Cztery kolory włosów w 7 tygodni. Sprawdzamy czy to możliwe i jak bardzo niszczy włosy

Cztery kolory włosów w 7 tygodni. Fot. Maciej Stanik
Kiedy z blondynki zmieniasz się w szatynkę, znajomi nie poznają cię na ulicy. Kiedy zmieniasz kolor włosów na rudy, budzisz męską wyobraźnię bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Kiedy na twojej głowie pojawia się platynowy blond…cóż.

Pomysł przefarbowania włosów na kilka różnych kolorów przyszedł mi do głowy po przeczytaniu tekstu w internetowym wydaniu ELLE.com. Dziennikarka Cotton Codinha, poddała się zabiegom zmiany koloru w jednym z najlepszych studiów fryzjerskich w Nowym Jorku. Za jej metamorfozę odpowiedzialny był mistrz koloryzacji André Viveiros z salonu NYC Serge Normant John Frieda, ten sam, który wykreował blond Madonny czy Carolyn Bessette. A która z nas, kobiet, nie marzy o tym, by choć na jakiś czas stać się blondynką lub rudą, po prostu inną wersją siebie. Najczęściej to, co nas przed tym powstrzymuje, to lęk jak będziemy w nowej wersji wyglądały i przekonanie, że zniszczymy włosy przez intensywne zabiegi koloryzacyjne.



Dlatego doszłam do wniosku, że takie doświadczenie będzie ciekawie powtórzyć w polskich warunkach. Bo czym innym jest się poddać koloryzacji w NYC (o mój Boże, w Nowym Jorku, gdzie wszystko jest takie światowe!), a czym innym w polskim salonie (to brzmi tak zwyczajnie, prawda?). Ale nie tylko na tym mi zależało. Równie ciekawe wydawało mi się to, jak zmieni się moje postrzeganie w zależności od odcieni na mojej głowie. Wszak nie od dziś wiadomo, że z kolorem włosów nieodłącznie wiążemy pewne cechy charakteru. Przynajmniej stereotypowo.

Kiedy podzieliłam się tym pomysłem w redakcji, koleżanki zgodnie oświadczyły, że jestem wariatką i że skończę z włosami na zapałkę, bo po tak intensywnym traktowaniu farbą, z pewnością po prostu mi wypadną. Cóż, pomyślałam (przynajmniej wy, drogie dziewczyny, będziecie miały z tego jakąś korzyść), i sięgnęłam po telefon, żeby porozmawiać z Sebastianem Rudziewczem, ze Studia Żurawia. To jeden z niewielu fryzjerów, który nie tylko doskonale ścina ale również dobiera kolory. Jeśli więc miałabym komuś powierzyć włosy w tym eksperymencie, to właśnie jemu. Na koniec ważne było dla mnie, żeby powrócić do swojego koloru. Przyjęłam bowiem, że w żadnym innym nie będę czuła się tak dobrze jak w blond.

Z blondynki w tajemniczą szatynkę

Jeśli zazwyczaj kobiety marzą o zmianie koloru, to raczej chcą się stać blondynkami. Trudno mi to zrozumieć. Być może dlatego, że wcale nie uważam, że mężczyznom bardziej podobają się blondynki. Znam przecież tyle zmysłowych szatynek i brunetek. Nie mniej tak właśnie jest. Blondynka kusi seksapilem, pewnego rodzaju trudną do uchwycenia kobiecością i długimi nogami, które nieodłącznie wiązane są z tym kolorem włosów.

Blondynką byłam przez całe życie. Jako dziecko miałam włosy bardzo długie i prawie białe. Te jednak z biegiem lat ściemniały i dziś, aby mieć swój ulubiony odcień w tonacjach chłodno - złocistego blondu, muszę je regularnie farbować. Ale całkiem ciemny kolor? To było dla mnie wyzwanie.

