Jesteśmy jak bohaterowie serialu „Scooby Doo”, choć nie wierzymy w duchy to i tak się ich boimy

Dla medium duch to „odciśniony” 123rf zdjęcie seryjne / belchonock
Na pewno oglądaliście kiedyś serial „Scooby Doo”. W każdym odcinku Velma, Daphne, Fred i Kudłaty rozwiązywali zagadki nawiedzonych domów i miejskich potworów. Choć zjawy zawsze okazywały się być złudzeniem optycznym lub przebranym dozorcą, Kudłaty i Scooby w każdym odcinku bali się równie mocno, nie wyciągając wniosków z poprzednich przygód.

Podobnie jak z bohaterami animowanego serialu z lat 70. jest i z nami. Jako spadkobiercy oświecenia i przedstawiciele społeczeństwa informacyjnego w duchy wierzyć nam po prostu nie wypada, co jednak nie przeszkadza nam odczuwać w związku z ich domniemaną obecnością lęku.



Człowiek ponowoczesny w chwilach wolnych od pracy czasem jeszcze trochę sobie powierzy w Boga, za to nie wierzy już opowieściom bliźniego. Co z tego, że całkiem przytomna babcia mówiła, że zamieniła w nocy kilka słów z cieniem zmarłego dziadka. Te rewelacje skwitujemy konstatacją, że „ma już przecież swoje lata”. Podobnie skomentujemy opowieści koleżanki, która przeprowadziła się na Muranów i zaczęła znajdować różne drobiazgi nie tam, gdzie je zostawiła – „to zwyczajne rozkojarzenie”.

W tych czasach informacja, żeby zostać zaakceptowana, powinna zostać opatrzona dopiskiem „University of Southern California”. Głównym problemem z badaniami istnienia duchów polega na tym, że nie wiemy czym ów duch jest (lub miałby być), a więc ciężko jest obalić istnienie takich bytów, lub je potwierdzić.
NDE - Near Death Experience

Stety-niestety, hipotetyczne założenie, że być może nasza świadomość jest w stanie przetrwać śmierć organizmu zyskało kilka naukowych podpór (czy może raczej podpórek). Sporo hipotez zostało opartych na relacjach osób, które przeżyły śmierć kliniczną, czyli zatrzymanie akcji serca i przywrócenie jej. Co ciekawe, ich doświadczenia są bardzo podobne, niezależnie od kultury i religii w jakiej wyrośli. Filmowe obrazy przedstawiające ciemny tunel z którego wyjścia bije światło, czy wrażenie, że całe życie przeleciało mu przed oczami w nieomal filmowej formie, są stałym elementem relacji takich osób.

Raymond Moody, amerykański naukowiec, psycholog, lekarz i doktor filozofii od wielu lat zajmuje się badaniem doświadczenia śmierci klinicznej. Z relacji kilkuset pacjentów wyodrębnił powtarzające się elementy, do których, poza wyżej wspomnianymi, należą także wszechogarniające uczucie spokoju i miłości, świadomość sytuacji i rozmów osób otaczających ratowanego, doświadczenie bycia poza własnym ciałem. Często również oglądanie siebie samego z góry, a niekiedy także obecność bliskich osób, które umarły i różnie definiowanej „jaśniejącej istoty” pełniącej funkcje opiekuna. Ponadto w momencie, w którym przeżywająca śmierć kliniczną osoba zdaje sobie sprawę ze swojego położenia, słyszy rodzaj nieprzyjemnego dzwonienia czy szumu. Wielu naukowców usiłowało wyjaśnić ten stan, są to jednak tylko hipotezy.

