Silikon w słusznej sprawie. „Walka o piersi” to pierwsze telewizyjne show z misją?

Oliwia, jedna z bohaterek programu „Walka o piersi” fot. Maciej Stanik
Osiem kobiet, osiem różnych, choć niezmiennie uprzykrzających życie, problemów z piersiami. Od początku marca na antenie Polsat Cafe możemy oglądać nowy program, po którym żadnego „ale” do wykorzystania chirurgii plastycznej nie będą mieli nawet ci, którzy zazwyczaj są jej zagorzałymi przeciwnikami. Czy w tych czasach da się jeszcze zrobić program rozrywkowy z misją, w którym nikt nie reżyseruje uczestników i nie wywiera na nich presji?

Jest mroźny, słoneczny poranek. Długo kluczymy między budynkami, szukając wśród kilkunastu wejść tego oznaczonego literą „K”. Kto był kiedyś w szpitalu przy Wołoskiej, wie, jak łatwo jest się tam zgubić. Przychodzimy odrobinę spóźnieni, ekipa zaczęła już nagrywać ostatnie setki z uczestniczkami programu. Czekamy w poczekalni na półpiętrze. Szpitalny zapach drażni śluzówki, a chorzy przewożeni pod kocami obleczonymi w poszwy ze stemplami przypominają, że chociaż przyszliśmy robić materiał o chirurgii plastycznej, nie jesteśmy w prywatnej klinice medycyny estetycznej.



Okazuje się, że niziutka szatynka z mocno wytuszowanymi rzęsami, która przytulała się obok z chłopakiem, to Diana, najmłodsza uczestniczka programu. Ma 19 lat i w tym roku będzie zdawała maturę w technikum budowlanym pod Zamościem. Z Jakubem poznali się w szkole, są razem już od trzech lat. Diana do programu trafiła przypadkiem.

– Jakoś przed Bożym Narodzeniem weszłam z ciekawości na stronę, gdzie były informacje o castingach do programów telewizyjnych. Wśród nich do „Walki o piersi”. Zgłoszenie wysłałam od razu, o zmniejszeniu biustu myślałam właściwie od kilku lat, miałam już posprawdzane koszty zabiegu w różnych klinikach. Jakub chciał nawet pojechać w zeszłe wakacje do pracy na budowie w Niemczech, żeby pomóc mi go sfinansować, ale w końcu postanowiłam poczekać z operacją aż skończymy szkołę – opowiada 19-latka.

Diana spodziewała się, że podobnie jak jej mama i starsza siostra będzie miała obfity biust, ale w pewnym momencie zaczęła się niepokoić. Szybko wyrastała z kolejnych biustonoszy, a pod koniec gimnazjum nie była już w stanie kupić w żadnych popularnym sklepie stanika, który by na nią pasował. Zaczęły się też docinki w szkole.

– Dojrzewający koledzy rzucali różne teksty a propos mojego biustu. To były zarówno negatywne jak i pozytywne komentarze, ale to było w sumie bez znaczenia. Nie wiem, czy którakolwiek kobieta ma ochotę wysłuchiwać, co obcy facet ma do powiedzenia publicznie o jej ciele, a kiedy masz 17 lat, a w dodatku ktoś komentuje coś, czego szczególnie się wstydzisz, zaczynasz czuć się coraz gorzej we własnej skórze – wspomina dziewczyna.

Dla Diany zawsze bardzo ważny był wysiłek fizyczny, a że fascynowały ją sztuki walki postanowiła zapisać się na boks. Uwielbiała treningi, ale nie była w stanie znaleźć odpowiedniego biustonosza sportowego, więc po każdych zajęciach wracała do domu z poobijanymi piersiami. Z czasem do sińców doszły bóle kręgosłupa. Musiała zrezygnować. Zaangażowała się w wolontariat w świetlicy środowiskowej, popołudniami bawiła się z dziećmi, pomagała odrabiać lekcje. Mimo zawieszenia treningów bóle kręgosłupa powróciły, od ponad roku Diana zaczynała dzień od tabletek przeciwbólowych, które umożliwiały jej normalne funkcjonowanie.

