz się skraca i w gardło ciśnie tak, że jeszcze chwila i nie złapiemy tchu. Tak jakbyśmy zapomnieli, że w tłumie protestujących są tacy, którzy praw nie mają żadnych - przedstawiciele niektórych środowisk odmawiają im nawet prawa do życia.

Nie weźmiesz ślubu, a nawet jeśli (gdzieś za granicą) to w Polsce będzie on nieważny. Nie należy Ci się spadek po osobie, z którą spędziłeś całe życie. Kiedy twoja druga połówka wyląduje w szpitalu nie należą ci się żadne informacje o jej stanie zdrowia. Nie jesteście rodziną. Nie wspominając o tym, że nie masz szans zostać rodzicem. Ale wykluczenie sięga znacznie dalej, sugestia jest jednoznaczna: my ci nie pomożemy, a twoją pomoc mamy gdzieś – nie możesz nawet oddać krwi! Dlaczego? Bo jesteś gejem.



Taka rzeczywistość dotyczy osób homoseksualnych w całym kraju, bez względu na to czy mieszkają na wsi, czy w mieście – i dużym, i małym. Poszukiwanie miejsca i społeczności, które nas zaakceptuje takim, jakimi jesteśmy jest naturalną potrzebą każdego człowieka. Tylko akceptacja otoczenia powoduje, że czujemy się bezpieczni. Stąd tendencja, by się integrować. Duże miasta oferują kluby tylko dla homoseksualistów, parady równości. Ale jest też druga strona medalu. Tęczowe flagi płoną właśnie tam, regularnie.

Zginąć w tłumie, wejść do szafy
Historii o ukrywających swoją orientację homoseksualistach, którzy cierpią żyjąc w małym mieście są setki. Ten scenariusz wydaje się nam jedynym możliwym pod hasłem "gej w małym mieście". Dlaczego? Bo pokutuje stereotyp, że mieszkańcy małych miast są nieobyci, zacofani i bardzo konserwatywni, a dużych to nowocześni i bardzo otwarci ludzie. Tymczasem od dawna wszyscy po równo jesteśmy informowani o tym, co dzieje się na świecie. Ostatecznie, jaka to różnica czy informują nas o wypadkach na drugim końcu kontynentu, kraju czy po drugiej stronie ulicy? Doświadczenie moich bohaterów świadczy o tym, że żadna.

- Całe życie mieszkałem w małym mieście, nigdy nie ukrywałem, że jestem gejem, zresztą byłyby to próby skazane na porażkę, bo jak twierdzą niektórzy – widać to na pierwszy rzut oka – i nigdy nikt pod moim adresem nie krzyczał "ty cioto", bo tu nikt nie jest anonimowy. Nikt mi pod oknem nie wypisał sprayem "tu mieszka pedał". A tuż po tym jak zamieszkałem w Warszawie, tak się właśnie wydarzyło – opowiada Łukasz, 26-latek z niewielkiego miasta w Wielkopolsce, dziś mieszka w stolicy. Miał pecha – w jego bloku mieszkało dwóch liczących się na osiedlu kibiców warszawskiej Legii. - Mimo że na nic więcej się nie odważyli, nie czułem się tam bezpiecznie. Właściwie to już trzeci raz z powodu objawów dyskryminacji zmieniam mieszkanie – dodaje Łukasz. Po szajce legionistów, były pełne nieufności i pogardy spojrzenia sąsiadów – i tych młodych, których dzieci miały okazję zobaczyć Łukasza idącego za rękę ze swoim chłopakiem, jak i tych starszych, którzy podzielają stwierdzenie z filmu "Sala samobójców" – "Nie jesteś żadnym gejem, w dupie ci się poprzewracało!".

Łukasz zawsze był inny niż koledzy z podwórka. Mieszkał na zwykłym osiedlu w małym mieście. Był członkiem bandy dziewczyn, nie grał z chłopakami w piłkę, miał wysoki głos, był za chudy, trochę zbyt "dziewczyński". - Dzięki temu niepotrzebny mi był oficjalny coming out. Mój homoseksualizm nie był tajemnicą, przez pewien czas był tylko niedomówieniem, bo nie chodziłem jako nastolatek po ludziach i nie opowiadałem "bo wiesz, ja wolę chłopaków" – wspomina Łukasz.