Psycholożka i absolwentka Oxfordu, Susan Blackmoor, w latach 80. opisała teorię mówiącą, że za charakterystyczne wizje są odpowiedzialne endorfiny wydzielane w narkotycznej ilości w sytuacjach kryzysowych dla organizmu. Mają za zadanie osłabić ból i strach. Blackmoor rozwinęła swoją koncepcję o pojęcie tzw. modeli mentalnych, czyli w dużym uproszczeniu wybieranych przez mózg sposobów postrzegania rzeczywistości. Z kolei George Wettacha przedstawił hipotezę, według której w momencie niedotlenienia kory mózgowej kontrolę przejmuje pień mózgowy, zwany również mózgiem gadzim. Niezwykłe wspomnienia mają być w tej koncepcji wynikiem nagłej zmiany interakcji między częściami mózgu, do której nie dochodzi w innych warunkach.

Jednak największą zagadkę, trudną do wyjaśnienia nawet hipotetycznie jest fakt, że wiele osób zapamiętuje szczegóły tego co działo się podczas resuscytacji, mimo że zgodnie z prawidłami medycyny nie powinno to być możliwe. Ta ciężka do racjonalnego wyjaśnienia cecha śmierci klinicznej przyczyniła się do powstania w 2008 roku projektu AWARE (AWAreness during REsuscitation) koordynowanego przez Uniwerstytet w Southampon. Na 15 oddziałach ratunkowych w Austrii, Stanach i w Wielkiej Brytanii zostały umieszczone charakterystyczne obrazki. Jeśli osoby odratowane pamiętałyby obrazek, mogłoby to oznaczać, że świadomość ludzka może istnieć bez ciała i mózgu.

W 2014 roku opublikowano pierwsze wyniki. Z 330 osób, które przeżyły śmierć kliniczną na udział w badaniu zgodziła się nieco mniej niż połowa. Spośród nich 39% miało wspomnienia z resuscytacji. Poza charakterystycznymi wizjami lub ich elementami, dwoje spośród nich miało pełną świadomość tego, co działo się w pomieszczeniu. Traf chciał, że akurat te osoby nie przebywały wówczas w pokojach z obrazkami. Jedna z nich odmówiła udziału w dalszych badaniach. Natomiast drugi badany, 57-letni mężczyzna opisał co działo się na sali w ciągu trzech minut, kiedy jego serce nie pracowało. Jego relacja całkowicie pokrywał się z dokumentacją medyczną.
Alberta w to nie mieszajcie

Często można spotkać się też z interpretacją mówiącą, że na istnienie duchów wskazuje jedna z teorii Einsteina. Google pokazuje ponad 800 tysięcy wyników łączących naukowca z postaciami z zaświatów. Nieporozumienie wynika ze zbyt dosłownego rozumienia teorii naukowca. John Katchuba, autor książek poświęconych duchom pisze „Einstein udowodnił, że energia we wszechświecie jest stała, a więc, że nie może być ani zniszczona, ani stworzona … Co więc dzieje się z naszą energią, kiedy umieramy? Według Einsteina musi przejść w inną formę energii. A czymże ona jest? Być może to opuszczenie ciała przez energię możemy uważać za stworzenie ducha…”

Brzmi ciekawie, tyle, że w praktyce wygląda znacznie mniej mistycznie. Zero świetlistych kul i perłowych odcisków ciał. Po śmierci energia zmagazynowana w ludzkim ciele przechodzi do środowiska. Stygniemy, oddając ciepło, a potem jesteśmy rozkładani przez mikroorganizmy, żeby koniec końców użyźnić glebę, jak wszystkie inne martwe organizmy. Podczas kremacji energię przeistacza się w ciepło i światło. Słowem fizyka, biologia i chemia.

Medialne media

W XIX wieku nauka zaczęła gwałtownie się rozwijać, dostarczając wciąż kiepsko wykształconym społeczeństwom niesamowitych wynalazków i nie do końca zrozumiałych teorii. Jak gdyby w kontrze do tego galopu ku nowoczesności, rozwijała się moda na salonowy spirytyzm. W Polsce był szczególnie modny przez całe dwudziestolecie, w Warszawie działało wówczas pięć zarejestrowanych towarzystw zajmujących się „naukowym” badaniem zjawisk nadprzyrodzonych. Wywoływanie duchów było rodzajem wieczornej rozrywki, nie mniej popularnej, co wyjście do teatru.

