Magia świątecznych sporów. Dlaczego właściwie kłócimy się przy wigilijnym stole?

Świąteczna kolacja bez choćby drobnego sporu to w wielu rodzinach sytuacja niewyobrażalna. 123rf zdjęcie seryjne / anjelagr
Za okopywanie się w świątecznej atmosferze zabieramy się już na początku grudnia. Z każdą przyniesioną do domu świeczką o zapachu goździków i z każdą deklaracją, że wszystkim, czego pragnie na święta Mariah Carey „jesteś ty”, czujemy zbliżające się Boże Narodzenie coraz mocniej. Jednak cieniem grozy na naszym mikrokosmosie wypastowanych parkietów i jodły 2,2 m, kładzie się w wielu przypadkach konieczność zobaczenia własnej rodziny. Relacje z nią bywają o wiele mniej wypieszczone niż lukrowe dekoracje na pierniczkach.

Rodzinne spory przy świątecznych stołach w wielu domach są na porządku dziennym. Nie jest to jednak domena wyłącznie polska. Kilka lat temu media w Wielkiej Brytanii rozpisywały się o badaniu dotyczącym częstotliwości bożonarodzeniowych sporów. Wynikało z niego, że wyspiarze kłócą się z bliskimi podczas przerwy świątecznej średnio aż pięć razy, pierwszy konflikt wywołując mniej więcej 2 godziny po przebudzeniu.



Awantury mogą być oczywiście pełne fajerwerków, z trzaskaniem drzwiami i odchodzeniem od stołu włącznie, ale wigilijnych kolacji lękają się także członkowie mniej temperamentnych familii. Niekiedy nawet bardziej niż bezpośredniego sporu, w którym można wziąć udział. Bo jak tu wytłumaczyć emanującemu samozadowoleniem wujowi, który w weekendy zabierał cię na basen ze swoimi dziećmi, że jego uwagi są niestosowne i seksistowskie. Jak odpowiedzieć na aluzje o braku narzeczonej tak, żeby nie zostały skwitowane „ależ nikt nic nie mówi!”.

Osoba na metr

Już dawno staliśmy się społeczeństwem rodzin atomowych. Na co dzień oglądamy zazwyczaj jedynie partnera i własne dzieci. Czasem z drobnym odstępstwem w postaci mieszkającej nieopodal mamy na emeryturze czy brata, z którym dzieliło się przez 15 lat pokój.

Do tego polskie metraże do największych nie należą. Według danych GUS z 2014 roku na jednego mieszkańca miasta średnio przypadało 26 m kw. W święta w naszej niezbyt imponującej przestrzeni nagle pojawia się całkiem sporo osób, do których nie jesteśmy przyzwyczajeni. A że rodziny się nie wybiera, wcale nie tak rzadko zdarza się, że za którymś z jej członów nie przepadamy. Nielubianego znajomego, którego widzi się dwa razy w roku nie zaprasza się do domu, a już na pewno nie na trzy dni z nocowaniem… Napięcie narasta, a nas coraz łatwiej wytrącić z równowagi.

Wspólne święta nie muszą oznaczać 72 h patrzenia sobie w oczy, stykania się łokciami i karkołomnych zamachów na krępującą ciszę. Nie dajmy się zwariować. Można zabrać rodzinę na długi spacer, czy zrobić znaleźć chwilę prywatności zalegając na 40 minut w wannie.

Wyobrażenia vs rzeczywistość

Za wieloma świątecznymi konfliktami, niezależnie od tego, czego dotyczą, kryje się zasadnicza różnica w podejściu do obchodzenia Bożego Narodzenia. Dla niektórych święta powinny być jak gdyby wyjęte z amerykańskiego filmu, który oglądali z wypiekami na twarzy w dzieciństwie. Fantazyjnie udekorowany stół, góra prezentów, a przy stole eleganccy goście podający sobie półmiski z kurtuazyjnymi uśmiechami. Harmonia, spokój i „Winter Wonderland” w wykonaniu Binga Crosby’ego (żeby w pełni zanurzyć się w amerykańskiej sielance).

Problem zaczyna się, jeśli inni członkowie rodziny widzą w Bożym Narodzeniu bezsensowną konsumpcję, a łamanie się opłatkiem z kuzynami, których wieku i imion nie są pewni, uważają za gest tyle zbędny, co sztuczny. Konflikty na tym tle najczęściej wybuchają kiedy jeden z domowników jest za świętami minimalistycznymi, obchodzonymi, aby „tradycji stało się zadość”, a drugi zamieniłby wszystkie imieniny, urodziny i Sylwestry świata na te kilka dni.

Trudno wyobrazić sobie, że sceptycznie nastawiona do hucznego obchodzenia Bożego Narodzenia osoba nagle je pokocha. Jedyną radą zdają się być obopólne ustępstwa poprzedzone zrozumieniem. Naprawdę nie trzeba mieć szeregu argumentów, żeby cieszyć się Gwiazdką.

Starszy specjalista ds. polityki krajowej

Nie trzeba być wielkim umysłem XXI wieku, żeby wpaść na to, który z tematów pod barszcz i karpia jest potencjalnie najbardziej konfliktogenny. Można nawet przypuszczać, że w tym roku przy polskich stołach polityka będzie gruntem jeszcze bardziej grząskim, niż była dotychczas. Teoretycznie nikt nie ma zamiaru się tam zapuszczać, ale gdy okazuje się np., że 18-letnia kuzynka Emilka, głosowała na partię Kukiz’15 zawsze znajdzie się członek rodziny, który postanowi zainterweniować ratując w swoim odczuciu młody umysł i przyszłość tego kraju.

