O pustce życia dzisiejszych 30-latków rozmawiamy z reżyserką „Galerianek” przy okazji premiery jej nowego filmu

W postać Karoli wcieliła się 23-letnia Magdalena Berus fot. materiały promocyjne (Kino Świat)
Katarzyna Rosłaniec weszła do polskiego kina z przytupem – jej pierwszy film osiągnął kasowy sukces, ściągając do kin ponad pół miliona widzów. Historia gimnazjalistek, prostytuujących się za ubrania, wzbudziła tyle zachwytów, co głosów krytyki, ale przede wszystkim zapoczątkowała dyskusję. 5 maja do kin wchodzi najnowszy film Rosłaniec, „Szatan kazał tańczyć”.

Tym razem na ekranie zobaczymy pełne seksu i narkotyków sceny z życia młodej pisarki, a przy okazji sportretowane w krzywym zwierciadle warszawskie środowiska aspirujących artystów. Z reżyserką rozmawiam o dojrzałości, braku pokory i o tym, czy jest gadżeciarą.



„Szatan kazał tańczyć” to twój trzeci film, ale pierwszy, w którym bohaterowie nie są nastolatkami. Wciąż jednak obracasz się wokół dojrzewania. Karolina, główna bohaterka ma 27 lat, ale mentalnie jest podlotkiem.

Chciałam pokazać moment wyjścia z domu, takiego prawdziwego exodusu mentalnego. On nie następuje kiedy masz 19 lat i wyprowadzasz się na studia, tylko kilka ładnych lat później. Kiedy jesteś emocjonalnie oderwany od rodziców i masz z nimi relacje dorosły-dorosły, a nie rodzic-dziecko. Dobrze jest dorosnąć, młodość fajnie się wspomina, ale to mało racjonalny czas wielkich problemów. Wielkich dlatego, że tak je czujemy, a nie ze względu na prawdziwą powagę.

Jak definiujesz dojrzałość?


Dużo się nad dojrzałością zastanawiałam przy okazji postprodukcji tego filmu. Dla mnie to przede wszystkim myślenie o skutkach tego, co się mówi i robi i branie odpowiedzialności za konsekwencje nieprzewidziane czy nieprzyjemne. To nie ma nic wspólnego z tym, że jesteśmy w poważnym związku czy że dobrze zarabiamy. Nie brak stabilizacji jest w moim odczuciu cechą na wskroś dziecięcą, ale egoizm.
W wywiadach nie ukrywasz, że czas studiów w Trójmieście to dla ciebie niekończąca się impreza, podkreślasz też, że jesteś blisko związana z rodzicami i młodszą siostrą. To tak, jak Karola, bohaterka twojego filmu. Ile w niej ciebie?

Sporo, ale to są raczej jakieś powierzchowne szczegóły. Zajmowałam się kostiumami, więc Karola nosi niekiedy moje prywatne ciuchy. Do tego jej młodsza siostra, grana przez Hannę Koczewską, nazywa się Matylda, czyli tak samo jak moja. Maltańczyki, filmowe pupilki Danuty Stenki, to z kolei psy mojej mamy. No, nie wszystkie, dwa zostały wypożyczone, nie jest aż taka zwariowana. Część scenariusza pisałam mieszkając w Berlinie, w którym Karola szuka w filmie mieszkania. Jednak to po prostu elementy tła, jeśli chodzi o emocjonalny trzon, stosunek do świata, jestem od Karoli zupełnie inna.

Dojrzalsza?

Jako osoba na pewno tak, mam męża, roczne dziecko, jak to mówią „ustatkowałam się”. Natomiast jako reżyserka mam wrażenie, że jestem na początku drogi. Gdyby kilka lat temu ktoś zapytał mnie jakie filmy będę robiła jako 36-latka, pewnie wyobrażałabym sobie to zupełnie inaczej. Poważne, skończenie dobre. Śmieję się, że za kilka lat będę już reżyserką starszego pokolenia, która nadal uważa się za debiutantkę.

Zmieniło cię macierzyństwo?

Nie (śmiech)

Zapytałam o to dlatego, że w celebrycko-medialnym światku, w którym chcąc nie chcąc się obracasz, w dobrym tonie jest wiązać z przyjściem na świat dziecka jakąś historyjkę o diametralnej przemianie.


Jasne, wiem o co chodzi, ale nic takiego nie czuję. Chociaż nie, była jedna zmiana. Film był już gotowy ponad rok temu, przełożyliśmy promocję ponieważ byłam w ciąży, a potem zajmowała się Ernestem. Mój mąż żartuje, że trafił się nam świetny egzemplarz, dziecko niespecjalnie płaczące i grymaszące.

