Jędze i zołzy. Chcesz uniknąć związków-porażek? Naucz się dbać w pierwszej kolejności o własną wygodę

Glenn Close w roli Cruelli De Mon kadr z filmu „101 dalmatyńczyków”
Nie będę cię trzymała kurczowo za rękaw. Nie, nie bój się, możesz sobie iść kiedy chcesz, z kim chcesz i dokąd chcesz – tak zaczynają się słowa piosenki, z którą w 1964 Katarzyna Sobczyk wygrała Festiwal w Opolu. Bigbitowy hit „O mnie się nie martw” w lekko komicznej formie mówi o niezależności i szacunku do swojego czasu, i uczuć. Taka, dość oryginalna w latach 60., postawa, pół wieku później zdaje się sprawdzonym kluczem do sukcesu na rynku związkowo-matrymonialnym.

Niemal dwie dekady temu ukazało się pierwsze wydanie książki Sherry Argov „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy” (angielski, bardziej dobitny, tytuł brzmi „Why Men Love Bitches: From Doormat to Dreamgirl”). Sukces poradnika można porównać bodajże tylko z „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus” Johna Graya, które w Polsce od 1995 doczekało się już bagatela 32. wydań.



Skierowana do kobiet publikacja Argov sprzedała się w grubo ponad milionie egzemplarzy i mimo upływu lat nie schodzi z listy bestsellerów „New York Timesa”. W Polsce kolejny już dodruk, z 2012 roku, natychmiast znalazł się na szczycie list sprzedaży Empiku. Za niesłabnące zainteresowanie odpowiada już nie tyle sprawna machina promocyjna i szokujący tytuł, ile poczta pantoflowa. W wielu przypadkach międzypokoleniowa.
Co jest takiego w książce Amerykanki, że nawet kobiety, na których półkach nie można uświadczyć sterty poradników, nie odmawiają publikacji pewnej dozy sensu? Chodzi przede wszystkim o dodającą odwagi emanację wiary w siłę i możliwości kobiet. Nie ma ani słowa o gender, sufrażystkach i prawach kobiet, mnóstwo jest za to popkulturowego feminizmu, którego przesłanie można by streścić jako: „Nie bój się łamać patriarchalnych wzorców, a będziesz mieć superchłopaka i świetny związek”.

Argov napisała książkę o tym, co przyciąga, ale przede wszystkim o tym, co utrzymuje męskie zaangażowanie i pozwala kobiecie ułożyć związek na nowych w perspektywie historycznej zasadach. To poradnik z przymrużeniem oka, pełny soczystych, dosadnych dowcipów. Nie tyle radzi jak upolować faceta, ile wystrzega przed łapaniem „byle czego” za wszelką cenę. Choć niektóre rady Amerykanki są mocno dyskusyjne (np. ta, żeby przestać umawiać się z mężczyzną, który nie będzie bezwzględnie naciskał na uregulowanie rachunku), po 17 latach warto powrócić do tej publikacji. Nie tyle jako do poradnika dla singielek, ile jako do lekcji przywiązywania wagi do swoich potrzeb i egzekwowania swoich praw. W obecnym klimacie politycznym takie, zdawać by się mogło umiejętności, stają się coraz istotniejsze.

Ładna buźka, nogi do sufitu?

Pracując nad książką Amerykanka przeprowadziła kilkuset wywiadów z kobietami i mężczyznami. Zauważyła, że wszyscy jej rozmówcy podkreślali, że dziewczyna, dla której warto się starać musi „intrygować”. Definicja tego, na czym owo intrygowanie polega rozciąga się na kilka dobrych rozdziałów. Z kolei rozmówczynie pisarki za cechę intrygującą mężczyzn uznawały przede wszystkim urodę. Argov wyśmiewa przekonanie, że na miłość trzeba zasłużyć litrami potu wylanymi na siłowni i pokaźnymi kwotami zostawionymi u kosmetyczki. Świetny i przystojny facet szaleńczo zakochany w dziewczynie, którą pobieżnie można ocenić jako przeciętną (pod każdym względem) nie jest wszak wcale takim rzadkim widokiem.
Sherry Argov

Słyszałaś kiedyś, jak mężczyzna opowiada, że wszyscy faceci lecieli na jego byłą dziewczynę? Robi z niej takie bóstwo, że kiedy w końcu widzisz zdjęcie, opada ci szczęka. Tak naprawdę masz ochotę powiedzieć: „Kotku, ona wygląda, jakby grała główną rolę w Lassie, wróć”. (…) Kiedy mężczyzna traktuje kobietę jak wygraną na loterii, wygląd ma z tym niewiele wspólnego. W przytoczonym przykładzie zadziałał prosty mechanizm psychologiczny: ona była kobietą, która potrafiła się cenić, dlatego zdarzyło się coś zabawnego. Kompletnie zapomniał, na kogo patrzy.

