Wólka Kosowska – podwarszawskie China Town to świątynia tandety czy raj dla łowców okazji i oryginalnych ubrań?

Pracownicy hal w Wólce Kosowskiej po terenie centrum przemieszczają się na hulajnogach. fot. Maciej Stanik
Nielegalni imigranci, pralnia brudnych pieniędzy, tajemnicze pożary – to konteksty w których Wólka Kosowska pojawiała się w ostatnich latach w polskich mediach. Sprawdzamy czy warto wybrać się do podwarszawskiej gminy Lesznowola, jeśli nie jest się właścicielem sklepu z kapciami.

Z centrum można dojechać tam samochodem w około 40 minut. Kto decyduje się na komunikację miejską, ma przed sobą minimum jedną przesiadkę i półtorej godziny wyglądania przez okno. Z krajowej siódemki niepozorna droga odbija w lewo. Po obu stronach zaczyna się parterowa zabudowa, głównie hale, magazyny, ale i azjatyckie knajpki i salony piękności. Do tego wszechobecne, raczej odstraszające, banery zachęcające do odwiedzenia hurtowni i poszczególnych sklepów.



Zasadnicza część Wólki Kosowoskiej to Chińskie Centrum, na które składa się sześć hal handlowych i kilka magazynów. Do tego ogromny parking, zapełniony samochodami na blachach z całej Polski, ale też zza wschodniej granicy – głównie białoruskimi i litewskimi. Jak doczytuję potem na stronie centrum, sklepy zajmują tu aż 150 tysięcy metrów kwadratowych z 40 hektarów.
Pierwszy raz o Wólce Kosowskiej usłyszałam na studiach od obrotnej koleżanki. Kilka razy pytałam ją gdzie kupiła tę czy inną rzecz – modne, ale różne od tego, co można było znaleźć w sklepach buty, albo porządnie wyglądającą kurtkę za skóry ekologicznej. Hasło Wólka Kosowska niewiele mi mówiło, kojarzyłam, że to gdzieś za Jankami. Kiedyś pociągnęłam temat. Okazało się, że Patrycja właściwie utrzymuje się z wypraw do Wólki. Raz w miesiącu wyszukiwała rzeczy, które nie wyglądały na chińską taniochę, kupowała kilkadziesiąt modeli, a potem robiła ciuchom zdjęcia na sobie i sprzedawała na Allegro z 4-5 krotną przebitką.

Potem widziałam hasło „Wólka Kosowska” na grupach dla kobiet pod postami z serii „gdzie dostanę bluzkę taką-a-taką i nie zbankrutuję”, a kiedyś znajoma chwaliła się, że kupiła tam za kilkanaście złotych oryginalne haftowane koszule. Czy Wólka Kosowska to nieodkryty raj dla uwielbiających shopping za grosze, gdzie za sto złotych można skompletować garderobę na nowy sezon?
W przedsionku pierwszej hali skośnoocy mężczyźni palą papierosy bez filtrów, po podłodze walają się plastikowe taśmy do spinania kartonów. Pachnie gumą i przemysłowym klejem, jak w szkolnej szatni na początku września. Po lewej elastyczne tuniki i legginsy w bazarowe wzory – rozciągnięta panterka we fluorescencyjnych barwach, rzucik z pąków róż na tle nadruku imitującego koronkę. Po prawej królestwo staników przypominające pastelowy obłoczek z kreskówki. Jakieś 40 metrów kwadratowych równomiernie pokrytych ułożonymi w sterty miseczkami w każdym rozmiarze i we wszystkich odcieniach bieli, różu i błękitu. Ceny biustonoszy wahają się od 5 do 12 zł za sztukę, do niektórych w promocji można dostać majtki do kompletu.

Zagaduję mężczyznę siedzącego na małym stołeczku. Okazuje się, że mało co rozumie po polsku, zna właściwie tylko ceny swoich produktów i słowo „hurt”, które powtarza kilka razy, jak gdyby bojąc się, że nie zostanie zrozumiany. Idziemy dalej. Mijamy sklep z naręczami kapeluszy wakacyjnych (od działki, przez rodeo, aż po ryby), ubrania dla panów dla których próżno szukać rozmiarówek w sieciówkach, kolorowe kostiumy kąpielowe. W niektórych boksach azjatyckie sprzedawczynie bujają w wózkach i nosidełkach podejrzanie spokojne niemowlęta.
Ponieważ budynki są relatywnie niskie, a przejścia między stoiskami wąskie, chodząc po centrum nie czuje się jak duże są to przestrzenie, dopiero w którejś z kolei alejce zdajemy sobie sprawę, że idziemy dobre kilka minut, a końca nie widać. Pracownicy, żeby usprawnić komunikację poruszają się po terenie centrum na hulajnogach, którymi sprawnie manewrują między klientami.

