Cudzoziemiec prawdę ci powie. 8 rzeczy, które dla nas Polaków są oczywiste, ale dla obcokrajowców wcale takie nie są

Okazuje się, że my Polacy automatycznie robimy przedziwne rzeczy, z których nawet nie do końca zdajemy sobie sprawy. Tym bardziej wielką frajdę sprawiło mi odkrycie na nowo – dzięki znajomym cudzoziemcom – naszych społecznych mechanizmów Prawo autorskie: dolgachov / 123RF Zdjęcie Seryjne
Ile prezentów w roku kupujecie? Nie zastanawiałam się nad odpowiedzią na to pytanie do momentu, w którym mój pochodzący z Turcji mąż nie obliczył, że kupujemy podarunki z co najmniej dwudziestu czterech okazji rocznie, a tylko w sierpniu i w listopadzie nie wygłaszam zdania „Musimy kupić prezent”. Okazuje się, że my Polacy automatycznie robimy przedziwne rzeczy, z których nawet nie do końca zdajemy sobie sprawę. Tym bardziej wielką frajdę sprawiło mi odkrycie na nowo – dzięki znajomym cudzoziemcom – naszych społecznych zwyczajów.

Jest mnóstwo badań na temat tego jak - my Polacy - żyjemy. Co dwa lata ukazuje się chociażby „Diagnoza Społeczna”, czyli pogłębiony raport na temat warunków i jakości życia Polaków. Pomniejsze ośrodki badawcze – na zlecenie pragnących poznać nas lepiej firm – wykonują też sondy na temat tego ile wydajemy na zakupy, kiedy kupujemy prezenty świąteczne, jak spędzamy weekendy i wakacje, a nawet jak dużo zdjęć wykonujemy naszymi smartfonami na dobę. I kiedy już wydaje mi się, że sporo o nas Polakach wiem, dokonuję kolejnego odkrycia z pomocą znajomych obcokrajowców.



Każda okazja jest dobra, aby podarować prezent
W Polsce czymś naturalnym jest dawanie prezentów z każdej nadarzającej się okazji - dobrze jest przyjść z podarunkiem do nowonarodzonego dziecka, na parapetówkę, urodziny znajomych. Nie zastanawiałam nad ilością kupowanych prezentów w roku, dopóki mój mąż nie oświecił mnie, że nie musimy ich kupować tylko przez dwa miesiące w roku, czyli w sierpniu i listopadzie. W ciągu 12 miesięcy mamy aż 24 istotne okazje – w najbliższej rodzinie mamy siedem urodzin i siedem imienin, a poza tym w lutym obchodzimy Walentynki, w marcu – Dzień Kobiet, zwykle w kwietniu – Zajączka, w maju – rocznicę ślubu oraz Dzień Matki, w czerwcu – Dzień Dziecka, we wrześniu – Dzień Chłopaka, w październiku – Dzień Nauczyciela, w grudniu – Mikołajki i Gwiazdkę.

Mąż podsumował, że przez kilka lat w Polsce podarował i otrzymał więcej prezentów niż przez całe życie w Turcji, gdzie ludzie nie są tak przywiązani do dawania prezentów z konkretnej okazji (nikt się też za brak prezentu nie obrazi). W pierwszym roku mąż kombinował jak obejść te zwyczaje i czy nie można chociażby połączyć Mikołajek z Gwiazdką albo dać jednego prezentu na imieniny i urodziny jeśli wypadają miesiąc po miesiącu. W końcu się poddał. Co ciekawe o ile szybko nauczył się dawać prezenty, o tyle ich przyjmowanie i związany z tym element zaskoczenia okazał się zbyt stresujący. Z tureckiej perspektywy nie do odtworzenia okazują się nasze polskie achy i ochy, które wyrażamy po rozpakowaniu prezentu. Zawarliśmy więc międzynarodową ugodę: przedstawiam mężowi listę potencjalnych prezentów, on oswaja się z myślą który z nich może dostać, potem wybieram i kupuję jedną z tych rzeczy, a mąż może autentycznie się ucieszyć.