Zazwyczaj wizyta w salonie u Sebastiana wraz z farbowaniem i ścinaniem trwa około 3 godzin. Farbując moje włosy na blond, miksuje ze sobą kilka kolorów i nakłada je naprzemiennie pasmami, po to by uzyskać jak najbardziej naturalny odcień. Tym razem było inaczej. Fryzjer nałożył mi jeden kolor na całe włosy. - Najłatwiej jest włosy przyciemnić, mówi Sebastian. Dlatego od tego zaczynamy, dbając też o to, żeby jak najmniej je zniszczyć podczas całego eksperymentu. Z farbowaniem na ciemno jest trochę tak jak z malowaniem ściany, opowiada. - Znacznie łatwiej nałożyć jest ciemny odcień na jasny, niż na odwrót, dodaje. Zapytany przeze mnie dlaczego nakładamy tylko jeden kolor, odpowiada, że moje włosy były w trzech odcieniach blondu, dzięki czemu nakładając tylko jeden odcień w ciemnej tonacji, uzyskamy efekt 3D. Cała wizyta nie trwa dłużej niż 2 godziny.

Rezultat mnie zachwycił. Nie spodziewałam się tak genialnego koloru. Mocnego, w chłodnym odcieniu. Włosy były błyszczące i miękkie. Patrząc w lustro trudno mi było uwierzyć, że tamta to ja. Wieczorem, bo wtedy skończyliśmy moją metamorfozę, nie dostrzegłam jednak pełnego efektu. Ten zobaczyłam dopiero rano, po nałożeniu makijażu. Moja cera jest blada i cienka, z widocznym naczynkami, które miejscami wyglądają na skórze jak różowe plamy. Ciemny, chłodny kolor włosów zgasił te niedoskonałości, wyciągnął kolor tęczówki tak, że moje oczy nie tyle wydawały się ciemne, ile dosłownie czarne. Tam w lustrze stała kompletnie inna kobieta. Znacznie bardziej zmysłowa i tajemnicza niż blondynka.

Reakcje na zmianę ? Bezcenne. Zmiana była szokująca na tyle, że niektórzy znajomi po prostu mnie nie poznawali, choć ich reakcje były bardzo pozytywne. Niektórzy mężczyźni zaś dopiero wtedy mnie zauważyli, choć podobno tak generalnie lubią blondynki...

Ruda, czyli seks w wielkim mieście

Do ciemnej wersji przyzwyczaiłam się momentalnie. Była dla mnie tak naturalna jak blond, dlatego po dwóch tygodniach żal mi się było z nią rozstać. Ciemny kolor nieco się wypłukał i włosy z orzechowego, ciemnego odcienia stały się kasztanowe. Ten odcień podobał mi się nieco mniej, jednak Sebastian uprzedził mnie, że tak będzie, ponieważ koloryzację zrobiliśmy farbą semi-permanentną, czyli taką bez amoniaku. W tej metodzie koloryzacji farba nie wnika do samego rdzenia włosa, ale tylko częściowo dostaje się pod łuskę. To znacznie mniej uszkadza strukturę włosa, ale przez to szybciej się wypłukuje i nie pokrywa tych siwych. Kolor można jednak utrzymać w świetnej formie stosując specjalistyczne szampony do ciemnych włosów, czy specjalne pianki, które nakładane raz na tydzień pozwalają zachować świeży odcień.

Rudy jest legendarnym kolorem. To rudowłose piękności były obiektem obsesji obdarzonego niezwykłym darem Jana-Baptysty Grenouille'a bohatera "Pachnidła", który mordował je dla ich wyjątkowego zapachu. Podobno statystycznie mają też więcej orgazmów i produkują więcej witaminy D (i jedno, i drugie jest godne pozazdroszczenia). Rude dziewczyny zawsze bardzo mi się podobały, ale siebie w tym kolorze nie mogłam sobie wyobrazić. Wydawało mi się, że czerwono-pomarańczowy odcień kompletnie nie zgra się z moją karnacją, i że nie będę miała się w co ubierać. Kocham kolor czerwony i amarant, świetnie czuję się w czarnym i białym. I o ile te dwa ostatnie wydawały mi się do rudego pasować, o tyle pożegnanie się z różem i czerwienią nawet na jakiś czas, nie specjalnie mi się uśmiechało.

Proces zmiany zaczęliśmy od ściągnięcia ciemnego koloru. Asystentka Sebastiana rozprowadziła po moich włosach płyn rozjaśniający, który lekko ‘sprał’ ciemny kolor, tak by można było nałożyć nowy odcień. Za pierwszym razem nie uzyskaliśmy pożądanego efektu, dlatego proces został powtórzony w sumie dwukrotnie, co zajęło ponad trzy godziny. Po wysuszeniu zobaczyłam, że moje włosy są w kolorze pomarańczowym i mimo że wyglądałam jak Pipi Langstrumpf, to miałam poczucie, że może ten rudy nie będzie taki całkiem zły.

