Ta relacja jest najważniejsza dla twojego szczęścia. Budujesz ją od urodzenia

Jeśli czasem zastanawiasz się czy to ty jesteś chory, czy to świat zwariował, ten tekst jest dla ciebie. O tym, kim jest człowiek zdrowy psychicznie, jak zachować równowagę i dlaczego dojrzałość jest kluczową cechą dla bycia szczęśliwym człowiekiem rozmawiamy z Mieczysławem Jaskulskim, psychoterapeutą Laboratorium Psychoedukacji.

Na wstępie powinniśmy ustalić definicję "osoby zdrowej psychicznie".



W moim odczuciu lepiej będzie nazywać osobę reagującą w sposób nietoksyczny dla siebie i innych na wszelkie okoliczności życiowe po prostu "dojrzałą". Każde zaburzenie czy ułomności emocjonalne wynikają z faktu, że któryś z procesów dojrzewania się nie domknął. Nawet w diagnozowaniu psychiatrycznym nie określa się czy ktoś jest zdrowy, czy nie. To zawsze oceny opisowe i analizy tego, co przeszkadza danej osobie w byciu szczęśliwym człowiekiem.

Co w takim razie obowiązkowo musi znaleźć się w opisie osoby dojrzałej?

Pierwsze, na co zwróciłbym uwagę przy tego typu diagnozie, to czy dana osoba potrafi odróżnić iluzję od rzeczywistości, czy wie, co jest prawdą, a co fikcją.

Ma pan na myśli zaburzenia natury psychotycznej?

Przede wszystkim tak, ale nie tylko. Subtelniejszym rodzajem zaburzeń poznawczych jest problem z interpretacją wydarzeń. Często zdarza się, że wyjątkowo nietrafnie interpretujemy zachowania innych ludzi, nie dając się przekonać, że rzeczywistość była inna niż ją zarejestrowaliśmy. Na przykład podczas kłótni z partnerem – ona czuje się atakowana, ma poczucie, że partner na nią nakrzyczał i obwinił za wszystko. On myśli o tej wymianie zdań dokładnie w ten sam sposób, tylko w drugą stronę. W ten sposób oboje mają zupełnie odwrotny obraz tej samej sytuacji, a zapytani o swoje intencje odpowiadają, że "chcieli dobrze". Tak być nie powinno.

Co poszło nie tak?

Jedna z dwóch rzeczy: albo siadła komunikacja i rzeczywiście obwinili się wzajemnie w słowach, choć nie mieli takich zamiarów – to wiedzą tylko oni sami, albo nie potrafią wziąć poprawki, że w swych odczuciach mogą się mylić.

Czy to znaczy, że nie powinniśmy ufać swoim uczuciom?

Wręcz przeciwnie, ale proszę zauważyć, że zaufanie nigdy nie jest bezpodstawne. Ufamy, bo nigdy się nie zawiedliśmy, a zatem najpierw prowadziliśmy obserwacje czy warto ufać – to po pierwsze. A po drugie – gdy dzieje się coś złego np. w naszym związku zazwyczaj nie ufamy w ciemno, tylko analizujemy okoliczności, różne scenariusze. Z samym sobą też warto postępować w ten sposób – zanim zawierzymy na sto procent np. poczuciu skrzywdzenia po kłótni, która została zupełnie inaczej zinterpretowana przez naszego partnera, warto spojrzeć na sytuację i wspomniane uczucie oczami trzeciej osoby i dobrze byłoby, gdyby była to osoba jak najbardziej obiektywna, łagodna, ale czujna. Dzięki temu mamy możliwość zastanowić się czy nasza emocjonalna reakcja jest na pewno słuszna. Czy aby nie mamy na oczach klapek, które uniemożliwiają nam dostrzeżenie szerszego kontekstu.

Czy klapki, o których pan mówi to "filtry" naszych przeżyć, doświadczeń, uprzedzeń i myśli? Zdaje się, że każda nasza reakcja na świat to komunikat "przefiltrowany".

Tak, i tego nikt z nas nie uniknie. Umiejętność oceniania rzeczywistości wymaga jednak świadomości, że takie "filtry" istnieją i mogą nas zmylić. Prowadzenie automonitoringu to konieczność do zachowania kontaktu ze światem i trafnego interpretowania rzeczywistości, a tym samym do bycia dojrzałym, niezaburzonym człowiekiem. Oczywiście zdarza się, że np. w konflikcie, choć nie padają słowa "to twoja wina", czujemy się oskarżeni i mamy rację. Jednak ta intuicja to wynik empatii i kontaktu z sobą samym, a ocenianie świata bezrefleksyjnie wyłącznie przez pryzmat własnych doświadczeń to droga w drugą stronę.

A co ze wspomnianą komunikacją?

