Cztery samobójstwa i sto miłości. Historia życia Dalidy to najbardziej spektakularne i poruszajace love story XX wieku

Kadr z filmu „Dalida. Skazana na miłość”, który na ekrany polskich kin wejdzie 31 marca materiały promocyjne
W maju 1987, dwadzieścia lat po pierwszej próbie samobójczej, Dalida zakłada satynową pidżamę, starannie szczotkuje długie blond włosy i popija tabletki nasenne ulubioną whiskey. Dla pewności bierze ich aż 120. Tym razem nie chce być uratowana. Na szafce nocnej w jej przypominającym pałacyk domu na Montmartrze leży kartka – „Życie jest nie do zniesienia, wybaczcie”. Ma 53 lata.

Włosko-francuska gwiazda swoich wiernych fanów miała w całej Europie, w tym i w Polsce, Herbert poświęcił jej nawet jeden z wierszy z cyklu o Panu Cogito. Przez blisko 30 lat śpiewała w ponad 10 językach, utrzymując się na szczycie dzięki posągowej urodzie, charakterystycznej barwie głosu, i rzadkiej umiejętności pójścia z duchem czasu. Nie tylko muzycznie, ale i stylistycznie. Jednak jej życie od najmłodszych lat naznaczone było śmiercią przed którą uciekała w gorączkowe poszukiwanie prawdziwej miłości. Przeboje takie jak „Paroles, paroles”, „Gigi Amoroso” „Bang bang” czy „Besame mucho” w zestawieniu z kolejami jej losu nabierają zupełnie nowego znaczenia. Pod koniec marca na ekrany polskich kin wejdzie film „Dalida. Skazana na miłość” opowiadający losy piosenkarki.

Rodzice Dalidy pochodzili z małej wioski w Kalabrii. Jej ojciec, Pietro, był pierwszym skrzypkiem Kairskiej Opery Narodowej. Matka opiekowała się Dalidą i dwójką jej braci i dorabiała jako krawcowa. Na świat piosenkarka przychodzi w 1933 roku jako Iolanda Gigliotti. Jest zdrowym, dorodnym dzieckiem, jednak szybko okazuje się, że ma poważne problemy ze wzrokiem. Jeden z lekarzy nakazuje rodzicom na kilka tygodni zawiązać oczy dziewczynce. Pomysł lekarza nie przynosi żadnych rezultatów, sprawia natomiast, że Iolanda do końca życia będzie się bała ciemności i spała przy zapalonej lampce.

Hedy Lamarr z Szubry

Do szkoły prowadzonej przez włoskie zakonnice dziewczynka idzie z lekkim zezem i w okularach grubych jak denka butelek. Dzieci są okrutne, nie dają Iolandzie spokoju, wyśmiewają się z jej wyglądu i powtarzają, że jest strasznie brzydka. Dziewczyna nienawidzi swoich okularów najbardziej pod słońcem, upatrując w nich źródła swoich problemów towarzyskich. Pewnego dnia po prostu wyrzuca je za okno. Woli potykać się o własne nogi niż dalej być pośmiewiskiem. Jak na ironię, dojrzewanie zmienia Dalidę z brzydkiego, wychudzonego dziecka w najpiękniejszą dziewczynę w szkole, a jak ma się wkrótce okazać, nie tylko w niej.

Nastolatka jest świadoma swojej ponadprzeciętnej urody, identyfikuje się z gwiazdami filmowymi, pokój obkleja zdjęciami Avy Gardner i Rity Hayworth (ta ostatnia zmarła niewiele ponad tydzień po swojej niegdysiejszej fance). Nawet jej pseudonim sceniczny ma źródło w ówczesnej fascynacji aktorkami. Tuż po przyjeździe do Paryża Iolanda przedstawiała się jako Dalila, do tego pomysłu natchnęła ją jednak nie opowieść biblijna, a hollywoodzki film „Samson i Dalila” ze zjawiskową Hedy Lamarr. Dopiero potem za radą znajomego scenarzysty dodaje do pseudonimu „D” i zmienia się w Dalidę.


