Od "szarej myszki" do dziewczyny w kolorowej sukience. Spotkałam się z personal shopperką i znalazłam swój styl

Przed spotkaniem z personal shopperką i w jego trakcie. Fot. Maciej Stanik
Odcienie szarości, czerń, od czasu do czasu coś błękitnego albo bordo. To mój typowy "outfit". Skrycie marzyłam o krwistej czerwieni i takiej wpadającej w oranż, o krótkich spódnicach i kwiecistych sukienkach. A zakładałam ciemne rurki, luźne szare koszulki i swetry, ewentualnie za dużą marynarkę vintage. W szafie trzymam koronkową bluzkę z poszerzanymi rękawami, kapelusz i kilka innych skarbów, czekających na "lepszy moment". Ten może właśnie nadszedł. Jeden dzień z personal shopperką Justyną Qunio otworzył mi oczy.

Non stop szaro
Z Justyną umawiam się w galerii na Placu Unii Lubelskiej. Przy kawie pyta wprost, jak chciałabym się ubierać. Pokazałam jej ściągnięte z Pinteresta stylizacje Sienny Miller czy Michelle Williams - fanek boho i kolorów. To moje ulubienice, których nie kopiowałam z obawy przed oceną z zewnątrz. – Kiedy cię zobaczyłam, wydałaś mi się dużo mniej ciekawa, mniej pewna siebie, niż się później okazało – słyszę. A ja wybieram szarości i czernie, żeby czuć się bezpiecznie. Trochę boję się kombinowania, bo co jeśli przekombinuję?
– Szary to zdradliwy kolor jeśli chodzi o to, jak przekazujesz siebie. Uruchamia skrót myślowy: szara mysz – mówi mi stylistka. Taka przekraczam próg sklepu. Justyna, zanim się obejrzę, biega już między wieszakami. Jak Struś Pędziwiatr z bajek Looney Tunes. Po chwili ma w ręku kilka rzeczy. Podziwiam ją, nie wiem, czy sama potrafiłabym zrobić coś podobnego. Niby ograniczam zakupowy czas do minimum, ale rezultat rzadko zachwyca. W Benettonie spędzamy co najmniej godzinę. Ubrania w którymś momencie tak mi ciążą, że muszą trafić do przymierzalni. Zajmują jedną, a ja - drugą.
Trochę odwagi
Czas na przebieranki. Najpierw sukienka i oversize'owy płaszcz, sportowe buty i biała torebka. Czuję się dziwnie. Na co dzień unikam podobnych zestawów. Nie noszę też golfów XS i krótkich spódnic. Justyna wyczuwa to i dokłada dresowe spodnie. Kiedy wychodzę w pierwszej stylizacji, chcę się zapaść pod ziemię. Myślę, że przesadziłam i wszyscy będą się gapić. Wstydzę się albo tak sobie wmawiam.
– Wydawałaś się bardzo zachowawcza. Z drugiej strony, pokazywałaś mi stylizacje dosyć odważne jak na polskie ulice. Pomyślałam więc, że tak naprawdę chcesz czegoś innego – oznajmia Justyna. – Wyobraziłam sobie, że bardzo pasuje ci romantyczny, a'la francuski styl. Wahałaś się między nim a skandynawskim minimalizmem, w stronę którego prędzej czy później byś poszła. Ale sukienki i romantyzm to ty. Może miałaś za mało odwagi, może brakowało ci czasu albo tak było wygodniej – dodaje. Przytakuję.



Nie wiem kiedy zakładam kolejną kieckę. Robię to z chęcią. Justyna uśmiecha się i kiwa głową. Przekonuje mnie do torebki uzupełniającej strój i balerin z czubkami. Ale sądzę, że nie pasują do dużych stóp. Zdaniem mojej towarzyszki, niekoniecznie. – Wszystkie zasady są po to, żeby je łamać – mówi. Ok, złammy je. Postanawiam się bawić. Zabawę właściwie rozpoczęła sesja z makijażystką Kasią Gruk. Na co dzień prawie nie używam podkładu, rzadko tuszuję rzęsy, nie maluję powiek cieniami, nie modeluję policzków różem ani bronzerem. Nie chcę rzucać się w oczy.
Po 20 minutach z Kasią wyglądam zupełnie jak nie ja. Jestem inna i zachowuję się inaczej. Przez makijaż i ciuchy? A może tak wpłynęły na mnie perswazyjne umiejętności Justyny? – Wszystko dopasowałam do twoich preferencji i oczekiwań. Chciałam wczuć się w to, co myślisz, jednocześnie sprawić, że poczujesz się dobrze – wyjaśnia. Potem punktuje moje zalety i wady.

Kim jestem
Nigdy nie interesowałam się typami sylwetek. Nie odróżniałam "gruszki" od "klepsydry", ani urody "zimnej" od "ciepłej". Proporcje? Stawałam przed lustrem i oceniałam, czy wyglądam ok. Zajmowało to parę minut. Przypominałam sobie zasłyszane zasady: "jeśli góra jest luźna, to dół musi być obcisły. I na odwrót" lub "Jeśli paski, to już nie kwiatki". Może dlatego się gubiłam? Zawsze podziwiałam dziewczyny, które w białej koszulce i prostych dżinsach z apaszką i torebką wyglądały jak milion dolarów. Ja przypominałam w tym zestawie kloszarda. Nie przyszło mi do głowy, że po prostu to nie dla mnie.
Błądziłam jak dziecko we mgle. Kupowałam coś szalonego i nigdy tego nie zakładałam. A kiedy sądziłam, że w szarościach jest mi najlepiej i że świetnie wyglądam w rurkach i swetrach pod szyję, Justyna wyprowadziła mnie z błędu. – Powinnaś unikać czarnego i ciemnego bordo, które po prostu robią ci źle. Czarny wydobywa niedoskonałości skóry. Pół biedy, jeśli założysz chustkę, nie będzie tego aż tak wtedy widać. Czarny z założenia to kolor przeznaczony na wieczór. Wbrew obiegowej opinii wcale nie wyszczupla, w dzień odcina cię - doskonale widać sylwetkę. Wieczorem działa korzystniej ze względu na sztuczne światło i mocniejszy makijaż. Przy bordo natomiast smutnieje twarz – tłumaczy.