Jedna z hal przypomina terminal na nieremontowanym od lat 80. lotnisku. Marmurowy kontuar, rośliny doniczkowe różnych gatunków i rozmiarów, przysypiający przy monitoringu ochroniarz. Za jego plecami zegary, które miały w założeniu pokazywać czas w różnych miastach świata. Jest oczywiście Warszawa i Pekin, ale także Nowy Jork, Londyn i kilka innych miast, jeden z zegarów nie chodzi.

W tej samej hali znajduje się większość stoisk z butami. Niektóre ze straganów na pierwszy rzut oka przypominają eleganckie butiki, inne są zawalone od góry do dołu stertami obuwia z ostatnich dziesięciu sezonów. Pytam w jednym ze sklepów, czy mają buty ze skóry, ekspedientka wskazuje na przedpotopowe laczki, cała reszta jest syntetyczna, ale ciężko uświadczyć model droższy niż 35 zł. Znalezienie tu przyzwoicie wyglądającego obuwia zgodnego z trendami nie jest problemem, gorzej ze sprzedawcą, który zgodziłby się handlować nim detalicznie.

– Detalicznie to jak pani zależy, to łatwiej spróbować będzie nocą na targu – mówi mi elegancko ubrana ekspedientka w jednym ze sklepów z butami.
– Jakim targu?
– Pani nie wie? Tu jest taki targ nocny, tak od 21 do 3 średnio, tam chętniej sprzedadzą, co tam pani chce, ale na rachunki proszę nie liczyć. W sumie to może pani też pokręcić się jeszcze, detal od humoru zależy. Jak się pani uśmiechnie ładnie do któregoś pana, to pewnie pani da kilka złotych drożej.

Kilka lat temu policja właśnie na jednym z takich nocnych marketów zarekwirowała w Wólce Kosowskiej towar wart 30 milionów złotych, TVN nakręcił o tym nawet krótki reportaż interwencyjny. Od innych sprzedawców słyszę, że co jakiś czas są tu naloty i kontrole, potem jest mniej sprzedających nocą, ale w końcu wracają, bo wracają też klienci.
Idziemy do kolejnej hali. Pachnie wilgocią. Dostać można tu głównie sztuczne kwiaty, zabawki. Jest trochę niemarkowego sprzętu RTV, rzeczy do ogrodu, sklep z plastikowymi perukami i stoisko z tandetnymi landszaftami. Wchodzimy do sklepu ze sztuczną biżuterią i okularami przeciwsłonecznymi. Dużo tu oryginalnych modeli, które na stoisku w Złotych Tarasach bez problemu sprzedałyby się i po 100 zł, mimo że nie mają żadnych certyfikatów.

Wybór jest tak szeroki, że popularne lustrzanki występują w kilku tonacjach jednego koloru, z ramkami srebrnymi, złotymi lub czarnymi. Ceny wahają się od 3 do 10 zł. Rozmawiam chwilę z pracującą w sklepie z ozdobami do włosów Moniką, 21-latką, która dojeżdża do pracy z Piaseczna. W Wólce Kosowskiej pracuje od półtora roku, czasem trochę się nudzi, ale nie narzeka, zaprzyjaźniła się z drugą Polką, z którą pracuje na stoisku, są w podobnym wieku.