Pierwszy raz Iolanda styka się ze śmiercią bardzo wcześnie. Jej ojciec, podobnie jak wielu jego krajan przebywających wówczas w Egipcie, zostaje z rozkazu króla aresztowany pod pretekstem współpracy z faszystowskimi Włochami. Kiedy wychodzi na wolność z końcem II wojny światowej, jest ruiną człowieka, a dla swoich dzieci, które wychowywały się bez niego pięć lat, obcym człowiekiem. Nigdy nie wróci już do grania na skrzypcach, a wkrótce po powrocie do domu umiera. Dalida ma zaledwie 12 lat. O ojcu zachowa dobre, choć odrobinę mgliste wspomnienia, w jednym z wywiadów będzie opowiadać o wspólnych wyjściach do Opery.

Po skończeniu obowiązkowej edukacji zapisuje się do szkoły handlowej, gdzie uczy się jakiś czas na stenotypistkę i sekretarkę. To dobre, nowoczesne zawody, ale dziewczyna wzdycha do swojego prywatnego ołtarzyka z gwiazdami Hollywood i marzy o karierze aktorskiej. Nie wie od czego miałaby zacząć, przypadkowo natrafia na informację o konkursie piękności i postanawia się zgłosić. Konkurs nazywa się Miss Ondine i jest raczej mały, ale pozwala zakosztować odrobiny wielkiego świata, o którym marzy. 17-latka wygrywa koronę, a rok później rzuca szkołę i zaczyna pracować jako modelka dla lokalnego domu mody. Nowe zajęcie podoba się jej zdecydowanie bardziej, niż praca sekretarki, jednak nie jest to kariera wybiegowa, a raczej rola żywego manekina, na którym upina się materiały.
Kair w tamtych czasach był prężnie rozwijającym się kosmopolitycznym miastem, gdzie katolicy koegzystowali z muzułmanami w całkowitej harmonii. Mimo że jej rodzina mieszkała w dzielnicy Szubra, pełnej włoskich emigrantów, nie była chowana pod kloszem, dużo chodziła po mieście, gdzie nauczyła się arabskiego i francuskiego.

Pierwsze zaoszczędzone pieniądze Iolanda wydaje na ostatnią operację wzroku, która sprawia, że przestaje potrzebować nienoszonych już od kilku lat okularów, ale przede wszystkim pozbywa się lekkiego zeza. Teraz może wystartować w konkursie o tytuł Miss Egiptu. Rodzina jest przeciwna, ale 21-latka stawia na swoim. Po raz kolejny wygrywa, a następnego dnia jej odrobinę skandalizujące zdjęcia w bikini trafiają do gazet.

Wreszcie Iolanda zyskuje możliwości wzięcia się za realizację swojego marzenia o zostaniu aktorką, zapoznaje się z lokalnym środowiskiem filmowym, chodzi na castingi, gra nawet w kilku produkcjach, ale nie jest zadowolona z efektów. Stwierdza, że Kair nie jest miejscem, gdzie można zostać prawdziwą gwiazdą. Jest Wigilia Bożego Narodzenia 1954 roku, od konkursu Miss Egiptu nie minął jeszcze nawet rok, a Dalida, pokłócona z przeciwną jej decyzji matką, opuszcza miasto, w którym się wychowała. Nie licząc krótkich i rzadkich wizyt, na zawsze. Leci do Paryża, to jej pierwszy raz w samolocie.

Dieta herbatnikowa w Mieście Świateł

Oszczędności kurczą się jej w zastraszającym tempie i to mimo że żywi się tanimi, fabrycznymi ciastkami i mieszka w kilkumetrowych norach. Lwią część pieniędzy pożerają lekcje gry i śpiewu, a do tego to w końcu Paryż, młoda dziewczyna myśląca o aktorstwie musi się odpowiednio prezentować.

Iolanda niestrudzenie chodzi na castingi, ale z pieniędzmi jest już naprawdę krucho, musi natychmiast iść do pracy. Zatrudnia się jako szansonistka w kabaretach, których w mieście nie brakuje. W jednym z nich, Villi d’Este, jest organizowany konkurs wokalny, Iolanda swoim zwyczajem stwierdza, że nie zaszkodzi spróbować. Przechodzi do drugiego etapu przesłuchań.