Metalowe, odrapane, straszy na podwórku. Co to?
Pół biedy jeśli prezenty kupujemy w centrum handlowym, gorzej gdy na jaw wychodzi, że w mieście (nawet w stolicy) wciąż straszą stare i odrapane kioski z lat 80., i co gorsza ktoś w nich coś kupuje. O istnieniu dziwnego handlowego elementu miejskiego krajobrazu, przypomniał mi znajomy Włoch. Otóż kolega na fali robienia zakupów w mieście natrafił właśnie na taki kiosk. Nie ten nowoczesny, do którego można wejść, wybrać poszukiwany produkt i zapłacić widząc twarz kioskarza, ale ten z lat 80., w którym, aby coś kupić trzeba się nagimnastykować (nachylić do przodu, w bok – w zależności od strategii stosowanej przez kupującego), a następnie przemówić do kawałka tułowia osoby sprzedającej. Biedak, tak jak nie mógł odnaleźć się z kolejce, tak nie mógł pojąć jaki cel przyświecał projektantowi tych kiosków. Ja z kolei nie mogłam pojąć jak przez lata – bez mrugnięcia okiem - kupowałam zakupy w niezbyt wygodnej pozycji.

Nagimnastykować się przy nim trzeba jak kiedyś na trzepaku. Pamiętacie? Co za pytanie. Tymczasem całkiem niedawno dowiedziałam się, że nie wszyscy wiedzą czym są trzepaki. Otóż znajomy z Hiszpanii, absolutnie poważnie zapytał mnie czy ta metalowa konstrukcja, która stoi na jego osiedlu służyła niegdyś (a może dalej służy) do przywiązywania koni? Chłopak zadał sobie nawet tyle trudu, że obserwował kilka dni z rzędu trzepak z okna. Chciał przyłapać właściciela konia, który po całym dniu galopowania po mieście parkowałby przy trzepaku. A że nic takiego się nie wydarzyło, nie wytrzymał i zapytał o metalową instalację w sercu osiedla.

Wytłumaczyłam mu, że trzepak (którego raczej już nie spotka na nowych osiedlach) przez lata nie tylko był urządzeniem pomocnym w czyszczeniu dywanów, ale przede wszystkim miejscem spotkań dzisiejszego pokolenia trzydziestolatków. Trzepak był osiedlowym centrum sportu i rekreacji – idealnie bowiem nadawał się do robienia fikołków, gry w siatkę i piłkę ale też centrum życia towarzyskiego na podwórku – gdyby był tak popularny w epoce selfie, z pewnością każdy z nas miałby na koncie „sweet focię” na trzepaku. Chyba strzelę w dziesiątkę twierdząc, że każdy kto biegł w jego kierunku marzył tylko o tym, aby trzepak był wolny.

Na plotki trzeba się umówić
Tak samo jak latami nie zauważałam paskudnych kiosków, tak nie dostrzegłam, że my Polscy zrezygnowaliśmy prawie z tradycji spontanicznego wpadania do znajomych na herbatę. W niektórych krajach – zwłaszcza Europy i Ameryki Południowej - wciąż ma się dobrze odwiedzanie znajomych bez zapowiedzi. Kobiety zajmujące się domem i dziećmi chociażby w Turcji, Egipcie, na Kubie – w czasie gdy mężowie są w pracy - spotykają się w jednym z domów, aby wspólnie gotować, pić herbatę, gotować czy prasować.

Tymczasem u nas ten zwyczaj – zwłaszcza w dużych miastach – zdecydowanie ustąpił umawianiu się na spotkania z dużym wyprzedzeniem, z kalendarzem w ręku i na konkretną godzinę. Dobrze, źle? Z jednej strony nie wyobrażam sobie nalotu znajomej od tak o poranku, bo przechodziła w pobliżu, z drugiej doskwiera mi czasem fakt, że tak trudno spontanicznie umówić się do kina z godziny na godzinę. Polacy stali się mistrzami planowania spotkań i ustawiania przypomnień w telefonie. Wymagana jest punktualność, a w razie spóźnienia koniecznie jest wysłanie sms’a z oszacowaniem czasu spóźnienia. Co bardziej zajęci znajomi już na początku spotkania podają godzinę jego zakończenia. W efekcie wspólne picie kawy przerywa regularnie zerkanie zegarek w telefonie.

Będąc przy temacie plotek… utarło się, że mistrzyniami są w tym kobiety. Tymczasem znajomi z Bułgarii, Turcji i Kuby twierdzą, że w Polsce faceci plotkują na równi z kobietami, a może i są w tym lepsi (bo sprytniej się maskują). Znajomi uświadomili mi, że nasi panowie potrafią siedzieć i rozmawiać godzinami przy piwie. Ich spotkaniom nie towarzyszy żadne dodatkowe działanie (może poza jedzeniem chipsów). Tymczasem chociażby w Turcji popularne jest granie w planszówki, a na Kubie taniec. Dwóch facetów siedzących i plotkujących przy piwie to zdecydowanie nasza specjalność. Cudzoziemców to nie kręci (a przynajmniej lepiej się maskują).

