Milczenie nie generuje siniaków i nie słychać go zza ściany, a można nim zrobić większą krzywdę niż słowem

Milczeniem można zranić bardziej niż słowem. Prawo autorskie: studiostoks / 123RF Zdjęcie Seryjne
Ciche dni, foch, złowroga cisza... Jak zwał , tak zwał. Za każdym razem chodzi o to samo – zamiast rozmawiać odpowiadamy "niewinnym": "nic się nie stało", lub udajemy, że nie obchodzą nas skrzywdzone uczucia drugiej osoby. Często nie zdajemy sobie sprawy, że próbą przemilczenia konfliktu, głęboko ranimy drugą osobę, a na dłuższą metę możemy zatruć ją nieodwracalnie.

O tym, dlaczego lepiej "dać sobie po razie", zamiast udawać, że się nie słyszy i nie widzi rozmawiamy z Mieczysławem Jaskulskim, psychoterapeutą Laboratorium Psychoedukacji.



Mieczysław Jaskulski: Wie Pani dlaczego najgroźniejszych przestępców zamyka się w więziennych izolatkach?

Ewa Bukowiecka-Janik: Ponieważ są "najniebezpieczniejszymi przestępcami"?

Otóż nie. Chodzi o to, że izolacja od świata jest najdotkliwszą z możliwych kar.

Zdaje się, że mieliśmy porozmawiać o przemocowym milczeniu...

A to jest doskonałe porównanie i wyjaśnienie! Milczenie za karę, milczenie, które oznacza – nie chcę cię słuchać, ani widzieć, bo na to nie zasługujesz – jest izolowaniem drugiej osoby od naszych uczuć i myśli, czyli dokładnie tego, na czym po kłótni najbardziej jej zależy. Dzieci, które karane były przez rodziców właśnie w ten sposób również czują się odizolowane od tego, co jest dla nich najważniejsze, czyli od rodzicielskiej miłości. Takie zachowanie zostawia w dziecięcej psychice ślad na zawsze.

Ile razy trzeba ukarać dziecko milczeniem, by zapamiętało to, jak Pan powiedział, na zawsze?

A zapomniałaby Pani gdyby chociaż raz poczuła Pani całą sobą, że mama Pani nie kocha?

Rzeczywiście, raczej nie...

No właśnie. Oczywiście nie chodzi o sytuację, w której rodzic przez kilka minut nie reaguje na prośby dziecka, czy jego płacz. Trauma zaczyna się od momentu, kiedy dziecko przestaje się orientować w sytuacji – przestało podejmować próby zwracania na siebie uwagi rodzica, a zaczęło się bać i czuć, że nie jest tej uwagi warte. Skutek? Obniżone poczucie własnej wartości, brak poczucia bezpieczeństwa i przekonanie, że na miłość trzeba zasłużyć.

To, o czym Pan mówi przypomina mi warunki do rozwoju współuzależnienia, które jak się okazało, nie jest wynikiem życia z osobą uzależnioną tylko wychowaniem z elementami przemocy.

Trafnie to Pani ujęła. Rzeczywiście wszystko to, co wymieniłem to podwaliny współuzależnienia. Współuzależnienie nie jest zaburzeniem wynikającym z życia z katem, bo przemoc nie jest wyłącznie biciem, obrażaniem i poniżaniem. O milczeniu rzadko rozmawia się jak o formie znęcania się nad drugą osobą, bo to metoda, która nie generuje siniaków, nie słychać jej zza ściany, a można zrobić nim większą krzywdę.

Dlaczego większą?

Zapewne słyszała Pani nie raz jak ofiary przemocy mówią, że czekają aż nadejdzie moment bicia czy picia, bo wiedzą co będzie dalej, wiedzą czego się spodziewać. Wiele z nich utożsamia nawet wymierzone ciosy jak okazywanie miłości. Nawet jeśli to brzmi absurdalnie, to przemoc jest eskalacją uczuć i dla ofiar akt przemocy bywa ulgą, uwolnieniem od czekania na najgorsze. Oczywiście, takie osoby czują się strasznie i mają zdruzgotaną samoocenę, żyją w strachu, ale proszę sobie wyobrazić, że osoby katowane milczeniem od dziecka nigdy tej ulgi nie zaznały.