Organizuje je Bruno Coquatrix, człowiek który właśnie kupił stare paryskie kino, które już niebawem będzie znane jako legendarna dziś Olympia. Coquatrix prowadzi w radiu Europe 1 program „Numéros un de demain” („Jutrzejsze hity”) i szuka młodych, nieznanych nikomu wykonawców, których mógłby zaprezentować na antenie. Dalidy słuchają Eddy Barclay, właściciel wytwórni, która wydaje choćby Jacques’a Brela i Lucien Morisse, dyrektor artystyczny stacji. Śpiewa „Etrangère au Paradis” i mimo nietypowej francuskiej wymowy z mocnym „r” (której zresztą nie wyzbędzie się do końca życia) zachwyca obu panów, którzy postanawiają zrobić z niej gwiazdę.

Iolanda podpisuje kontrakt z Barclay’s Records. Pierwsza piosenka Dalidy, nieco archaiczny w brzmieniu utwór „Madonna”, mimo wzmożonych wysiłków Morisse’a odnosi bardzo umiarkowany sukces, co tylko mocniej determinuje Luciena znanego z pracoholizmu i ambicji, żeby znaleźć dla nowego nabytku wytwórni hit. Udaje mu się, w 1956 roku wychodzi „Bambino”, piosenka, która spędzi 46 tygodni na szczycie listy przebojów i do dziś pozostaje jednym z najlepiej sprzedających się singli w historii muzyki francuskiej.
Dalida dostaje swoją pierwszą złotą płytę, a piosenka zyskuje pewną popularność także za granicą. Rok później zostaje zaproszona do supportowania koncertów Charlesa Aznavoura, innego podopiecznego Barclaya. W międzyczasie rozkwita jej miłość z Lucienem Morissem, który staje się jej nie tylko kochankiem, ale i opiekunem oraz doradcą w kwestiach artystycznych. Jedyny problem polega na tym, że Morisse nie jest już niestety kawalerem, a w dodatku średnio pali się do zostawienia żony dla młodej gwiazdki. Kiedy po pięciu latach wreszcie się na to zdecyduje, ich miłość jest już na granicy wypalenia. Na ślubnym kobiercu stają po wielu awanturach w maju 1961 roku. Iolanda ściąga z Egiptu całą rodzinę, która jednak opuszcza przyjęcie w momencie, w którym oficjalna część ceremonii dobiega końca.

L'amour fou

Niedługo potem Dalida jedzie w trasę, po jednym z koncertów w Cannes poznaje Jeana Sobieskiego, malarza grywającego w marnych spaghetti westernach. W przeciwieństwie do dość odstręczającego fizycznie Morisse’a, Jean jest bardzo przystojny i zniewalająco nonszalancki. Mimo polskich, a w dodatku szlacheckich korzeni, bliżej mu do zepsutej bohemy niż kółka gentlemanów. Związek z Jeanem to dla niej odzyskana młodość. Karierę muzyczną zaczęła jako 23-latka i przez 5 kolejnych lat ciężko pracowała na własne nazwisko, pilnowana przez męża, pełniącego funkcję jej mentora i managera.

Po zaledwie pięciu miesiącach odchodzi od męża dla Sobieskiego, a prasa nie zostawia na niej suchej nitki, sugerując, że bez swojego mentora koniec jej kariery jest kwestią czasu. Początkowo wściekły Lucien usiłuje zresztą podstawiać jej na różne sposoby nogę. Przed pierwszym po rozstaniu koncercie w Olimpii czarny PR wokół Dalidy sięga zenitu, piosenkarce zostaje nawet wysłany do garderoby wieniec pogrzebowy. Ona jednak daje z siebie wszystko i po raz kolejny podbija serca publiczności i mediów, które z dnia na dzień zapominają o jej „niemoralnym” postępku. Przez miesiąc koncertuje w Olimpii co wieczór dla pełnej widowni, a potem rusza w trasę do Hong Kongu i Wietnamu.