Panuje moda na niedojrzałość?

Bez dwóch zdań, weźmy choćby banalne „żyj chwilą” czy tam, jeśli ktoś woli – YOLO. Niby spoko, bo co jest złego w tym, żeby skupiać się na tu i teraz... Ale nieustanne tu i teraz, to właśnie programowa niedojrzałość. Młodzi ludzie chcą żyć chwilą, ale też pokazywać jak nią żyją. A chęć zatrzymywania momentu kłóci się z jego przeżywaniem.

Twój film jest nakręcony w formacie 1:1, typowym kadrze z Instagrama. Hołd dla generacji selfie?


Życie na Instagramie wydaje mi się bardzo smutne, nie nazwałabym więc tego hołdem. Kręcę filmy o młodych ludziach, więc może to trochę dziwne, ale nie mam profilu na żadnym portalu społecznościowym. Wracając do pytania – jeden na jeden to kadr, który stawia cię w centrum uwagi, ty jesteś tu gwiazdą, to co z boku jest nieważne. Egocentryzm i egoizm robią dziś ogromną karierę, jako źle pojęta nowoczesna wersja pewności siebie. To wchodzi w krew, a z tego rodzi się samotność. I taka jest Karola – z jednej strony zagubiona i osamotniona, a z drugiej cholernie skupiona na sobie. Ten kadr charakteryzuje ją i jej podobnych.

Karola i tak wydaje się znacznie mniej samotna, niż bohaterki twoich poprzednich filmów.


Co z tego, że masz na fejsie tych znajomych tysiąc pięćset milionów, skoro nikt się tobą nie przejmuje tak naprawdę. Moja bohaterka jest chora na serce, trafia do szpitala, wychodzi z oplatającymi jej klatkę piersiową kablami przenośnego EKG i co robi? Foty, żeby wrzucić na Instagram, bo fajnie wygląda, jak Lady Gaga. Czy ludzie komentujący takie zdjęcia się tym przejmują? Nie sądzę. Inaczej szybko skończyłoby się jej towarzystwo do imprez. Mam koleżankę, która też ma chorobę wrodzoną, jej znajomi o tym wiedzą. Nie przeszkadza im to wciągać z nią koksu i balować do rana. Ludzie robią to, bo chcą się fajnie bawić, uznają nie mogą przejmować się wszystkimi i wzruszają ramionami. To świat iluzorycznej bliskości, zastępowanej przez serduszka i kciuki. Ważne, żeby mieć te 2-3 naprawdę bliskie osoby, a nie bandę kadzących followersów.

Wróćmy jeszcze do formy – nie tylko kwadratowy kadr wyróżnia twój film. „Szatan kazał tańczyć” to zbiór kilkudziesięciu krótkich scen, ułożonych niechronologicznie, miałam, też wrażenie, że niektóre są utrzymane są w wyraźnych tonacjach kolorystycznych. Był w tym jakiś zamysł?


Tak, niestety w wersji kinowej cały pomysł trochę się rozmywa. „Szatan kazał tańczyć” miał by pierwotnie filmem-aplikacją na telefon, o strukturze inspirowanej kostką Rubika. Ma więc 54 sceny, po 9 w każdym z 6 kolorów, które dzielą film na grupy tematyczne. Fragmenty czerwone są związane z seksualnością i cielesnością Karoli, zielony to sceny rodzinne, białe momenty transcendentalne – kiedy bohaterka leży w szpitalu, ale też kiedy jest na haju. Sceny w wersji kinowej mają po dwie minuty, tak jak zauważyłaś niechronologiczne. Po dwóch minutach zimy mamy dwie minuty lata, po czym znów dwie minuty zimy, ale tym razem nie w Berlinie, a w Warszawie. Dystrybucja kinowa filmu sprawiła, że nie mogliśmy udostępnić wszystkich scen w aplikacji, ale część już tam jest, w tym tych, które do ostatecznej wersji nie trafiły. Aplikacja nazywa się Satan Said Dance, póki co można tam połączyć 3 sceny we własny mini-film, będziemy dodawać kolejne. Marzyła mi się też instalacja w formie olbrzymiej kostki Rubika, gdzie poszczególne pola są ekranami, wyświetlającymi sceny z filmu.
Dla mnie twój film to nie tyle historia o dorosłych dzieciach z Instagrama, co opowieść o współczesnym rytuale przejścia. Karola wie, że musi przeprowadzić się do Berlina, żeby ostatecznie odciąć pępowinę, podobnie jak wie, że musi skończyć powieść, żeby z debiutantki stać się pisarką. Tyle że jeszcze nie jest na to gotowa, więc pije, ćpa, uprawia seks i masturbuje się. Takie ostatnie, przed transformacyjne podrygi.