Proszę mnie poprawić, jeśli błędnie rozumuję – karanie milczeniem jest tak samo okrutne w sensie psychicznym, jak przemoc fizyczna czy obrażanie, jednak na dłuższą metę zostawia trwalszy ślad, bo nie daje szans na sytuacje, w których możemy poczuć się chcianymi i kochanymi?

W odniesieniu do dzieci karanych milczeniem od dziecka – tak.

A co z dorosłymi?

Dorośli, którzy wychowywani byli bez przemocy, znający swoją wartość, raczej nie zgodzą się na takie zachowanie ze strony partnera. Karanie milczeniem to przecież popularne ciche dni czy foch, które często traktujemy jak wyjątkowo "niewinne" metody postępowania wobec drugiej osoby. Tak naprawdę to próby manipulowania partnerem, wzbudzania w nim niepewności, wymuszania, by zgodził się na nasze żądania. Milczenie za karę rani każdego, a stopień głębokości tego zranienia zależy jak bardzo wyrafinowany jest oprawca i w jakiej kondycji psychicznej jest ofiara. Ciche dni czy fochy nie są ani uczciwe, ani dojrzałe, a to czy to dostrzeżemy i zachowamy dystans zadecyduje jak bardzo nas to zaboli. Jeśli karanie milczeniem przytrafi się np. osobie ze skłonnością do współuzależnienia, prawie na pewno pozwoli się ona zastraszyć i wejdzie w ten układ. To niby niewinne, ale zapewniam – nie opłaca się. Raz wywołane wątpliwości mogą nie zostać rozwiane nigdy.

Czyli lepiej powiedzieć o parę słów za dużo niż nie powiedzieć nic?

Zdecydowanie tak. Milczenie kojarzy się ze śmiercią – w przypadku związku, śmiercią uczuć, a słowo jednak z walką. Mówiąc, czy krzycząc, nawet najgorsze rzeczy, podejmujemy próbę rozwiązania konfliktu, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się, że siejemy spustoszenie. Natomiast milczenie jest spustoszeniem samym w sobie, sugestią, że nic nie da się zrobić i że możliwość naprawienia czegokolwiek jest poza naszym zasięgiem.

A jeśli usłyszymy: "nie kocham cię, nic nie możesz zrobić"...? Jak to porównać do milczenia?

Przede wszystkim wiemy na czym stoimy – w przypadku milczenia poczucie bycia niekochanym to głębokie przekonanie, a nie komunikat. To pierwsze boli zdecydowanie bardziej. Poza tym często bywa tak, że mówimy przykre rzeczy, mając na myśli coś zupełnie innego.

Na przykład popularne "nic się nie stało", kiedy milczymy i dławimy w sobie złość.

Tak. Skoro nasz ukochany mówi nam, że nic się nie stało, a my czujemy się fatalnie i jego milczenie odczuwamy jak bierną agresję, jesteśmy postawieni w sytuacji zakłopotania – komu ufać: słowom partnera czy swoim uczuciom...

To komu?

Zawsze swoim uczuciom. Nawet jeśli faktycznie nic się nie stało, a nasze przeczucia są mylące, partner powinien wykazać się chociaż odrobiną empatii i zdobyć się na gest, który złagodzi nasze obawy.

Wydaje mi się jednak, że cisza po kłótni może działać pozytywnie. Często czas na refleksję i zajęcie stanowiska bardzo się przydaje i wychodzi na plus.

To prawda, ale musimy partnerowi wyjaśnić powody swojego milczenia. Chodzi o to, żeby zawsze wiedzieć "co jest grane". Inaczej możemy obudzić wszystkie demony, o których rozmawialiśmy na początku, lub zasiać ziarno niepewności, które po kilkudziesięciu takich sytuacjach wyrośnie na pokaźne drzewo z dużymi korzeniami.

Czyli to potwierdzone: w układ milczenia wejdzie każdy.

W pewnym stopniu tak. Tak jak wspomniałem – to zależy od kondycji psychicznej, ale poczucie skołowania pojawi się na pewno. Istnieje szansa, że osoby zupełnie bez przygotowania do przemocowej relacji, nie dadzą się omamić na dobre.

A co z syndromem ofiary? Czy bierna agresja może do niego doprowadzić tak jak życie z katem?

Niestety tak.

Jak to możliwe?