Pytam Sebastiana o to, jak często dokonuje tak spektakularnych zmian podczas jednej wizyty.
– Rzadko, odpowiada. I nie chodzi tylko i wyłącznie o same włosy, ale również o proces, do którego musi dojrzeć klientka. Nie każda jest na tyle odważna, by zdecydować się na mocny i wyrazisty kolor. Faktycznie jest tak, że kobiety chcą zmiany koloru lub długości włosów pod wpływem istotnych wydarzeń w ich życiu. Najczęściej rozstania z facetem. I nie ma znaczenia w jakim są wieku. Po prostu zmiana fryzury jest nie tylko metamorfozą zewnętrzną, ale często mam wrażenie, że przede wszystkim zmianą ich samych. Jakby definiowały się w życiu na nowo, mówi Sebastian. – Polki są też zachowawcze, dodaje. Mają w głowach zakodowane, że pełniąc role społeczne, jak chociażby bycie matką czy menedżerką, pozbawione są możliwości zmiany, dlatego jeśli się już na to zdecydują, zazwyczaj rozkładamy metamorfozę na klika wizyt, tak by same mogły się do niej przyzwyczaić.

Rudy kolor nałożyliśmy w dwóch odcieniach. Ciemniejszy od skóry, tak by grał z moimi tęczówkami i jaśniejszy na pozostałą część włosów. Widząc rozrobione w miseczkach farby trudno mi wywnioskować, jaki będzie finalny efekt. A ten, jak się okazało był spektakularny. Znacznie większy niż przejście z blond na ciemną szatynkę. Sebastian dodatkowo podciął moje włosy, tak by cięcie podkreślało energetyczny kolor. Mocny, miedziano–marchewkowy, najprawdziwszy z rudych. Na początku nie mogłam się przyzwyczaić. W lustrze był ktoś zupełnie obcy, i mimo pierwszego zachwytu, nie bardzo potrafiłam się w nich odnaleźć. Do czasu, a dokładnie do momentu, w którym odwiedziłam jedną z sieciówek i przymierzyłam kilka sukienek w zielonym i stalowym kolorze. To było to! Kolor nagle stał się spójny z całą resztą i przylgnął do mnie jak druga skóra.

Podobnie jak w pierwszym przypadku, tak i tym razem moje włosy były farbowane farbą semi-permanentną, dlatego po ponad tygodniu kolor nieco się wypłukał. Nie był tak intensywny jak na początku, ale stał się jasno-miedziany. Czułam się w tym odcieniu doskonale. Co ciekawe, o ile w pierwszym przypadku w postrzeganiu stałam się bardziej „tajemnicza, niedostępna i kocia”, o tyle rudy kolor zrobił ze mnie sex wampa. Mężczyźni powtarzali: „nie, no w tym kolorze, to naprawdę…” (zawieszony głos i trzy kropki były wyrazem absolutnego uznania). Trudno mi było uwierzyć, że to nie blond jest tym kolorem, który robi na nich największe wrażenie. Całkiem jakby rudy sygnalizował im kotkę na gorącym, blaszanym dachu.

Platynowy blond

Ten kolor chciałam mieć zawsze. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że jest dla mnie stworzony. Uzyskanie pięknej platyny, wychodząc od ciemnych lub rudych włosów jest nie lada sztuką. Wyglądać w nim też nie każdy potrafi. To kolor trudny, który według mnie powinien być dobrany do osobowości. Czekałam więc na ten dzień jak na zbawienie, sądząc, że teraz oto stanie się jasność nad jasnościami.