Moja bohaterka nieprzypadkowo ma w filmie akurat 27 lat. To wiek w którym umarło wiele ikon popkultury – Jim Morrison, Jimmy Hendrix, Janis Joplin czy Kurt Cobain. Ludzie, którzy byli idolami swoich pokoleń, wielkimi artystami, ale nie udał im się transfer w dojrzałość, bo przed samotnością uciekali w używki. Do scen, w których Karola słucha przestróg lekarza zainspirowała mnie książka o Amy Winehouse. Ona traktowała szpitale, jako miejsca w których trochę ją podreperują i będzie mogła iść w świat dalej się niszczy. Podobnie jest z moją bohaterką, ona nie bierze odpowiedzialności nawet za własne ciało, tak bardzo chce być beztroska.

Co więc powinna zrobić Karola, żeby dorosnąć?


Zabrzmi banalnie, ale sądzę, że zakochać się lub pokochać jednego z mężczyzn, którzy wokół niej orbitują. Uważam, że ta cała propaganda uroków bycia singlem to zwyczajne zakłamywanie rzeczywistości. Samotność szkodzi, większość z nas potrzebuje drugiego człowieka, na którego może się otworzy. Kilka różnych relacji, jak w przypadku Karoli, sprawia, że ona nie może być z nikim naprawdę, skupić się na drugiej osobie, to wszystko jest za szybkie, za krótkie. Taka kategoria jak „posiadanie chłopaka” jej rzecz jasna nie interesuje. Może przebierać, wybierać, ten może fajniejszy, a tamten przystojniejszy. Nie chce związku, ale nie jest szczęśliwa, mówi do mamy, że nie ma za czym tęsknić. A nie tęskni się za czymś, tylko za kimś, jak masz takich chłopaków siedmiu i ciągle jesteś z innym to nie masz nawet na tę tęsknotę czasu. Karoli brakuje miłości i najpewniej nawet o tym nie wie. Miłość jest w świecie, w którym żyje trochę passé.

Mnóstwo w twoim filmie jest scen seksu. I to scen, jak na polskie kino, gdzie ona wzdycha, on wzdycha, a potem opadają na poduszki, dość śmiałych. Rozumiem, że to miało służyć pokazaniu otwartości seksualnej bohaterki, ale z drugiej strony w pewnym momencie dla mnie, jako widzki, kolejna podoba sekwencja była zwyczajnie nużąca. Trochę tak, jakbyś pokazywała po raz dziesiąty bohaterów jedzących obiad.


Ten film nie ma fabuły, która ma dociągnąć całość do jakiegoś punktu. To sekwencje rzeczy, które składają się na życie Karoli, niektóre ona robi w kółko – ciągle bierze narkotyki, masturbuje się, uprawia seks, pisze. Jeśli to po jakimś czasie staje się nużące, to świetnie, też uważam, że to nudne w takim wydaniu. Jest jeden raz, drugi, fajnie, tu też fajnie, za trzecim razem wzruszasz ramionami. Dla bohaterki to też nudne, choć żyjąc w ten sposób chce nudę i szarość zabić.
Z każdym kolejnym filmem twoi bohaterowie są starsi – najpierw były gimnazjalistki, potem licealiści, teraz 27-latka, ale cały czas to opowieści o millenialsach. Następny film też będzie o pokoleniu Y, odpowiednio posuniętym w latach?

Nie, tym razem zaliczam generacyjny przeskok. Chcę nakręcić kameralny film drogi o 40-latkach. O kobiecie chorej na chorobę afektywną dwubiegunową, która jedzie na wakacje z mężem. Samochodem, z Polski do Hiszpanii. Piękne krajobrazy i dużo trudnych emocji z różnych rejestrów.

Twoje filmy są bardzo kolorowe, ich stylistyka zapada w pamięć. Karola ma różowe loki, chodzi w wielkich futrach, w „Baby Blues” był wózek vintage, błękitne szminki, sporo szalonych, dziewczyńskich gadżetów. Scenografia i makijaże też wydają się dopracowane. Niektórzy krytycy zarzucają ci przesadną fascynację rekwizytem. Czujesz się gadżeciarą? Estetką?