Oczywiście można powiedzieć, że święta należą do sfery prywatnej i wyciąganie w rodzinnym gronie tematów dotyczących życia publicznego jest nie na miejscu. Jednak w lwiej części przypadków staramy się nie dopuścić do rozmowy o polityce nie tyle ze względu na stosowność, ile ze strachu przed sporem. Teoretycznie rozmowa o polityce w gronie tak zróżnicowanym wiekowo i zawodowo ma potencjał bycia nie tylko intrygującą wymianą myśli, ale też szansą na wzajemne poznanie i głębsze zrozumienie spraw publicznych.

Niestety niewiele osób zna i stosuje zasady prowadzenia sporów, w których nie ma podziału na „przegranych” i „wygranych”, a jedynie otwartość na konfrontację poglądów. Zawzięci dyskutanci to najczęściej osoby prowadzące spory, aby w nich wygrać, i to nie tyle w rozumieniu „przekonać drugą stronę do swoich racji”, ile „sprawić, żeby zamilkła uznając rację”.

Szał post-przygotowań

Obrazek znany większości osób, jeśli nie z autopsji, to ze słyszenia czy z widzenia. Zapracowana kobieta zarywa trzy noce z rzędu, żeby przygotować kolację na 12 osób i posprzątać dom. Mąż oczywiście pomaga - kupuje choinkę, przelewa krew niewinnych karpi (ale ich nie filetuje) i jedzie do sklepu, kiedy niespodziewanie kończy się cynamon.

Wreszcie wszystko jest gotowe i goście zasiadają do stołu. Nieprzytomna ze zmęczenia pani domu plami nową bluzkę olejem lnianym z pierwszym kęsem śledzika, a potem przypala bigos. Nie ma też szczególnej siły na small-talk i zaczyna się obawiać, że szwagierka, która nigdy za nią nie przepadała, lada moment rzuci jakąś uszczypliwą uwagę na ten temat.

Coraz bardziej irytuje ją małżonek, z szerokim uśmiechem wychwalający jej pracowitość i poklepujący po plecach, kiedy wraca z kolejną porcją talerzy. Kiedy za ostatnim gościem zamkną się drzwi padną słowa takie jak „niewolnica”, „niewdzięcznik” oraz „rozwód”.

Można sarkać na patriarchalny model polskiej rodziny i wychowanych w nim synków, którzy przez lata obserwowali matki urabiające sobie przed świętami ręce po łokcie, więc teraz nie dostrzegają niczego niepokojącego w fakcie, że ich partnerka zarywa noce, żeby piec keks. Tylko że problem tkwi raczej w kulejącej komunikacji. Żeby istniał nowy podział obowiązków, ktoś najpierw musi go uzgodnić. Inaczej będziemy kręcić się w kółko powielając podpatrzone w domu schematy i odreagowując na partnerze szał przygotowań.

Kuzyn ofiarny

Jesteśmy przywiązani do status quo także na łonie rodziny. Tak to już jakoś jest, że 32-letni synek cioci, którego licealne sukcesy były wychwalane w tych samych okolicznościach 19 lat wcześniej, dla dalszych członków rodziny nadal jest młodzieńcem, którego czeka świetlana przyszłość. Nawet jeśli wciąż mieszka z rodzicami, a od czasu rzucenia na drugim roku studiów pracuje w sklepie z kolekcjonerskimi nożami. Łatka została przypięta.

Doktor Bartosz Zalewski, psycholog i wykładowca SWPS, w rozmowie z Polską Agencją Prasową zwraca uwagę na charakterystyczny dla dużych spotkań rodzinnych podział sił – „Bywa tak, że jakaś część rodziny jest stawiana w roli tych, którzy sprawiają kłopoty, dzięki czemu reszta rodziny może czuć, że osiąga sukcesy. W czasie świąt taki mechanizm może się nasilać”. Grupa, czy osoba pełniąca rolę kozła ofiarnego w pewnym sensie konsoliduje rodzinę, która może jako wspólnota radzić nad jej losem, roztrząsać problemy, udzielać dobrych rad.
Lista powodów, dla których kłócimy się przy świątecznym stole mogłaby zawierać o wiele więcej podpunktów i dopisanych do nich teorii i wyjaśnień. Jednak główną przyczyną puszczających w rodzinnym kręgu nerwów jest w lwiej części przypadków ograniczone zaufanie przy dużych wymaganiach. Jeśli gotujesz kolację dla najlepszej przyjaciółki, a ona mówi ci, że chyba przesadziłaś z pieprzem, nie odczytujesz tej uwagi jako złośliwości czy podważenia twoich zdolności kulinarnych, ale jako stwierdzenie faktu lub wyrażenie opinii.

We własnej rodziny chcielibyśmy znajdować niewyczerpane pokłady akceptacji i zrozumienia. Być może to dlatego tak nerwowo reagujemy, gdy spotykamy się na jej łonie z krytyką. Przykre doświadczenia tylko wzmagają podejrzliwość wobec intencji udzielającej dobrych rad cioci. Wiążąc w najbliższą sobotę krawaty i prasując sukienki warto uświadomić sobie, że i my jesteśmy być może dla kogoś członkami mitycznej „strasznej rodziny”, z którą tak obawiamy się spotkania.


Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...