Potrzebę coming outu miał Mateusz, również gej, również z małego miasta. - Bałem się rodziców, dlatego mój pierwszy coming out miał miejsce na studiach. Wyprowadziłem się do Poznania, tam znalazłem nowych znajomych, którym z racji tego, że byli mi bardziej obojętni emocjonalnie niż rodzice, ośmieliłem się przyznać do swojej orientacji. Nie zrobiło to na nich większego wrażenia, zaakceptowali to i przeszli nad tym do porządku dziennego. Potem łatwiej było mi nawiązać z nimi przyjaźń, bo mogłem czuć się w pełni swobodnie. To dodało mi wiatru w żagle i odważyłem się powiedzieć rodzicom – mówi Mateusz. Rodzice okazali się trochę zaskoczeni, jednak to był pretekst do szczerej rozmowy o rozczarowaniach, oczekiwaniach i uczuciach. - Dobrze to wspominam, zbliżyliśmy się do siebie, nawet ponabijaliśmy się trochę z homofobicznych żartów. Poczułem się wtedy tak pewnie i dobrze w gronie najbliższych, że nie miałbym najmniejszego problemu z decyzją o powrocie do mojego miasta. To, co trzyma mnie w Poznaniu to studia i praca – tego moja rodzinna miejscowość nie oferuje. Jednak fakt, że mieszkam w dużym mieście nie ma nic wspólnego z moją orientacją – dodaje.
Wielu gejów sądzi, że jeśli ucieknie do metropolii będzie im łatwiej – jedni chcą zniknąć w tłumie, jak Mateusz na samym początku, inni znaleźć środowisko, w którym będą w pełni akceptowani, jak Łukasz. - Wyprowadzając się do Warszawy liczyłem na to, że znajdę grupę ludzi o tej samej orientacji, co ja, z którymi będę mógł czuć się w pełni swobodnie. Częściowo tak się wydarzyło. Trzymam się tylko z gejami (śmiech). Ale z drugiej strony pomyliłem się optymistycznie zakładając, że wszyscy geje trzymają się razem, że się lubią i są dla siebie życzliwi. Trafiłem kiedyś nawet na geja, który był moim przełożonym i przez to, że miał sporo problemów przez swoją orientację, agresję wyładowywał na innych przedstawicielach "jego problemu", czyli np. na mnie. Było mi go żal i to był jedyny powód, dla którego zrezygnowałem z pozwania go o mobbing – mówi Łukasz. Homoseksualiści, jak wszyscy ludzie na świecie, są różni, lubią różne rzeczy i różnych ludzi. Nie mają obowiązku lubić siebie nawzajem tylko dlatego, że cechuje ich ta sama orientacja. Nie jest więc ona, jak mogłoby się wydawać, czynnikiem integrującym mimo wszystko.

- Niektórzy starzy znajomi z mojego miasta czasem patrzyli na mnie podejrzliwie (jak to, 19 lat bez dziewczyny?!). Wybierając Poznań jako miejsce do życia, kierowałem się nie tylko wyborem studiów, ale i chęcią ucieczki przed tymi spojrzeniami. Jednak kiedy poznałem nowych ludzi i odważyłem się na wspomniany coming out, pomyślałem, że pomysł, by się schować był kompletnie bez sensu. Bo jaką ma wartość święty spokój jeśli żyjesz w kłamstwie? Obciążony tajemnicą? Zdecydowanie bardziej cenię akceptację niż spokój, dlatego dziś również w małym mieście nie wstydzę się swojej orientacji i nie kryję jej – wyjaśnia Mateusz.