W optyce Argov, sukces w poszukiwaniu miłości nie zależy od wyglądu, tylko od postawy. Za przekonanie, że jest inaczej, Amerykanka wini media. To one wychowują kobiety w paradygmacie „podobania się” ponad wszystko, doradzając kilkunastoletnim dziewczynkom jak zwracać na siebie uwagę kolegów przy pomocy odpowiednich elementów wyglądu ( „Faceci uwielbiają dziewczyny noszące czerwień i długie, lśniące włosy"). Nastolatka staje się kobietą dwudziestokilkuletnią i oto zaczyna być bombardowana negatywnymi obrazami starzenia się, którego zaczyna panicznie się bać. Przesłanie jest jasne - kobiety ze zmarszczkami i nadprogramowymi fałdkami to wybrakowany towar. A kiedy już trafisz na przecenę z kobiet, powinnaś być wdzięczna, jeśli ktoś w ogóle zgodzi się cię przygarnąć. Media pozornie stoją za kobietami murem, tak się jednak składa, że zamiast przedstawiać zmieniające się kobiece ciało z jakąkolwiek dozą realizmu, przychodzą w sukurs ze zbiorem rad mających pomóc spełnić listę coraz bardziej wyśrubowanych wymagań.

Kim jest ta zołza?

Konstruowana przez autorkę tytułowa zołza to archetyp kobiety spełnionej. Dobitne określenie koresponduje z tonem żartu z pazurem, w którym utrzymana jest publikacja. Zołza nie jest więc karykaturą samej siebie powarkującą na otoczenie i chłoszcząca mężczyzn złośliwościami, ani wampem o wiecznie rozchylonych ustach, czy zimną femme fatale. To zwyczajna, kulturalna dziewczyna przekonana o swojej wartości, uśmiechnięta i wrażliwa nie mniej niż rówieśniczki. Nie wyrzeka się swojej kobiecości i nie usiłuje nosić w związku spodni. Tyle że to kobieta, która nie pozwala, żeby ktokolwiek wchodził jej na głowę i przekraczał ustalone przez nią granice.
W tym założeniu chodzi nie tyle o prowadzenie przemyślnych gierek, ile o zrozumienie natury ludzkiej i tego, co odróżnia oczekiwanie płci względem partnera. Zołza kocha siebie, więc nigdy nie będzie chciała być z kimś, kto nie będzie odwzajemniał jej miłości na równym poziomie. Nawet jeśli nad miłością własną musi jeszcze odrobinę popracować, nie pada do stóp i nie staje na rzęsach prosząc o zainteresowanie, bo wie, że nie tak to działa.

Od pierwszej randki wysyła komunikat „Jestem kimś. Chcesz, bierz, nie chcesz, nie bierz”. Ważnym aspektem jest tu niezależność, także ta finansowa, której zołza hołduje czy jest szefową wszystkich szefów w dużej firmie, czy fryzjerką. Najzwyczajniej nie mieści jej się w głowie, że można wyciągać do mężczyzny rękę żebrząc o uczucie, czy o pieniądze. Po maksymalnym uproszczeniu i podniesieniu przekaz Argov do popkulturowej potęgi otrzymujemy mądrość ludową stworzoną na gruncie forów dla kobiet i tiszertów z podrzędnych sieciówek – „Grzeczne dziewczynki chodzą do nieba, niegrzecznie dochodzą gdzie tylko chcą”

Zabić „miłą dziewczynę”

W jednej z pierwszych scen filmu „Książę w Nowym Jorku” Eddie Murphy poznaje dziewczynę z którą ma wziąć aranżowany ślub. Przerażony perspektywą małżeństwa z nieznajomą kobietą, zaczyna zadawać jej serię pytań, chcąc dowiedzieć się, co lubi wybranka jego rodziny. Na każde pytanie dziewczyna odpowiada „Wszystko to, co ty”. Coraz bardziej przerażony Murphy prosi ją w końcu, żeby zaszczekała i podskoczyła na jednej nodze. Jak nietrudno się domyślić, narzeczona to właśnie robi, a przerażony przyszłością u boku takiej kobiety książę ucieka sprzed ołtarza i udaje się w poszukiwanie miłości.

To oczywiście karykaturalne wyolbrzymienie, ale niewiele różnią się w męskim odbiorze dziewczyny, które na pytanie „Czym się interesujesz?” odpowiadają po kilku monosylabach, że czasem lubią poczytać „dobrą książkę” (cokolwiek to znaczy) i są pasjonatkami gorących kąpieli z solami z Morza Martwego.

Większość kobiet ma za sobą, jeśli nie etap, to przynajmniej wstydliwy epizod bycia „miłą dziewczyną”. Okres ślepego poświęcania i dawania w nadziei, że jej zainteresowanie czy uczucie zostaną odwzajemnione. „Miła” nadrabia w ten sposób brak poczucia własnej wartości. Uważa, że jest tak nieciekawa jako osoba, że musi szybko zaprezentować pełen wachlarz dóbr i usług, żeby klient nie poszedł przypadkiem do konkurencji. „Dobre” dziewczyny spełniają wtłaczane w kobiety przeświadczenie, że mają dawać z siebie wszystko. Zawsze i wszędzie.