Pierwszym etapem procesu przechodzenia z rudego na blond było zdjęcie koloru. By nie zniszczyć włosów, Sebastian użył jedynie dwuprocentowej wody utlenionej. – Kosmetyki, które były dostępne na rynku jeszcze jakieś 5 lat temu diametralnie się różniły w porównaniu do tych, które są na rynku teraz. Wszystko zaczęło się parę lat temu od olaplexu – systemu do pielęgnacji włosów, który zapobiega osłabieniu i uwrażliwieniu włosa przy zabiegach każdej koloryzacji, przy dekoloryzacjach oraz trwałych. W tej chwili większość profesjonalnych produktów do włosów zawiera w sobie jakiś ‘plex”. Działanie tego typu substancji polega na wiązaniu mostków dwusiarczkowych we włosach, które są niszczone w procesie farbowania czy trwałej. Dodając tę substancję do rozjaśniacza, farby czy używając preparatów, których jest jednym ze składników, chronimy włosy, zachowując jego jakość, mówi Sebastian. Z resztą same dwuprocentowe wody, których używa się do farbowania działają zupełnie inaczej niż kiedyś. W tej chwili mamy kompletnie inne receptury farb. Każda firma ma oczywiście inne, ale ta nowa jakość powoduje, że dzisiaj używa się do ich rozrobienia wody utlenionej o znacznie mniejszym stężeniu, np. 2%. Dla zobrazowania tej zmiany, jeszcze nie tak dawno, bo 10 lat temu używało się wody o stężeniu 12 czy 40%. Obecnie sześcio- i dwuprocentowych. Tak więc ta różnica jest diametralna, podsumowuje.

Jak się okazuje, proces przechodzenia z rudego na platynowy blond jest wyjątkowo długotrwały. Wszystko po to, by jak najmniej zniszczyć włosy, dlatego w salonie u Sebastiana spędziłam dobre 6 godzin. Efekt, podobnie jak w dwóch poprzednich wypadkach był porażający. Nagle okazało się, że oprawki moich okularów (w jasnym beżowym kolorze) są zbyt ciężkie. Podobnie jak brwi, które musiałam nieco rozjaśnić, tak by nie wyglądały karykaturalnie. O ile przy brązie i rudym nie musiałam zmieniać w zasadzie nic w makijażu, o tyle przy tym kolorze, musiałam zacząć malować się bardzo delikatnie. Platynowy blond, inaczej niż się spodziewałam, nie był miłością od pierwszego wejrzenia. A nawet od drugiego. Minął tydzień, a ja nie mogłam się do niego przyzwyczaić. Był po prostu nie mój, mimo że usłyszałam wiele komplementów.

Co ciekawe, znajomi mieli teraz punkt odniesienia, więc rozgorzały dyskusje, w którym z nich było mi najlepiej. Zdania były podzielone i każdy (na dodatek niepytany), miał potrzebę, by wyrazić swoje zdanie. I tak, dla jednych najlepiej mi było w zimnej czekoladzie, a według innych w blondzie byłam najbardziej drapieżna. Co więcej, ten ostatni plasował mnie również wśród fashionistek i z góry przypisywał mi doskonałe wyczucie stylu (tak, też byłam tym zaskoczona).

Mimo maksymalnie delikatnych stężeń, jakie stosował Sebastian, moje włosy odczuły kolejny już zabieg. Jednak były tak samo mięsiste i grube jak przed nimi. Stały się nieco bardziej suche, przez co zyskały na objętości. Na ten efekt trudno mi było jednak narzekać, ponieważ przy tej ilości włosów jaką mam, była to akurat zaleta. Poza tym dostałam od Sebastiana do domu odżywkę FIBREPLEX no 3, która po tak dotkliwym rozjaśnianiu, dbała o odżywianie moich włosów.

Powrót do korzeni

Podczas ostatniej wizyty mieliśmy się zbliżyć do ideału, czyli koloru, który nosiłam zanim zaczęłam eksperyment. Przyznam, że nie mogłam się doczekać kiedy to nastąpi. Platynowy blond mnie zmęczył i marzyłam, żeby „wrócić do siebie”. Jak się okazało, ten proces trwał najdłużej ze wszystkich, bo prawie 8 godzin, ponieważ włosy poddane taki intensywnym zabiegom wymagały szczególnego traktowania. Sebastian najpierw nakładał mi na odrosty ciemniejszy kolor. Następnie, na każde pasmo kolejne dwa. Pierwszy, ciemniejszy od odrostów do połowy długości włosów. Drugi, jaśniejszy na końcówki. W ten sposób włosy będą wyglądały bardzo naturalnie, trójwymiarowo.

Pytam Sebastiana o sztukę doboru kolorów, bo moje poprzednie doświadczenia były takie, że zazwyczaj fryzjerzy zbyt je rozjaśniali, co średnio grało z moją karnacją. Ale tego dowiedziałam się dopiero wychodząc z nowym kolorem po pierwszej wizycie u Sebastiana. - Dobry kolorysta, to taki, który nie tylko potrafi idealnie dobrać kolor i jego odcień, ale zna również różne palety farb, które umie ze sobą mieszać w taki sposób, by wywołać pożądany efekt. - Wiem, że to brzmi jak truizm, ale na tym to właśnie polega. Na mieszaniu, dodaje. Dobry kolorysta ma również za sobą lata doświadczenia i znajomości włosów. I wie jak z nimi pracować, by przewidzieć jak zareagują na to, co im się zaaplikuje.