Dojrzały człowiek komunikuje się raczej bezpośrednio, jednak potrafi wyczuć, kiedy na co może sobie pozwolić. Wie jak pozostać sobą, a jednocześnie nikogo nie zranić. Na tym opiera się asertywność, która z kolei jest wielkim uproszczeniem bycia dojrzałym człowiekiem. W podanym przykładzie pary, która inaczej interpretuje to samo zdarzenie mogło dojść również do sytuacji, w której jedno drugiemu mówiło rzeczy, których nie myśli i nie czuje tylko po to, by go ukarać, czy zranić, lub po prostu, pod wpływem impulsu. I to również jest normalne, pod warunkiem, że zdajemy sobie z tego sprawę i gdy emocje opadną potrafimy odróżnić to, co mówiliśmy pod wpływem gniewu czy poczucia krzywdzenia, od tego, co naprawdę myślimy. Tak znów "lądujemy" na umiejętności automonitoringu.

A czy równie świadomie jak samoobserwację można wykorzystywać swoje fantazje i kreację fikcji? Kilka miesięcy temu dyskutowano o wizualizacji Łukasza Jakóbiaka, w której pomieszał fikcję z rzeczywistością, by spełniło się jego marzenie.

Z fantazji lepiej czytać jak ze snów, ukrytych jest tam bowiem cały szereg symboli o tym, co nas dotyczy i sygnałów z podświadomości. To przyniesie nam o wiele więcej korzyści niż kreacja fantazji po to, by zbliżyć się do celu. Chyba że traktujemy to na zasadzie wzmagania motywacji do działania. Wówczas to faktycznie działa – kierowani silniejszą potrzebą, bardziej się staramy. Jeśli jednak liczymy, że od wyobrażeń wszystko wydarzy się samo, możemy się poważnie zawieść.

Wracając do asertywności, czy można powiedzieć, że człowiek dojrzały zawsze jest szczery?

Nie do końca. Szczerość jest niepsychologicznym pojęciem. Bycie zupełnie szczerym z punktu widzenia psychoterapeuty kojarzy się z dziecięcą cechą mówienia wszystkiego wszystkim na około. Szczerość zdrowej osoby dojrzałej polega na reagowaniu zgodnie z sobą samym.

Czyli dojrzały, niezaburzony człowiek może kłamać?

Kłamstwo rzecz ludzka, jednak wszystko zależy od okoliczności. To jednak dziecięcy mechanizm obronny. Dojrzały człowiek potrafi powiedzieć prawdę, ale to nie oznacza, że kłamstwo zawsze jest ucieczką. Jeśli uciekamy w kłamstwo świadomie, jeśli kłamiemy nie w celu manipulacji, lecz np. w ten sposób wybieramy mniejsze zło, to nie jest to świadectwem naszej niedojrzałości czy zaburzenia.

Kiedy myśli się o osobie niezaburzonej, dojrzałej ma się przed oczami człowieka, który nie wstydzi się tego kim jest, nie czuje skrępowania w różnych okolicznościach życiowych, nie musi nikogo udawać, by czuć się dobrze.

Ze wstydem i udawaniem dobrze pani trafiła. Ze skrępowaniem nie do końca. To normalne, że bywają okoliczności, których nie czujemy się dobrze – np. w obecności osób, których nie lubimy. Bycie autentycznym to tak naprawdę bycie ze sobą w kontakcie i respektowanie sygnałów z własnego wnętrza. Jest to również kolejny profit z wspomnianej samoobserwacji. Wśród cech osoby niezaburzonej wysoką pozycję zajmuje też kręgosłup moralny, sumienie, z którym jesteśmy w stałym kontakcie. Jeśli kłamiemy kiedy tylko mamy okazję, kłamiemy by tuszować swoje błędy, niedoskonałości, świadczy to o kłopotach z samoakceptacją. Dojrzały człowiek potrafi nad sobą pracować, pod wpływem wyrzutów sumienia wyciągać wnioski i wybaczać błędy, zarówno sobie, jak i innym.

Słuchanie własnego sumienia, umiejętność wybaczania, samodoskonalenie... Sporo cech świadczących o religijności w naszym obrazie człowieka dojrzałego.

Mógłbym wymienić ich jeszcze więcej. Zrównoważony, dojrzały człowiek nie czuje zawiści, która w odróżnieniu od zazdrości jest przekuwaniem jej w silną niechęć do drugiej osoby, panuje nad swoimi odruchami i "nie zabija" nawet jeśli z wściekłości czuje, że mógłby... Co więcej, pogłębianie życia duchowego to potrzeba osób dojrzałych. O ile dzieciom wystarcza porządkowanie świata przez rodziców, o tyle dorośli muszą poszukiwać odpowiedzi na przeróżne trudne pytania. Duchowość może pomagać w rozstrzyganiu tego typu dylematów, jednak nie jest to zasługa religii, lecz naszej dojrzałości.

Co to znaczy?