Nietrudno znaleźć w prasie kobiecej porady w stylu „Zrób mu obiad z dwóch dań, nie zapominaj o przystawce, deserze i zrobieniu się na bóstwo, a zakocha się na zabój”. Mężczyzna, którego usidla połączenie Thermomixu z ekskluzywną lalką z sex shopu na pewno nie jest mężczyzną wartym usidlenia. Argov przekonuje, że nie chodzi o to, żeby się nie starać czy o efekt końcowy wysiłków, tylko o wprowadzenie ich do znajomości w odpowiednim momencie.
Jeśli na drugiej randce facet mówi, że uwielbia czerwoną szminkę i szpilki, a ty na następne spotkanie przylatujesz z karminowymi wargami i o dwanaście centymetrów wyższa, zanim przyjdzie mu do głowy „wow”, pomyśli raczej „hehe” i zastanowi się, co jeszcze można ci zasugerować. Analogiczne wysiłki po miesiącu randek nabierają zupełnie innego znaczenia – facetowi nie przejdzie przez myśl, że jesteś zdesperowana, tylko poczuje się wyjątkowo, bo zapracował na to, żeby zrobiła coś specjalnie dla niego.
Sherry Argov

Zaczęło, kiedy był małym chłopcem. Dostawał na gwiazdkę zabawkę, o którą wcale nie prosił, i bawił się nią całe pięć minut. Ukochaną zabawką była ta, którą sam sobie kupił za dwumiesięczne kieszonkowe, ta, która stała na najwyższej półce w sklepie. Nie mógł jej dosięgnąć, ale ciągle przychodził, żeby na nią popatrzeć. Wstawał o świcie i roznosił gazety, żeby kupić tę zabawkę. To jedyna zabawka, którą zawsze będzie pamiętał, bo musiał na nią zarobić.

Inną cechą „miłej” jest naiwne założenie, że nowopoznany mężczyzn marzy w życiu o tym, co ona – romantycznej miłości sfinalizowanej przed ołtarzem. Wierzy we wszystko, co ładnie brzmi i pasuje do tej wizji, narażając się na bolesny zawód. W tej optyce „Zaufaj mi” zamiast we właściwą na drugiej randce interpretację „Chodź ze mną do łóżka, a będę przez tydzień udawał, że jestem twoim facetem” zamienia się w „Nikomu nigdy tak nie ufałem, jesteś moją kroplą astralną”. Przede wszystkim jednak poradnik przekonuje, żeby zmienić swoje podejście do szukania partnera i zawsze oczekiwać i wymagać.
Sherry Argov

„Powinien mnie akceptować taką, jaka jestem!", mówi kobieta z gatunku zbyt miłych. Powinien cię akceptować? O nie, siostrzyczko. Puknij się w czoło. On powinien za tobą szaleć. Akceptacja nie ma z tym nic wspólnego. On akceptuje popychadło. A pożąda superbabki. Jeśli chcesz akceptacji, zgłoś się do jakiejś grupy wsparcia. (...) Pokora? Nie przejmuj się. To uleczalna dolegliwość, drobna psychiczna usterka. Jeśli złapiesz się na tym, że jesteś skromna, pokorna, uniżona, skończ z tym nonsensem natychmiast. Zacznij z powrotem wierzyć, że jesteś świetną laską. Koniec kropka. Sprawa zamknięta. Jeśli innym nie podoba się twoja pewność siebie, to ich problem.


Zołza Argov reprezentuje typ kobiet, które podziwiamy w otoczeniu czy w filmach. Zazwyczaj to nieartykułowany zachwyt. Niewdzięczących się do nikogo, walczące o swoje prawa kobiety nie są najczęściej dobrze odbierane. Społeczeństwo piętnuje je jako "bezduszne karierowiczki" czy "korposuki", podobnie jak nasze "zbyt" towarzyskie babcie ustawiało w szeregu kwestionowaniem moralności, a ich niezależne prapraprababki posądzano o czary.

Zołzowate modele zachowań i podejście do świata da się wypracować, w myśl zasady „Fake it till you’ll become”, czyli udawaj tak długo, aż wejdzie ci w krew. Jeśli pozwalasz, żeby mężczyzna był priorytetem w życiu, stawianym w każdej sytuacji ponad samorozwojem, przyjaciółmi, rodziną i pracą, prędzej czy później okaże się, że jesteś dla niego nie miłością życia, ale jedynie opcją. Ewolucje seksualne z Kamasutry dla zaawansowanych, obiad z czterech dań i pas do pończoch noszony po domu wbrew pozorom nie są kartami przetargowymi, którymi można kogoś zwabić i przy sobie zatrzymać. Powinny być miłymi gestami wobec mężczyzny, który udowodnił, że na nie zasługuje.

Zdaje się, że Katarzyna, tytułowa złośnica z komedii Szekspira dziś nie tylko nie wymagałaby poskramiania, ale i cieszyłaby się znacznie większym powodzeniem niż uległa Bianca.

Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...