Nigdy nie nazwałabym się gadżeciarą, nie mam nawet smartfona. Za to muszę się przyznać, że rzeczywiście bardzo lubię ciuchy. Oglądam pokazy, kupuję magazyny, czasem jeżdżę na wystawy z nią związane. Na co dzień nie chce mi się jakoś przesadnie stroić, w filmie mogę się w tej dziedzinie wyżyć. Lepiej, żeby bohaterowie byli ubrani ciekawie, niż nijak. Dokolorowuję swoje filmy, bo uważam, że to fajniej wygląda, zresztą nie tylko w filmie przywiązuję wagę do koloru, w mieszkaniu mam np. różowe drzwi. Nienawidzę za to z jakiegoś tajemniczego powodu beżów i żółci, której w Warszawie jest pełno, choć w powszechnym wyobrażeniu to miasto szare. Moja poprzednia scenografka, Norweżka, powiedziała, że Warszawa kojarzy się jej kolorystycznie z kapuśniakiem. Ciuchy i scenografia są ważne, bo ludzi charakteryzuje też to, jak wyglądają, jak się ubierają. Mówią za nich przedmioty, którymi się otaczają. Pamiętam, że przy „Baby blues” głównym pytaniem było skąd ta niebieska szminka, co ona oznacza i gdzie się ją kupuje. Albo zarzut, że przecież w Warszawie nie ma zielonych tramwai, a u mnie są. Dla mnie to małostkowość i skupienie się na tym, co w filmie ma znaczenie drugorzędne, chcę opowiadać o emocjach, a nie o sukienkach vintage.
Twój scenariusz do filmu „Galerianki” skrytykował Andrzej Wajda, mówiąc, że wydaje mu się, że został napisany przez 13-latkę. Powiedziałaś wtedy, że to znakomicie, bo film jest o nastolatkach i to właśnie zaświadcza o jego autentyzmie. Od tego czasu media lubią wyrzucać ci brak pokory.

Zacznijmy od tego, że ja trochę nie wiem, co w ogóle ma oznaczać bycie pokornym. Być może nie jestem z czyjejś perspektywy pokorna, ale szczerze powiedziawszy nie wiem jak moje bycie pokorną miałoby w praktyce wyglądac. Powinnam swoją postawą przeprasza, że żyję? Że zrobiłam film taki, a nie inny? Nie odpowiedzieć na komentarz Andrzeja Wajdy, tylko dlatego, że jest Andrzejem Wajdą? Jestem szczera w życiu i w tym, jak pracuję, moi bohaterowie i ich emocje są dla mnie szalenie prawdziwe. Rozmawiałyśmy o scenach seksu – to nie jest tak, że jest ich tyle, bo wymyśliłam sobie jakiś efekt. Chciałam być kontrowersyjna, albo przyciągnąć do kina tłumy. W moim odczuciu takie sceny pasują do filmu i do bohaterki, więc po prostu tam są. Nie uważam, że istnieją jakieś tematy których kino nie powinno pokazywać. Może pokora miałaby oznaczać pozostawanie w schematach społecznych, które istnieją dla każdej dziedziny życia. Jeśli się w nich mieścisz, to super, a jeśli nie, to z już dostajesz łatkę „brak pokory”. To strasznie nudne. Miałam to szczęście, że nie czekałam na swój debiut reżyserski. „Galerianki” były pierwotnie krótkometrażowym filmem dyplomowym, potraktowałam go jako wizytówkę, dzięki której mogłam znaleźć fundusze na realizację długiego metrażu.

Uważasz się za intelektualistkę?

No co ty, czasem bywam straszną idiotką (śmiech). Nie jestem szczególnie oczytana, nie mam jakiejś wybitnej wiedzy ogólnej, ale nie wstydzę się do tego przyznawać. Mam też wrażenie, że mnóstwo jest ludzi, którzy myślą o sobie jako o intelektualistach, bo to im pasuje do obrazu siebie. Skończyli studia, czasem przeczytają jakąś książkę, którą wypada przeczytać czy klikną w ten czy inny news, żeby móc zamienić potem dwa zdania. Nigdy nie miałam parcia na dowiadywanie się czegoś, tylko dlatego, że „się powinno” czy czytanie i oglądanie „ważnych” pozycji, jeśli mnie nudziły. Potrafię się za to głęboko zagłębić w jakiś temat. Piszę scenariusz filmu, którego bohaterka cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową. Przeczytałam na ten temat już chyba wszystkie publikacje dostępne po polsku i po angielsku, konsultowałam się z psychiatrami. Trochę też podśmiewam się z mojego męża, który czuje się intelektualistą, zanim przyszłaś wysłałam mu motto z książki, którą teraz czytam – „Intelektualista to ktoś, kto odkrywa jakąś rzecz ciekawszą od seksu”. To słowa Huxleya.