Na zachodzie media były osobami publicznymi, jeździły na zagraniczne tournée , a ich seanse opisywane były w gazetach. Jednym ze sławniejszych mediów końca XIX wieku była Angielka, Eusebia Palladino. Jej popularność trwała do momentu, kiedy została wzięta pod obserwację przez Towarzystwo Badań Psychologicznych. Okazało się, że kobieta jest po prostu zdolną iluzjonistką. Ciężko się zresztą dziwić, wiedząc, że jako nastolatka uciekła z sierocińca z wędrownym magiem i słuch o niej zaginął na kilka lat. Jej demaskacja była skandalem na tyle głośnym, że w 1910 roku ukazała się nawet książka objaśniająca szczegółowo jej triki. Mimo odkrycia oszustwa, nie wszystkie sztuczki Palladino da się wyjaśnić, stąd też przypuszczenie, że być może miała zdolności psychokinetyczne. Trzymana przez podejrzliwych klientów za nogi i ręce miała np. poruszyć dębowy stół. Zachowały się także opisy seansów Eusebii podczas których instrumenty muzyczne zaczynały wydawać dźwięki.

Współczesne media, zwłaszcza te amerykańskie, posługują się nie tyle iluzją, co narracją. Allison Bouvier, znana również w Polsce za sprawą serialu „Medium”, w którym w jej postać wcieliła się zdobywczyni Oscara Patricia Arquette w jednej ze swoich książek opowiada jak nabyła swoich paranormalnych zdolności. Kiedy jako nastolatka spędzała wakacje na Hawajach, doszło do niesamowitego, jak przystało na medium, wydarzenia. Pewnego dnia pływała na desce surfingowej i została otoczona przez rekiny. Przerażona zaczęła się modlić, błagała Boga o pomoc. Obiecywała, że będzie odtąd wypełniała jego wolę, jakakolwiek by ona nie była. Udało się jej dopłynąć do brzegu, a niedługo potem zaczęli się z nią kontaktować zmarli.

Przez siedem lat, począwszy od 2001 roku grupa badaczy z University of Arizona pod przewodnictwem profesora Gary’ego Schwartza badała w jakim stopniu osoby pracujące jako media są wiarygodne. W doświadczeniu wzięły udział między innymi popularne w Stanach Laurie Campbel czy Suzane Northrop. Podawane przez lwią część badanych informacje dotyczące zmarłych osób były prawdziwe w stopniu, który wykluczył, że ich znajomość była kwestią przypadku.

W Polsce media nie zyskały szerszego rozgłosu, być może ze względu na jednoznaczne potępianie kontaktu z duchami przez Kościół. Najbardziej znanym osobą obdarzoną zdolnościami paranormalnymi jest niewątpliwie Krzysztof Jackowski, bohater polsatowskiego programu „Eksperyment jasnowidz” z 2003 roku. W tym samym roku Jackowski wygrał międzynarodowy turniej jasnowidzów organizowany przez japońską telewizję. Z jego usług wielokrotnie, choć z różnymi skutkami, korzystała polska policja. I to mimo wydanego przez Komendę Główną raportu stwierdzającego znikomą skuteczność tego typu współpracy.