Dobry kolorysta powinien również uprzedzić klientkę o konsekwencjach. A mówię o tym dlatego, że do pożądanego koloru można dojść kilkuetapowo, lub jednorazowo. Jednorazowa zmiana, tak jak w twoim przypadku, oznacza dla włosów określone konsekwencje, dlatego zanim przystąpiliśmy do procesu, dokładnie sprawdziłem ich stan, chcąc być pewnym, że zniosą to w miarę możliwości łagodnie. O włosy po intensywnych zabiegach koloryzacjach trzeba też inaczej dbać, stosując profesjonalne odżywki czy szampony, które pozwolą im się szybko zregenerować, utrzymując jednocześnie kolor. To z kolei pociąga za sobą dodatkowe koszty, na które klientka musi być przygotowana. Nie sztuką jest bowiem zafarbowanie włosów, ale również utrzymanie ich w tym stanie do kolejnego farbowania, podsumowuje.

Kiedy weszłam do domu, po ostatniej wizycie, nikt nie zauważył, że z platynowej blondynki wróciłam do naturalnego koloru swoich włosów. Było to tak oczywiste, że aż nie wymagające uwagi. Na powrót stałam się sobą, co nie oznacza, że mniej atrakcyjną w oczach innych.

Codziennie inny kolor

Włosy są jednym z ważniejszych środków wyrazu tego, kim jesteśmy. Są archetypem kobiecości i dla każdej z nas sposobem na autokreację. Czy tego chcemy czy nie, do koloru jaki nosimy, z góry przypisywane są cechy charakteru, których nawet jeśli nie jesteśmy posiadaczkami, wpływają na wyobraźnię i postrzeganie nas przez otoczenie.

Gdybym dzisiaj, z perspektywy czasu, miała wybrać kolor, który chciałabym ponownie zobaczyć na swoich włosach, z pewnością byłby to rudy. W drugiej kolejności gorzka czekolada w zimnym odcieniu. W dużej mierze to kwestia emocji, które wiążą się z ‘noszeniem’ tych kolorów niż z racjonalnym uzasadnieniem, w stylu „w ciemnych włosach jest mi bardziej do twarzy”. Rudy dawał mi poczucie swobody, jakiejś ekstra dawki energii i budził żywe reakcje wśród znajomych. Obcy mężczyźni wyławiali mnie z tłumu, całkiem jakby płomienny odcień sygnalizował „tu jestem, popatrz na mnie”. Nie spotkało mnie to nigdy dotąd jako blondynki. Z kolei ciemne włosy dodawały mi powagi i tajemniczości. Trochę jakbym ukrywała się za nimi. To przedziwne uczucie, kiedy ni stąd, ni zowąd czujesz się jak femme fatale tylko dlatego, że zmieniłaś kolor włosów. Z kolei, biały blond wyostrzył mnie. Miałam ochotę bardziej niż kiedykolwiek nosić skórę, trampki i zdjąć okulary.

Na koniec warto wspomnieć również o tym, że te cztery zabiegi w tak krótkim czasie z pewnością nieco osłabiły moje włosy, jednakże pojedynczy zabieg, nawet tak diametralnej zmiany koloru, nie wpłynął na nie praktycznie w żaden sposób. To przede wszystkim zasługa Sebastiana i jego umiejętności doboru zarówno farb jak i odżywek dzięki, którym mogłam dbać o włosy w domu.

Gdyby to tylko było możliwe, chciałabym codziennie dobierać sobie fryzurę i kolor włosów, tak jak robię to z perfumami.. W zależności od nastroju, pory roku czy po prostu pogody. To było świetne doświadczenie, które uświadomiło mi, że kolor włosów nie jest cechą immanentną i może być, a właściwie powinien być narzędziem, które poprawia nam samopoczucie. Jeśli więc od dawna marzycie o zmianie koloru, po prostu zróbcie to. Nic nie poprawi wam humoru tak skutecznie jak nowe, piękne włosy.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...