Jestem chora, całkowicie chora

pozbawiłeś mnie wszystkich moich pieśni

Opróżniłeś mnie ze wszystkich słów

a przecież miałam talent, nim dotknęłam twej skóry

Ta miłość mnie zabija i jeśli to potrwa

Zdechnę samotna ze sobą

Przy moim radiu jak głupi dzieciak

Słuchając własnego głosu, który będzie śpiewał

fragment piosenki „Je suis malade”

W odpowiedzi na coraz popularniejszy we Francji rock’n’roll nagrywa w 1962 swoją wersję piosenki „Speedy Gonzales”, po raz pierwszy rzucając się w pogoń za utrzymaniem się na fali. W międzyczasie jej pierwszy mąż żeni się z modelką Agathe Aems, co o dziwo popycha jego stosunki z Dalidą na przyjacielskie tory.

1964 rok to w życiu Iolandy czas zmian nawet nie tyle wielkich, co symbolicznych. Kupuje swój pierwszy dom – romantyczną willę z ogrodem na paryskim Montmartrze, w której będzie mieszkała aż do tragicznej śmierci. Do Paryża ściąga na stałe rodzinę, a jej młodszy brat, Bruno, zostaje jej managerem, wkrótce otworzą razem wytwórnię płytową. Decyduje się też na drastyczną zmianę image’u – z krągłej południowej piękności w chudego blond wampa. Już nigdy nie wróci do naturalnego koloru włosów. Co ciekawe, Dalida mierzyła zaledwie 168 cm, choć patrząc na zachowane nagrania z jej udziałem trudno oprzeć się wrażeniu, że była bardzo wysoka.

Na podbój San Remo

Iolanda i Bruno postanawiają podbić rynek włoski, koniec końców Dalida po włosku mówi ze znacznie lepszym akcentem niż po francusku. Chcą zacząć od Festiwalu w San Remo, będącym odpowiednikiem polskiego Festiwalu w Opolu. Dalida zostaje zapoznana z młodym włoskim kompozytorem i autorem piosenek, Luigim Tenco. Chłopak, podobnie jak jego bardziej znany przyjaciel, Fabrizio de Andre, był jednym z tzw. cantautori, włoskich bardów-idealistów rewolucjonizujących włoską muzykę w latach 60. Sami pisali i wykonywali swoje piosenki, co nie należało bynajmniej do częstych praktyk, i chcieli oderwać się od sztampy banałów o miłości.

Tenco i Dalida zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia i stają się nierozłączni. Piosenkarka chce pojechać do San Remo z jedną z piosenek autorstwa ukochanego, z którym w – „Ciao, amore, ciao” (co znamienne „ciao” z tytułu tłumaczy się nie jako „cześć”, a jako „żegnaj”). Ówczesne zasady konkursu nakazują wykonanie każdej piosenki przez dwóch artystów, Iolanda namawia Luigiego z którym w międzyczasie się zaręcza, żeby on był drugim wykonawcą. Chłopak tuż przed występem denerwuje się, nie chce śpiewać, drażnią go komercyjne pioseneczki, do których podlegające podwójnej interpretacji (jako utwór o końcu miłości, ale też rozdarciu powojennych Włoch) „Ciao, amore ciao” pasuje jak kwiatek do kożucha.
Wykonanie Dalidy zostaje przez publiczność przyjęte entuzjastycznie, jego z pewną rezerwą, jednak żadne z nich nie przechodzi do finału konkursu. Luigi dostaje szału, awanturuje się z muzykami, z jury, zarzucając mu korupcję, w końcu upija się i jedzie do hotelu odpocząć. Dalida znajduje go martwego, Luigi strzelił sobie w głowę z kupionego rok wcześniej pistoletu, który miał mu służyć do obrony. W ręce mężczyzna trzyma kartkę informującą, że jego gest to znak protestu przeciw komercjalizującej się muzyce i werdyktowi jury.

Jest koniec stycznia, za niespełna trzy miesiące para miała stanąć na ślubnym kobiercu. Dalida wariuje z rozpaczy, obwinia się o śmierć ukochanego. Kilka tygodni po wydarzeniach w San Remo jedzie do Paryża, wynajmuje pokój hotelowy i usiłuje odebrać sobie życie po raz pierwszy. Zostaje znaleziona przez obsługę. Ze śpiączki budzi się po pięciu dniach, jednak rekonwalescencja będzie trwała znacznie dłużej. Dalida chodzi na sesje psychoterapeutyczne, zaczyna czytać Freuda, Junga i Heideggera, po raz pierwszy w życiu żałując, że przerwała edukację.