Przed zabiegiem ciężko było precyzyjnie określić wielkość piersi dziewczyny, w zależności od rozmiarówki nosiła I, J, a nawet K, a więc rozmiary o które ciężko nawet w sklepach z bielizną. Tak duży biust to w przypadku Diany kwestia genetyczna – Babcia wspominała kiedyś o ciotecznej babce obdarzonej ogromnym biustem, który budził sensację. Mimo że nigdy jej nie poznałam ani nie znalazłam jej zdjęć, zastanawiałam się często, jak radziła sobie w czasach, w których nie było profesjonalnych biustonoszy ani powszechnie dostępnych leków przeciwbólowych… Może bandażowała biust? – zastanawia się głośno 19-latka.

Podczas konsultacji Diana ustaliła z dr Elżbietą Radzikowską, że najodpowiedniejszym dla niej rozmiarem będzie C. Dziewczyna ma zmiany zwyrodnieniowe kręgosłupa, a do tego mierzy jedynie 155 cm.

– Naczytałam się na forach o bolesnej rekonwalescencji i strasznie bałam się operacji. Okazało się, że niepotrzebnie. Nie potrzebowałam tabletek przeciwbólowych i wróciłam do szkoły właściwie na drugi dzień po zabiegu. Ten program może pomóc nie tylko mi, ale i innym dziewczynom, które mają podobny problem, ale obawiają się zabiegu, bo nie wiedzą, jak to wszystko wygląda.

Pytam Diany, czy nie obawia się reakcji na swój występ w telewizji. – Kiedy już wiedziałam, że się zakwalifikowałam, powiedziałam kilku najbliższym znajomym, ale sporo osób ze szkoły też już wie o programie… Zmiana była w moim przypadku naprawdę kolosalna. Przecież nie będę udawała, że biust zmniejszył mi się o sześć rozmiarów we śnie. Wiem, że dziewczyny, które zgłaszają się do produkcji takich jak „Top Model”, w szkole często mają nieprzyjemności, ale to był zupełnie inny typ programu. Nie ma nic wstydliwego w walce o swoje zdrowie i nie sądzę, żebym spotkała się z negatywnymi reakcjami otoczenia, a jeśli nawet, to nie będę się nimi przejmowała – podsumowuje Diana.
„Walka o piersi” to bodajże pierwszy program produkowany dla telewizji rozrywkowej, nad którym honorowy patronat objęło Ministerstwo Zdrowia. Na czele zespołu chirurgów odpowiedzialnych za pomoc ośmiu bohaterkom stanęła doktor Elżbieta Radzikowska, specjalistka chirurgii plastycznej i ogólnej oraz ordynatorka Oddziału Chirurgii Plastycznej szpitala MSWiA.

– Kilka razy zgłaszały się do mnie stacje telewizyjne z pomysłami na programy związane z chirurgią plastyczną, ale zawsze odmawiałam. Ten program wydał mi się inny, ponieważ miał na celu odczarowanie tej dziedziny, pokazanie historii 8 kobiet, ale też tego, że chirurgia plastyczna to nie tylko zabiegi upiększające dla wyższej klasy średniej, ale także dyscyplina, która zajmuje się operowaniem wad wrodzonych czy uszkodzeń powypadkowych – opowiada lekarka.

Po pierwszych propozycjach ze strony Polsatu Cafe Radzikowska, mimo wstępnego zainteresowania, wciąż wahała się, czy wziąć udział w programie. Bądź co bądź była poważanym w środowisku chirurgiem z długim stażem pracy, a to miała być produkcja dla kanału lifestyle'owego. Podjęła decyzję, kiedy do jej gabinetu zawitała pewnego popołudnia Paulina. Pacjentka była ofiarą wieloletniej przemocy domowej. Mąż katował ją psychicznie i fizycznie, między innymi krępował i wstrzykiwał w piersi olej roślinny. Paulinie udało się rozstać z oprawcą, po latach wreszcie odważyła się pójść do lekarza i pokazać zdeformowane po uszkodzeniach chemicznych piersi.

Spotkanie wstrząsnęło Radzikowską, która doszła do wniosku, że niezależnie od reakcji środowiska medycznego, często z rezerwą odnoszącego się do występów kolegów po fachu na małym ekranie, program może pomóc tysiącom kobiet, które wstydzą się iść do lekarza, uznając, że są gorsze problemy.