Syndrom ofiary podobny jest do stresu pourazowego – oba te zaburzenia wiążą się z życiem w permanentnym lęku. Stres pourazowy nie wynika z tego, co ludzie widzieli czy usłyszeli, tylko z tego, że bez przerwy się bali, oczekując, by wyjaśniło się cokolwiek. Ten stan oczekiwania wykańcza psychicznie też ofiary przemocy domowej – czekają one w lęku na przełom. Jedni się doczekują wyjaśnień, inni nie i, jak się Pani domyśla, ci drudzy to ofiary milczących oprawców. Tak samo jest w horrorach – najbardziej boimy się wtedy, gdy nie widzimy twarzy ducha, czy potwora. Kiedy moc jest niewidzialna przeraża najbardziej, bo nie można jej okiełznać, złapać, usidlić i rozpoznać. Stąd negatywna przewaga karania milczeniem nad innymi rodzajami przemocy.

Jak się z tego wyplątać?

Właśnie takie etykietowanie, czyli utożsamianie się z syndromem ofiary, albo odnajdywaniem się w modelu osoby współuzależnionej może mieć negatywny wpływ na radzenie sobie i wychodzenie na prostą.

Dlaczego?

Jest w tym sporo z szukania usprawiedliwień dla swojej bierności. To, że osoby współuzależnione czy dręczone przez wiele lat nie uświadamiają sobie, że istnieje inne życie, nie oznacza, że powinny się temu przekonaniu poddawać. Oczywiście rozumiem zakodowany w ich głowach strach i brak wiary w siebie, ale jeśli uświadomimy sobie, co nas doprowadziło do takiego stanu, powinno jednocześnie do nas dotrzeć, że to jak żyjemy, to nasz wybór.

Takim osobom bardzo trudno jest przecież przerwać ten proces. Okrucieństwo wobec nich, także przemocowe milczenie, to jedyne, co znają, a zatem jedyne, co wydaje im się bezpieczne.

W takim razie, proszę mi powiedzieć, czy alkoholik, który wie, że jest uzależniony i nadal pije, jest usprawiedliwiony?

W pewnym sensie tak.

Czyli uważa Pani, że alkoholika "piję, bo muszę" to z jego strony wszystko, co może zrobić dla własnego dobra?

No nie, wręcz przeciwnie.

A właśnie! Tak samo proszę pomyśleć o osobach z syndromem ofiary, a tym bardziej o osobach współuzależnionych, które tkwią w toksycznym układzie. Jeśli pewnego dnia, jakimś sposobem dotrze do nich, że to, w jaki sposób myślą o sobie i o swoim życiu nie jest jedynym możliwym, powinny dla własnego dobra od razu zrobić drugi krok i udać się na terapię, albo przynajmniej uciec od oprawcy.

Ale przecież się boją...

A myśli Pani, że alkoholik się nie boi? Całe życie był "pod wpływem", właściwie nie zna świata na trzeźwo, prawdopodobnie również pił, bo go ten świat przerażał. I co? Od niego wymagamy, by się leczył, bo krzywdzi innych ludzi, zapominając najwyraźniej, że krzywdzi również siebie, zupełnie jak ofiary przemocy decydując się na życie z oprawcą. Swoją drogą, jeśli katowana matka nie ucieknie z dziećmi od przemocowego ojca, w moim odczuciu będzie współwinna cierpienia dzieci. Nie chciałbym być źle zrozumiany, z pełną empatią i zrozumieniem podchodzę do wszystkich objawów syndromu ofiary, współuzależnienia czy uzależnienia. Chcę po prostu powiedzieć każdemu, komu wydaje się, że nie ma innego wyjścia, że się myli. Wyjście jest, a stawianie się na pozycji przegranego to rezygnacja z walki i z siebie jednocześnie. Bo łatwiej jest być słabym i nie robić nic, niż zakasać rękawy i powiedzieć – no to ja wam teraz pokażę.

A czy przypadkiem podjęcie decyzji o odejściu od oprawcy milczącego nie jest trudniejsze niż od tego, który obraża i bije? W końcu teoretycznie nic się nie dzieje...