Okres po próbie samobójczej to dla niej także czas zwrotu w stronę filozofii wschodu. Piosenkarka praktykuje jogę, a wkrótce zacznie odwiedzać indyjskie aśramy, tradycyjne miejsca odosobnienia i medytacji. Na scenę wraca na jesieni, grzejąc się w cieple kochających ją na powrót tłumów, które wcześniej z zapartym tchem śledziły jej dramat. Włoska prasa obwołuje nawet ją i Tenco współczesnymi Romeo i Julią.
Dalida nie umie żyć bez mężczyzn, pociesza się romansem z zaledwie 22-letnim włoskim studentem imieniem Lucio. Znajomość kończy się, kiedy okazuje się, że piosenkarka zaszła w ciążę. Nie chce wiązać się z o 12 lat młodszym chłopakiem, przerywa ciążę i urywa znajomość. Aborcja jest dla niej brzemienna w skutkach – lekarz narusza jajowody, Dalida dowiaduje się, że nie będzie mogła być matką.

Pod koniec lat 70. decyduje się na delikatną zmianę repertuaru, chce śpiewać piosenki poważniejsze, bardziej osobiste, często pojawia się na scenie w długich, prostych sukniach. Znajomi z branży nie są zachwyceni zmianą i nie wróżą jej sukcesu w takim wydaniu. Bruno Coquatrix, niegdysiejszy dobroczyńca, zwleka z organizacją jej koncertów w świecącej wówczas już pełnym blaskiem Olympii. Zirytowana gierkami przyjaciela Dalida postanawia podnająć od niego salę za gotówkę. Okazuje się, że zna swoją publiczność jak nikt inny, po raz kolejny odnosi ogromny sukces.

Lata 70. to dla niej złoty okres, ma mnóstwo energii do pracy, dzięki medytacji ma w sobie więcej spokoju, stosunkowo szybko podnosi się po informacji o śmierci kolejnego bliskiego jej człowieka, Luciena Morisse. Jej pierwszy mąż, z którym pozostawała w przyjacielskich stosunkach, strzela sobie w głowę w swoim paryskim mieszkaniu. Zdaniem Bruna, brata piosenkarki, który przy okazji francuskiej premiery filmu „Dalida. Skazana na miłość” wspominał dla „Paris. Match” miłości swojej siostry, Dalida żałowała wielokrotnie, że odeszła od Morisse'a pod wpływem namiętności do Jeana Sobieskiego. Lucien był dla niej ojcem i przyjacielem, mężczyzną, przy którym umiałaby się zestarzeć.

Paroles, paroles

W 1972 roku Dalida wchodzi do studia z Alainem Delonem, aktorem, który cieszy się statusem kultowego jako gwiazda jednocześnie komercyjna i alternatywna. Znają się z widzenia jeszcze z jej pierwszych lat w mieście, kiedy oboje gnieździli się w tanich norach do wynajęcia, byli przez moment sąsiadami. Nagrywają „Paroles, paroles”, francuską interpretację włoskiej piosenki, która natychmiast trafia na szczyty list przebojów we Francji i w Japonii, gdzie Delon jest bogiem.

Utwór opowiada o mężczyźnie wiele obiecującym i pięknie mówiącym, którego jednak nie stać na żaden gest potwierdzający uczucie, i o bolesnym przebudzeniu ze złudzeń jego kochanki. To nawet nie tyle piosenka zaśpiewana, co zagrana, przy czym ciężko wyobrazić sobie lepszych odtwórców głównych ról niż niemająca szczęścia do mężczyzn Dalida i Piero z „Zaćmienia” Antonionego.

Krótko po nagraniu przeboju z Delonem piosenkarka poznaje swoją ostatnią wielką miłość. Richard Chanfray jest od niej o 7 lat młodszy i występuje pod przydomkiem Hrabia Saint Germain, podając się za wcielenie szlachcica z XVII wieku. Mężczyzna pojawia się czasem w telewizji jako alchemik. Mimo że znajomość z Dalidą była dla niego w pewnym sensie trampoliną do kariery, niewątpliwie ten dziwny facet potrafił ją uszczęśliwić i uspokoić. Bruno Gigliotti bez ogródek nazywa Richarda po latach szaleńcem.