Z Magdą Berus poznałyście się kiedy miała zaledwie 18 lat przy okazji castingu do filmu „Baby Blues”. To u ciebie zagrała po raz pierwszy, potem pojawiła się w „Nieulotne” Borcucha i grała w kilku serialach. Obsadziłaś ją w „Szatan kazał tańczyć”. Jak wygląda wasza relacja? Można powiedzieć, że obserwowałaś jak dojrzewa.


Uważam, że Magda była już bardzo dojrzała jako 18-latka. To nieprzeciętnie inteligentna dziewczyna, a do tego pracowała w Azji jako modelka, więc była bardzo samodzielna. Na planie zbliżamy się do siebie niemal intymnie. Mówimy sobie o wszystkim, spędzamy mnóstwo czasu razem. Przerabiałyśmy razem scenariusz, szukając emocji w historiach z własnego życia. Po zakończeniu zdjęć ta nasza symbioza jakoś naturalnie się rozmywa. Mam wrażenie, że to trochę tak, jak kiedy jest się zakochanym. Jesteś z kimś ekstremalnie blisko, obnażasz się emocjonalnie, a kiedy to się kończy, ciężko porozmawiać z tą osobą, jak ze zwykłym znajomym. Magda jest mi bliska w naturalny sposób, ponieważ podobnie do mnie rozumie świat. Nie muszę jej tłumaczyć jak odbieram niektóre rzeczy, jak czuje pewne sceny, po nakręceniu tych szczególnie trudnych obie drżałyśmy z nadmiaru emocji. Tak było od początku, mimo że była nastolatką, a różnica wieku między nami jest spora.

Janusz Wróblewski napisał o twoim filmie w „Polityce”, że swoich bohaterów, wchodzących do świata show-biznesu niby ośmieszasz i kompromitujesz, ale jesteś też nimi ewidentnie zafascynowana.

To trafna obserwacja. Tylko że taki właśnie jest stosunek ludzi do show-biznesu. Z jednej strony oczywiście trochę gardzą, a trochę podśmiewa się z tych wszystkich modelek, fotografów i pogodynek, a z drugiej wchodzą na Pudelka, żeby podglądać ich barwne życie. Nie bawię się w moralizatorstwo, pokazuję sceny z życia bohaterki.
Twój film, to kolejna po „Wszystkich nieprzespanych nocach” fabuła pokazująca współczesnych dwudziestoparolatków na haju, żyjących od imprezy do imprezy.
Uważasz, że imprezowanie stało się doświadczeniem pokoleniowym dla pierwszej generacji polskiego kapitalizmu, która nie ma się przeciw czemu buntować?


Nie, wręcz przeciwnie. Imprezowało się zawsze. Podobnie jak od wieków znano alkohol i narkotyki. Kiedyś być może tyle się o tym nie mówiło, bo to nie był temat. Robienie zdjęć czy oznaczanie się w klubach, to tylko nowe zwyczaje wokół odwiecznego zwyczaju. Narkotyki są teraz rzeczywiście powszechniejsze, niż na imprezach, na które chodziłam jako studentka, kiedy właściwie jedyną znaną nam z autopsji nielegalną substancją była marihuana. Ale też nie demonizowałabym, wszystko jest dla ludzi. Wierzę, że narkotyki mogą być jakimś etapem, o ile nie są ucieczką. Bardziej niepokoi mnie nie samo zjawisko ćpania na imprezach, ale to, że nie wiadomo co te dzieciaki biorą, nikt tego przecież nie bada.

Jakbyś miała powiedzieć o czym jest „Szatan kazał tańczyć” nie odwołując się w ogóle do fabuły?

O pustce. O tym, że jeśli nie angażujemy się w drugiego człowieka, to nie mamy nic. Mój znajomy powiedział mi, że kilka dni po zobaczeniu tego filmu w głowie zostają tylko muzyka, kilka kolorowych obrazków i nic więcej. To był chyba zarzut, ale ja się ucieszyłam, chciałam, żeby „Szatan kazał tańczyć” wyrażał pustkę życia na pokaz także na tym poziomie. Opowiadanie o pustce głębią już było. To nie jest film do podobania się.



Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...