To prawda. Fakt, że za ścianą jest cicho budzi nasze obawy tylko kiedy mamy pod opieką małe dziecko. Kiedy "słyszymy ciszę" wiedząc, że w mieszkaniu obok żyją dorośli ludzie, nigdy w życiu nie przyjdzie nam do głowy, że dzieje się coś złego. Nie mamy podstaw, by cokolwiek podejrzewać, więc nie możemy tej osobie pomóc. Wówczas jedyna nadzieja tkwi w samoświadomości i sile ofiary katowanej toksycznym milczeniem.

To trochę taka zbrodnia w białych rękawiczkach...

Zgadza się. Nie ma siniaków, nic nikogo nie boli, nie ma nawet na co narzekać, bo nie padło ani jedno słowo... Porównań może być tu sporo. O chorobach, które przebiegają bezobjawowo mówi się "cichy zabójca". Dokładnie tym samym jest bierna agresja.

Jak się zatem przed nią bronić?

Dokładnie tak samo jak przed wspomnianymi chorobami – profilaktyką, którą w tym wypadku absolutnie bez wyjątku są słowa. Nawet jeśli pozostają bez odpowiedzi, nawet jeśli kolejne rozmowy nic nie dają, słowa pomogą nam przetrwać i zrozumieć co się dzieje naprawdę. Karanie milczeniem to trucie jadem, którego toksyczne właściwości uwalniają się długo i stopniowo. A słowa to jedyne antidotum na każdą kłótnię.

Skoro wiemy już kim są ofiary, pora zapytać kim jest milczący oprawca.

Najczęściej nie zdającym sobie sprawy z konsekwencji swojego zachowania zwykłym człowiekiem, który nie radzi sobie ze swoimi emocjami. Oczywiście bywa i tak, że ludzie z premedytacją znęcają się w ten sposób nad bliskimi, ale są to osoby, które niczym się nie różnią od tych, które z frustracji potrafią zakatować na śmierć. Największym problemem jest więc stopień nieświadomości z jakim podchodzimy do fochów i cichych dni, czy tym bardziej ignorowania dzieci. Milczenie i wycofywanie się bez wyjaśnień z konfliktu bywa po prostu metodą radzenia sobie z własnymi emocjami. Z poczuciem chaosu, niemocą, cierpieniem... Tak często zachowują się osoby, które nie potrafią rozpoznawać, nazywać swoich uczuć i tym bardziej ich okazywać.

Chce Pan powiedzieć, że każdy introwertyk to milczący oprawca?

Niekoniecznie. Można być świadomym swojej osobowości introwertykiem i wyjaśnić to drugiej stronie. Poza tym problemy z nazywaniem uczuć i okazywaniem ich miewają też ekstrawertycy. Myślę, że kluczową rolą w niebyciu milczącym oprawcą jest stopień samoświadomości i dojrzałości.

Mówiąc o milczeniu w związku, na koniec mamy obowiązek powiedzieć również o jego pozytywnym obliczu.

O tak. Właściwie każde milczenie, poza tym, które ma ukarać drugą osobę i to po kłótni bez wyjaśnień, jest w porządku. Milczenie w czyjejś obecności może być też wyznacznikiem jakości naszej relacji. Często mówimy, że prawdziwy przyjaciel to ten, przy którym możemy pomilczeć bez poczucia dyskomfortu. Takie odczuwanie wspólnego milczenia świadczy o tym, że to cisza, która wypełnia, a nie pustoszy. Paradoksalnie, słowa i aktywność bywają zagłuszeniem nieprzyjemnej ciszy, która obnaża nasze kłopoty z bliskością czy po prostu pokazuje, że nie czujemy się razem na tyle dobrze, by zachowywać się naturalnie. Jeśli boimy się milczeć w obecności drugiej osoby, to znaczy, że obawiamy się, że coś stracimy, lub źle wypadniemy w jej oczach. W zdrowych i dojrzałych relacjach takie odczucia nie powinny występować. Swoim pacjentom polecam test związku, który polega na byciu w ciszy i odcięciu się od zagłuszających nasze myśli i czucia treści. Wtedy wychodzi na jaw czy przypadkiem te wszystkie atrakcje, jakie sobie fundują nie są zwykłą zasłoną przed bliskością – bo i tak bywa. Na Facebooku są uśmiechniętą i aktywną parą, a tak naprawdę bez całego tego zamieszania czują się nikim. Dlatego można powiedzieć, że cisza jest jakościowym wyznacznikiem naszego związku i warto pracować, by była tym, co czyni go jak najlepszym.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...