Większość mediów podkreśla, że strach przez kontaktem z duchami jest nieuzasadniony. W lwiej części chcą one po prostu porozumieć się z żyjącymi i nie mają złych zamiarów. Utrzymujące się z kontaktu ze zmarłymi porównują swoje umiejętności do dostrajania się do innej częstotliwości, pod którą można usłyszeć przekazy umarłych.
Widziałem, to wiem

Pod nielicznymi na polskich portalach artykułami dotyczącymi duchów roi się od komentarzy z rodzaju: „Mogę Was zapewnić, że istnieją...Każdy z Was wcześniej, czy później doświadczy tej obecności, jeśli zechce. Problem nie leży w tym czy one (duchy) istnieją, ale czy Wy sami chcecie tego kontaktu. Macie zamknięte drzwi przez które ktoś, być może po raz ostatni chciałby wejść i się pożegnać. Osobiście miałem to szczęście, że nie pogrzebałem mego kochanego ojca, bo to co zostawił, to tylko ciało...Cały czas miał świadomość, że jest obok.” – pisze Gabriel. Jednak jego doświadczenia mogą mieć też eksplikację naukową, nijak nie łączącą się z życiem pozagrobowym.

Kanadyjczyk, Michael Persinger badał związki pól elektromagnetycznych z relacjami opisujących spotkaniami z duchami. Według naukowca pulsujące pola elektromagnetyczne, niedostrzegane przez ludzi na poziomie świadomości, mogą odpowiadać za przeświadczenie, że nie jesteśmy sami w pomieszczeniu poprzez chwilowe zaburzanie wzorców aktywności elektrycznej mózgu. Persinger badał ludzi noszących specjalnych hełm wytwarzający pole elektromagnetyczne. Badani po kilkunastu minutach byli przekonani o obecności innych osób w pobliżu.

Kolejnym czynnikiem, który może odpowiadać za przekonanie, że odczuwało się obecność zmarłego mogą być ultradźwięki. Te o małej częstotliwości wywołują racjonalnie nieuzasadnialny dyskomfort psychiczny, kojarzony często z obecnością ducha. W artykule z 1998 roku opisującym rzekome spotkania z duchami przytoczono relację pracującego w fabryce sprzętu medycznego Vica Tandy’ego. Mężczyzna starała się w miarę możliwości omijać jedno z laboratoriów, ponieważ czuł się tam dziwnie przygnębiony i zdarzało się, że miał omamy słuchowe. Okazało się, że za wszystkim stał nie duch, ale wiatrak emitujący ultradźwięki, które dezorientowały osoby pracujące w pomieszczeniu. Późniejsze badania nad tym typem dźwięków pokazały, że mogą one także powodować charakterystyczny dla opowieści o duchach dreszcz przebiegający znienacka po plecach.
Świat nie zaludnił się duchami wraz z eksmisją zmarłych z klasycznych zaświatów, którą zapoczątkowały odkrycia astronomii i geologii, przekreślając nasze wyobrażenia o podziemnym piekle i przodkach zerkających na nas z obłoków. Duchy towarzyszyły ludziom od zawsze, niezależnie od szerokości geograficznej i koloru skóry. Były spersonifikowanym strachem przed niepoznawalnością śmierci, ale przede wszystkim, choć w bardziej zakamuflowany sposób, dawały nadzieję. Że życie nie kończy się wraz z zaczerpnięciem ostatniego oddechu, a co ważniejsze, że strata bliskiej osoby nie jest ostateczna. Wiara w życie pozagrobowe jest fundamentalna dla wielu religii i leży u podstaw wiary w duchy.

Nie jesteśmy w stanie zaprzeczyć ani potwierdzić naukowo ich istnienia, ani tego czy kontakt z zaświatami jest możliwy za pośrednictwem medium. Z pewnością w przekonaniu o ich istnieniu nie ma nic złego, o ile pomaga ono uporać się ze stratą bliskiej osoby i zachować z nią jakiegoś rodzaju więź emocjonalną. Zmarli, i to nie tylko ci najbliżsi, są elementem naszej tożsamości. Oprócz prababki i stryja mogą to być żołnierze wyklęci, Rudy i Zośka, albo Pawlikowska-Jasnorzewska i Agnieszka Osiecka. Pamięć o tych, którzy odeszli zmusza do zastanowienia nad sobą, nad swoim miejscem w świecie i do konfrontacji z wyznawanymi wartościami. Przede wszystkim jednak uświadamia nam naszą śmiertelność.


Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...