Kolorami dla mnie, słyszę, są te intensywne. – Od strażackiej czerwieni, przez pomarańcz, do czerwonego z domieszką różu – mówi Justyna, a ja (cała na szaro) przeżywam szok. – Co jeszcze? Fuksja, bardzo twarzowy morski, różne odcienie niebieskiego. Kolor jest ważny w odniesieniu do twarzy, resztą sylwetki możesz grać – zaznacza. No i swoje robią dodatki. Idziemy do salonu Ani Kruk. Tam nie odrywam wzroku od delikatnych łańcuszków i pierścionków. Z miejsca zakochuję się w srebrze i różowym złocie. Podobno wybierają go odważni.
Może w głębi duszy właśnie taka jestem? Przymierzam jeszcze długie złote kolczyki. Wydają się ciężkie, dopiero gdy przykładam je do ucha, zmieniam zdanie. Choker robi wrażenie jeszcze przed założeniem. Justyna zawiązuje go na mojej szyi dość nietypowo, bo sznurki są z boku. Kiedy pytam dlaczego, odpowiada: "A czemu nie?". Czasem wystarczy jedna rzecz, która działa z mocą dziesięciu.
Zawrót głowy
Justyna rozgryzła, co mnie kręci nim sama się zorientowałam. – Masz proporcjonalną sylwetkę, jesteś wysoka, szczupła. Możesz pozwolić sobie na różne rzeczy. Wybór nie był ciężki. Masz talię, stąd sukienki i spódnice, nawet z zakładkami na dole i górze – wyjaśnia, gdy oglądamy ubrania w kolejnym sklepie. To Risk na Szpitalnej. Atmosfera niedużej, ale dobrze zagospodarowanej przestrzeni sprzyja rozmowie o stylu. Sądziłam, że rzucę się na spodnie i bluzki. Wydekoltowane i przylegające do ciała sukienki mogłabym traktować jedynie jako eksperyment. Ostatecznie przymierzam tylko je. Justyna potrafi przekonać mnie, że to najlepszy wybór.
Ma rację. Jestem urzeczona. Ktoś kiedyś powiedział mi, że powinnam mieć chociaż jedną czerwoną kieckę. Wtedy trudno było mi w niej siebie wyobrazić. Zakładam pierwszą z brzegu i chcę w niej zostać na zawsze. A wybrałam ją sama. – Mam takie podejście, by uczyć szukać na własną rękę. Oczywiście wychodzimy z gotową stylizacją, ale ty musisz to czuć. O to chodzi w zmianie stylu – komentuje Justyna. Ciekawe, że wytypowana sukienka nie wygląda wcale na "moją". Nie mam dużego biustu, ani pełnych bioder. – W modzie nie należy się sugerować tym, co pasuje. Nie należy się ograniczać, tylko rozwijać się i szukać – słyszę.
Przy drugiej "małej czerwonej" tracę głowę. Jest krótka i obcisła. Wychodzę i nie przeszkadza mi, że wszyscy patrzą. Czuję się pewnie i kobieco. Misja wykonana? Skoro uśmiecham się do swojego odbicia w lustrze, to chyba tak.

Dzień z Justyną był jednym z najbardziej zaskakujących. Ja, dziewczyna, która chowa się pod warstwami ubrań, wychodzę bowiem na środek galerii handlowej w sukience i pokazuję nogi. Bez cienia wstydu czy niepokoju. Marzę o wniknięciu w ścianę, a nagle świecę dekoltem. Personal shopperka nie mówi: "Musisz", lecz "Spróbuj". Komplementuje, skupia się na pozytywach i dodaje odwagi. Uważnie się przygląda i słucha. Niczego nie narzuca. Skraca dystans, zachowując się jak dobra koleżanka, która zawsze trzyma twoją stronę. Kiedy kończymy spotkanie, wiem, że trafiłam na kogoś, kto mnie rozumie i zawsze wyprowadzi na stylową prostą.

Justyna Qunio - z wykształcenia prawniczka i PR-owiec (Uniwersytet Warszawski, Instytut PAN), z zamiłowania estetka. Z pracą nad kształtowaniem wizerunku ma do czynienia od kilkunastu lat. Wcześniej doradzała w tym zakresie korporacjom w branżach: mediowej, IT, samochodowej, farmaceutycznej, bankowej, zbrojeniowej. Od ponad 10 lat szkoli i konsultuje projekty biznesowe. Opracowała autorski program z zakresu rebrandingu marki własnej. Właścicielka SHE STYLE.

Dziękuję markom: United Colors of Benetton, Ania Kruk, Risk Made in Warsaw, a także Katarzynie Gruk (Twoja Sesja).

Napisz do autorki: karolina.blaszkiewicz@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...