I kto to mówi
Stresujące i pozbawione przyjemności dla znajomych z Włoch, Turcji, Kuby czy Niemiec, okazuje się oglądanie polskiej telewizji. I nie chodzi o fakt, że nie rozumieją języka (zwłaszcza, że większość z nich jest już na poziomie podstawowym lub średnio zaawansowanym), a o coś co dla nas Polaków jest absolutnie naturalne – o instytucję miłościwie panującego od lat w polskiej telewizji lektora. „Jak możecie oglądać film, w którym kobieta mówi męskim głosem?” – zapytał mnie oburzony znajomy z Kuby, dla którego brak dubbingu jest czymś absurdalnym i nieakceptowalnym.

Jako że na lektora utyskiwali po kolei wszyscy znajomi cudzoziemcy postanowiłam obejrzeć fragment znanego filmu Woody Allena „Vicky Cristina Barcelona” z polskim lektorem i włoskim dubbingiem. W efekcie stwierdzam, że mimo wszystko bardziej rozprasza mnie podczas oglądania filmu zły dubbing niż lektor czytający dialogi.

Gazeta tylko z prawej
Cykl „objawień”, pamiętam jak dziś, zaczął się w warszawskim Empiku, kiedy znajomy Włoch, który przyjechał do Warszawy na dwuletni kontrakt, próbował kupić dziennik „Corriere della Sera”. Giancarlo wziął gazetę do ręki, stanął przy kasie i tak stał, kilkukrotnie próbując podać gazetę kasjerce. Dla kasjerki jak i osób w kolejce był zupełnie transparentny. Znajomy spojrzał na mnie pytająco, a ja automatycznie kazałam stanąć mu w kolejce ustawiającej się po prawej stronie kasy. Było dla mnie oczywiste, że tam jest jego miejsce, a nie przy ladzie z lewej strony. Giancarlo zapytał czy mogę mu wyjaśnić dlaczego w Polsce ogonek kolejki ustawia się zawsze po prawej.

Okazało się, że dzień wcześniej stał kwadrans w „kolejce” po lody i już miał się poddać, gdy sprzedawczyni zlitowała się nad pałętającym się przy ladzie Włochem. Znajomy musiał się szybko przestawić zwłaszcza, że w jego miasteczku, gdzie wszyscy wzajemnie się znali, mógł stanąć z każdej strony lady, a i tak mógł liczyć na to że zostanie obsłużony. Znajomy uświadomił mi, że faktycznie nie tylko stoimy w kolejkach ustawiających się po prawej, to jeszcze czasem pojawia się dyrygent kolejki decydujący, że musi być jedna kolejka do wszystkich kas, bo przecież każdy musi odstać swoje.

Ani be, ani me, ani kukuryku
Jedna z obserwacji znajomych z zagranicy bardzo mnie zasmuciła. Otóż cudzoziemcy uświadomili mi, że Polacy mają w zwyczaju nie mówić w sklepach „dzień dobry” - wchodząc, ani „do widzenia” – wychodząc. Pakują zakupy z kamiennym wyrazem twarzy, płacą i bez słowa odchodzą. I nie ma dla nich znaczenia, że jutro przyjdą do tego samego sklepu, do tej samej kasjerki, po te same rzeczy. Chciałam się ze znajomymi nie zgodzić, ale zaczęłam obserwować osoby stojące przede mną w kolejce w hipermarketach. Eksperyment wypadł miażdżąco. Zrzuciłabym to na kark jesienniej aury, ale ciężko powiązać mi deszcz z zanikiem podstaw zasad dobrych manier.

I nagle, eureka?! Jak mogłam na to nie wpaść wcześniej! Przecież nie mówienie „dzień dobry” ma tradycję sięgającą aż 1995 roku, kiedy to odbyła się pamiętna debata prezydencka między Aleksandrem Kwaśniewskim a Lechem Wałęsą. Do historii przeszedł fragment, w którym ubiegający się o reelekcję Wałęsa zwrócił się do Kwaśniewskiego słowami: „Pan wszedł jak do obory. Ani be, ani me, ani kukuryku”. Mimo to Kwaśniewski w rozstrzygającej turze wygrał uzyskując prawie 52 proc. głosów. Widać bycie kulturalnym bywa przereklamowane.

Napisz do autorki: jolanta.korucu@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...