Mimo to, jednego dużym miastom odmówić nie można – gejowskich klubów i organizacji, które walczą o prawa wszystkich przedstawicieli LGBT i ich integrują. Jeśli jesteś gejem, w małym mieście nie potańczysz. Właściwie to nie znajdzie się dla ciebie żadne miejsce w przestrzeni publicznej, w której będziesz mógł być w pełni sobą. - Wiadomo, w grupie raźniej, ale tylko w dużym mieście mam okazję patrzeć jak płoną tęczowe flagi. To nie jest fajne, raczej demotywujące, to sygnał, że po drugiej stronie ulicy idą ludzie, którzy odmawiają mi prawa do życia i wolności, mimo że widzą mnie i moich kolegów, widzą, że wyglądamy normalnie. W moim rodzinnym mieście nigdy by mnie to nie spotkało – podsumowuje Mateusz.

To jest nasza ciota i od niej ręce precz!
Doświadczenia Łukasza coraz bardziej skłaniają go do decyzji o powrocie do małego miasta. - W Warszawie trzyma mnie tylko praca, a coraz mniej integracja ze środowiskiem LGBT. Fakt, że mam tam znajomych gejów nie gwarantuje mi bezpieczeństwa, ani nie zastępuje rodziny. Czasem nawet tęsknię do tych kumpli z podwórka, z którymi nigdy w piłkę nie grałem, a jednak dzięki pewnemu incydentowi wiem, że mnie w pełni akceptują. Choć momentami zachowywali się jak Walduś z "Kiepskich", potrafili się też po swojemu wykazać. Kiedyś wracałem w nocy do domu, to była sobota, po mojej ulicy kręcili się pijani blokersi. Zaczepili mnie, zaczęli popychać pokrzykując "zabić pedała". Zanim dostałem w twarz, a mało brakowało, nagle, nie wiadomo skąd wyskoczyło kilku kumpli z osiedla. Wyciągnęli mnie za szmaty z krzaków i "wrzucili" do klatki, żeby nic mi się nie stało, a ich rozgonili krzycząc: "wypierdalać, to jest nasza ciota". To wulgarne zdanie jest najprzyjemniejszym, jakie w życiu słyszałem – wspomina Łukasz.

Poza tym, co innego parada, która spotyka na swej drodze grupę młodych homofobicznie nastawionych kiboli, a co innego homofob, który nie spodziewa się, że spotkał właśnie geja. - Mój chrzestny jest fanem partii rządzącej, katolikiem postulującym jakieś agresywne hasła, to skrajny konserwatysta. Dobrze o tym wiedziałem, kiedy zagaił mnie przy wigilijnym stole, kiedy będzie mógł poznać moją dziewczynę. Odpowiedziałem wprost: "ale ja jestem gejem", to było już jakiś czas po coming oucie przed rodzicami. Zaczął rechotać nerwowo, nie wiedział co ma powiedzieć, ale ostatecznie nie zachował się wobec mnie źle. Poklepał mnie po plecach, coś mruknął, że może mi przejdzie i zaproponował kieliszeczek do śledzika. Doceniłem to, zachował się najlepiej jak mógł, jak pozwalają mu na to jego poglądy. Dziś jest nadal takim wujem jak kiedyś, nie zostałem wydziedziczony – opowiada z uśmiechem Mateusz.

Wnioski? W kontakcie twarzą w twarz, kiedy w grę wchodzą uczucia do najbliższych i ich dobro, miękną najtwardsze przekonania. - Nie warto się wstydzić, bać i chować. Mój strach przed wyjściem z szafy sugeruje światu, że coś jest ze mną nie tak. Kiedy jestem śmiały i otwarty, ludzie to doceniają jakby intuicyjnie, automatycznie i dużo łagodniej reagują na wieść o tym, że jestem gejem. Odwdzięczają się swoją otwartością, odchodząc w ten sposób od dotychczasowych przekonań. Tak jest w bezpośrednich relacjach. W ulicznych starciach podczas parad równości jest odwrotnie – nasza otwartość wywołuje agresję. Zasadnicze pytanie brzmi – no i co z tego? Niech się zżymają, a my zrobimy cichą rewolucją rozmawiając z każdym "face to face".

napisz do autorki: ewa.bukowiecka-janik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...