– Znacie się z Wietnamczykami ze stoiska obok?
– Mówimy sobie „dzień dobry”, oni nie bardzo mówią po polsku, tylko liczą dobrze. Z niektórymi idzie się dogadać trochę po angielsku. Ogólnie żyjemy dobrze, oni są czasem spokojniejsi niż inni Polacy tu pracujący. Ale nie chcą się chyba integrować. Po polsku mówią za to dobrze ich dzieci, które tu się urodziły i już poszły do szkoły. Bardzo fajne dzieciaki.
– A Turcy?
– Oni to zupełnie co innego, mam na myśli, że inna kultura. Otwarci, uczą się języka chętniej, wielu ma żony czy dziewczyny Polki, może to też dlatego. Nie są też tacy skupieni na pracy jak Azjaci. Bo oprócz Wietnamczyków mamy tu też Chińczyków, ale oni to głównie w tamtym pawilonie (pokazuje na lewo ponad moją głową).
Przechodzimy przez ulicę Nadrzeczną do pawilonów tureckich. Stoiska bardziej przypominają sklepy z prawdziwego zdarzenia, wnętrza niektórych są zakomponowane starannie, choć raczej po kosztach. Sporo tu bluzek z modnymi, sznurowanymi dekoltami, czy crop topów w kompletach z elastycznymi spódnicami.

Na wielu stoiskach powiewają przyklejone skrawkami taśmy klejącej karteczki „tylko hurt”. Mijamy sklep w którym niziutka kobieta pomiędzy 40., a 60. rokiem życia nagabuje skandalicznie modnego tureckiego ekspedienta, żeby sprzedał garnitur jej speszonemu synowi. Po budynku śmiga ogolony na łyso chłopak. Sprzedaje po halach jedzenie. Kiedy do niego podchodzimy, demonstruje starszemu Wietnamczykowi wnętrze idealnie dojrzałego awokado. Sprzedaje głównie te owoce i mango. Ma też trochę jabłek i jajek.

– Patent na awokado i mango podpatrzyłem u sprzedawcy, który stoi przy bramie, oni to jedzą, tak jak my jabłka. Mango nawet polubiłem, ładne pachnie, do awokado nie mogę się przekonać, chociaż podobno zdrowe. Żeby zarobić na tych owocach trzeba się na nich dobrze znać, mieć idealnie dojrzałe, bo Azjaci nie kupią jak nie będzie dokładnie takie, jak lubią. Dużo musiałem nawywalać, zanim się nauczyłem, które są dobre i nie zepsują się szybko. Będziecie tu jeść obiad? Tam przy przystanku sprzedają pierożki takie Chinki, warto spróbować, są tanie i pożywne, one to same w domu lepią, wszyscy u nich kupują. Może ciut za mdłe, ale z rosołkiem, na gorąco. Nie idźcie za to do tych knajp na parkingu, nie wiadomo, co tam podają, Ruscy niech sobie tam jedzą – śmieje się chłopak.

– A w ogóle, to tu w barach wzdłuż drogi też można zjeść przyzwoicie, ale drożej niż te pierożki ze straganu, o których mówiłem. Są też wietnamskie słodycze, po które przyjeżdża sporo osób z miasta, trochę obrzydliwe, bo w środku niektóre mają dżem z fasoli, no ale jak nie będziecie o tym wiedzieli, to nawet nie poczujecie, że to fasola. Oo! I jeszcze jedna rada, bo gdzie wy w końcu będziecie jedli? Tutaj? Możecie palcem pokazać na danie po wietnamsku, czy tam chińsku zapisane, jest inne menu niż dla Polaków, smaczniej dla swoich robią, wiadomo – zdradza.

Idziemy na przystanek, wiszą tu ogłoszenia o pracy czy o łóżkach w pokojach wieloosobowych, na autobus czeka również para, która ewidentnie kompletowała garderobę w Centrum Chińskim. Kurczowo zaciskają dłonie na rączkach wielkich toreb w kratę i sprzeczają się czy powinni wziąć więcej „emki” w pudrowym różu.
Wyprawa do Wólki Kossowskiej to raczej wycieczka krajoznawcza, niż wypad shoppingowy, chyba, że ma się żyłkę sprzedawcy, dużo wolnego czasu, a perspektywa oszczędzenia kilkudziesięciu złotych przyprawia o dreszczyk podniecenia. Wizyta w Lesznowoli to narracja o brzydocie i stagnacji przedmieść podobna do „Rzymskiej Aureoli”, filmu o życiu przy obwodnicach Wiecznego Miasta, czy serii zdjęć Kossakowskiego „6 metrów przed Paryżem”, antypocztówek ze stolicy Francji wykonanych na mało spektakularnych drogach wjazdowych. Słowem – wizyta dla koneserów urbanistycznych ciekawostek.


Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...