Oliwię, która przyszła tego dnia na zdjęcie opatrunków, biorę początkowo za dziewczynę z produkcji. Jednak mimo że chodzi energicznym krokiem, a jej długie nogi i wydatne kości policzkowe od razu zwracają uwagę, w rozmowie wydaje się bardzo speszona, błądzi wzrokiem po poczekalni i tylko sporadycznie patrzy mi w oczy. Dziewczyna mieszka z rodzicami i 7-letnim synkiem na południu Polski. Jej problem z biustem nie był widoczny na pierwszy rzut oka, jak w przypadku Diany, przez lata dowiedziało się o nim zaledwie kilka osób. 29-latka cierpiała na dysmorfię klatki piersiowej, jedna z jej piersi nie wykształciła się w okresie dojrzewania.

– Pamiętam każdą wizytę, podczas której najpierw wstydziłam się rozebrać, a potem pytałam lekarza, czy jest jakiś sposób, żeby zmienić wygląd mojej klatki piersiowej. Zawsze słyszałam, że powinnam poczekać, bo może ciąża albo antykoncepcja hormonalna sprawią, że rozmiar moich piersi się wyrówna. Ani jedno, ani drugie nie przyniosło żadnych efektów – opowiada Oliwia.

Na informację o programie natrafiła na forum poświęconym problemom związanym z piersiami. Zgłoszenie się było dla niej sporym wyzwaniem przede wszystkim dlatego, że jest nieśmiała, a na jej zaufanie trzeba długo pracować. Tutaj musiała zaufać nie tylko lekarzom, ale i całej, nie takiej znowu małej ekipie. Oliwia zdążyła częściowo pogodzić się z brakiem jednej piersi, mówi, że nie jest już w wieku, w którym wygląd spędza jej sen z powiek, co nie znaczy, że nie odbiera jej pewności siebie. 29-latka chciałaby znaleźć pracę i stać się bardziej samodzielna, wierzy, że operacja jest pierwszym krokiem, który pozwoli się jej przełamać i wyzbyć kompleksów.

– Chciałam przestać się w końcu garbić i peszyć w towarzystwie, którego nie znam. Żebym mogła pojechać z synkiem nad wodę i nie musiała się do tego zmuszać dla niego, jak to było dotychczas, tylko żebym wreszcie mogła bawić się razem z nim. No i takie moje trochę nastoletnie marzenie – chciałam móc założyć w upał bluzkę na ramiączka, bo odkąd skończyłam 11 lat nie miałam tej części garderoby poza domem, a z czasem stała się dla mnie symbolem kobiecości – mówi Oliwia.
Dysmorfię biustu można sprawnie maskować i tak też robiła przez lata Oliwia, choć musiała się sporo nagimnastykować. Najbardziej bała się przebierania przed lekcjami WF-u. Że ktoś zobaczy chałupniczo robioną wkładkę, albo że nie daj boże wypadnie jej ona ze stanika. Do takiej sytuacji nigdy nie doszło, ale Oliwia wzdryga się na samo wspomnienie.

O męczącym ją tyle lat problemie nauczyła się, czy może raczej nauczono ją nie rozmawiać – aż do programu nigdy nie poruszała tematu z mamą, mimo że ta doskonale o nim wiedziała, a nawet szyła córce specjalne materiałowe implanty. 29-latka nie zdobyła się też na jego omówienie z żadnym ze swoich chłopaków. Tylko jednego z nich uprzedziła, że jej biust nie wygląda standardowo, ale na tym właściwie temat się skończył. Oliwia widzi w programie walor terapeutyczny, uważa, że w jej przypadku nie chodziło już nawet o wygląd biustu, tylko o to, jak dysmorfia przełożyła się na pewne cechy jej osobowości czy kontakty z otoczeniem.

Ciężko precyzyjnie określić, czym jest kobiecość. Wymyka się ona definicji gdzieś między stukotem obcasów, dziewczęcym chichotem, a imperatywem każącym poprawiać włosy. Nie ma jej w pismach kobiecych, sukienkach w grochy ani w tym, co na jej temat wyobrażają sobie mężczyźni. Piersi są jednak atrybutem kobiecości znacznie mniej błahym niż czerwona szminka czy koronkowa bielizna. Bywają powodem do dumy, ważną sferą erogenną i dostarczają pokarmu dzieciom, umacniając więź z matkami. Walka o piersi dla kobiet, które nie mogą się nimi cieszyć, to nie jest po prostu walka o lepszy wygląd, ale pierwszy krok do samoakceptacji.



Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...