I szalony mag

W swej kuli widząc rozmycie

Chciał przerabiać wciąż

Moją miłość na złoto

A jego ręce rzeźbiarza

Obnażały moją skromność

fragment piosenki Dalidy „Les hommes de ma vie”

To pierwszy mężczyzna, z którym Iolanda zamieszka w swoim domu na Montmartrze i jej jedyny tak długi związek. Przestanie przy nim medytować i latać do Indii, i porzuci powłóczyste suknie na rzecz modnego stylu glamour. W 1974 roku nagrywa swój największy hit – „Gigi Amoroso”, który staje się międzynarodowym numerem jeden. Dalida koncertuje w Japonii i w Kanadzie, żeby potem rzucić się w wir pracy nad nowym stylem. Jak zwykle pragnie utrzymać się na fali, a czuje, że żadne z jej wcieleń nie jest jej w stanie tego dłużej zagwarantować. Odchudza się, uczy się tańczyć i zaczyna śpiewać disco, wchodząc idealnie w środek szału na punkcie gatunku. Powstają takie hity jak „Monday, Thursday” czy „Besame mucho”.
Koncertuje w Stanach, gdzie jej występy cieszą się dużym zainteresowaniem. Zainspirowana pobytem za Oceanem postanawia dać nie zwykły koncert, a wielkie show. Zatrudnia Lesterem Wilsonem, który kilka lat wcześniej przygotowywał Johna Travoltę do roli w „Gorączce sobotniej nocy”. Choreograf układa dla niej i 12-osobowej grupy tanecznej imponującą choreografię, z którą 47-letnia Dalida zapełnia całą widownię gigantycznego Palais de Sport. Wydaje kilka hitów inspirowanych muzyką arabską, które znakomicie sprzedają się na tamtejszym rynku, zwłaszcza w ubóstwiającym ją jako „swoją” Egipcie.

Lata i kolejne ciosy zdają się nie zostawiać na niej żadnego piętna. Po drodze rozstaje się po 9 latach z nadużywającym alkoholu Chanfrayem i odbiera brylantową płytę (ma już w domu kilkadziesiąt złotych). Na początku lat 80. prezydentem Francji zostaje Francois Mitterand, od dawna bliski znajomy piosenkarki i częsty gość domu na Montmartrze. Przyjaciel promuje Dalidę, a media zaczynają wietrzyć romans między tą dwójką.

Iolanda nie ma siły ani ochoty na kolejne skandale, dystansuje się i mniej koncertuje, tym bardziej, że w 1983 roku dowiaduje się o samobójstwie kolejnego niegdyś kochanego mężczyzny. Zaledwie 43-letni Richard zaczadza się w garażu w Saint Tropez. Piosenkarka przeżywa kryzys, czuje paraliżujący brak pewności siebie, który uniemożliwia występy, leczy się na depresję, bliscy zauważają, że niekiedy miewa zaniki pamięci. Powracają problemy z oczami, Dalida przechodzi kolejną operację.

Niespodziewanie uznany egipski reżyser, Youssef Chahine, proponuje jej rolę w swoim nowym filmie. Postać, w którą ma wcielić się Iolanda, znacznie różni się od jej wizerunku zmysłowej divy. Gra Arabkę, która opiekuje się chorym na cholerę wnukiem wbrew zaleceniom władz nakazujących odseparować chorych na pustyni. Recenzenci chwalą jej rolę, dając jej na krótko nadzieję na nowy początek i karierę filmową, o której marzyła, przyjeżdżając do miasta.

Dalida czuje się stara, zmęczona występami, a nade wszystko osamotniona. Kończy się jej ostatni związek. Nie ma już siły szukać kolejnej miłości, w której wieczność mogłaby uwierzyć. Rok po premierze filmu „Szósty dzień” podąża w ślady mężczyzn swojego życia: Luigiego, Luciena i Richarda. Radia w całej Europy grają na okrągło jej piosenkę „Mourir sur scène", w której śpiewa: Przyjdź, ale nie przychodź gdy jestem sama / Gdy kurtyna opadnie pewnego dnia / Chcę, żeby spadła za mną / Ludzie wybrali, jak ma wyglądać moje życie /Ja chcę wybrać moją śmierć.

Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

Trwa ładowanie komentarzy...