Często zdarza się, że osoby zastępują religią dojrzałość. Sztukują swoje dylematy, brak własnego zdania czy wglądu we własne wnętrze, cytatami z Biblii, czy Koranu. Narzucają sobie kodeks, bo nie mają swojego, lub został im on narzucony mimo ich woli. Szukają siebie w religijnych dogmatach, zamiast na podstawie własnych przeżyć i przemyśleń kształtować swój światopogląd. Oczywiście nie twierdzę, że czytanie Biblii nie skłania do autorefleksji, wręcz przeciwnie, ale żeby tak mogło być, trzeba być dojrzałym. I koło się zamyka. Wartości osoby dojrzałej powinny wynikać z jej wewnętrznego kodeksu moralnego, a nie np. strachu przed karą. Wszystko zależy od tego, do czego religii używamy – jeśli do wzbogacenia siebie to znaczy, że jesteśmy dojrzali. Jeśli do grożenia palcem innym ludziom czy demonstrowania czegokolwiek to znaczy, że nasza religijność nie ma nic wspólnego z autorefleksją, dojrzałością, a nawet duchowością.

Ośmielę się zatem stwierdzić, że zastępowanie "swojego" kodeksu jakąkolwiek ideologią jest przejawem niedojrzałości.

O tak.

Czy antysemici mogą być zrównoważeni i dojrzali?

Nazwałbym to rodzajem fobii społecznych, kiedy w obcych ludziach umieszcza się własne lęki i dotyczy to wszystkich odmian ksenofobii. Ustalmy jasno – można się zagubić np. w ideologicznych rozważaniach nad definicją patriotyzmu, ale odbieranie ludziom prawa głosu, pozbawianie ich szacunku tylko dlatego, że mają inny kolor skóry, są innego wyznania czy innej narodowości jest przejawem zaburzenia psychicznego. Przecież nikt z nas nie ma żadnego wpływu na to z jakim kolorem skóry i w jakim kraju się rodzi. Złe traktowanie osób innych niż sami jesteśmy jest pozbawione logicznych fundamentów. Człowiek, do którego nie docierają tak proste argumenty ma zablokowane funkcje poznawcze. Dojrzałe osoby rozumieją funkcjonowanie świata, mają w sobie otwartość na odmienność i wiedzą, że nie ma jednej prawdy oraz, że sami mogą się mylić. Bez tego uniemożliwiona jest podstawowa komunikacja. To jest cecha charakterystyczna dla opisanych przeze mnie wcześniej osób fałszywie religijnych – tak głębokie, że aż oślepiające przekonanie o swojej racji.

Całkiem niedawno wywiązała się dyskusja, w której udział brał prof. de Barbaro, o tym, na ile terapeuta musi tolerować poglądy swoich pacjentów. Trudno pomóc osobie, która uważa swoje poglądy za jedyną prawdę. To tak, jakby schizofrenik nie dał się przekonać, że żyje w świecie fantazji, a człowiek w głębokiej depresji, że istnieje jasna strona życia. Jeśli nie pozwolą sobie na wątpliwości, nie mają szans na wyzdrowienie. Tym samym, nikt kto narzuca innym swoje poglądy i nie chce słuchać strony przeciwnej, nie jest dojrzały.

Wszystko, co pan powiedział skojarzyło mi się z poczynaniem naszego rządu... Na przykład cała sprawa polityki antyaborcyjnej. Gdyby rząd był osobą, która narzucałaby wszystkim kobietom w kraju, że mają rodzić niechciane dzieci byłby fanatykiem i terrorystą?

Tak, ale porównanie rządu do człowieka nie jest do końca obiektywne. Ostatecznie rząd jest wybraną w wyborach demokratycznych grupą, która jednak pod wpływem sprzeciwów nie zdecydowała się tych praw kobietom ograniczyć. Dopóki politycy partii rządzącej "mieszczą się" w swoich poczynaniach w granicach prawa, nie możemy im zarzucić terroryzmu i fanatyzmu.

A co z emocjonalną niechęcią, jaką czujemy do osób, które mają skrajnie odmienne poglądy od naszych? To wydaje mi się jednak dość naturalne...

Bo jest naturalne. O tym, czy jesteśmy zaburzeni świadczy to, co z tą niechęcią zrobimy. Jeśli czujemy niechęć do antysemitów, rasistów czy faszystów z całą pewnością wszystko z nami w porządku, jednak nie możemy zamieniać się w nich samych i głosić haseł o tym, że wszyscy ludzie o tego typu poglądach powinni zniknąć. Furtka dialogu zawsze powinna być otwarta. Mechanizm dojrzałości polega na tym, że nie myślimy w kategoriach "co złego to nie ja", bo świadczy on tylko o tym, że nie potrafimy brać odpowiedzialności za siebie. Obecnie przeciwnicy partii rządzącej – zarówno polityczni, jak i dziennikarze czy publicyści – wpadają w niebezpieczne skrajności i pod względem niedojrzałości stają na równi z przeciwnikiem.

Czyli człowiek niezaburzony ma do siebie dystans. Dobrze to rozumiem?

Jak najbardziej.

A jak ten dystans ma się do faktu, o którym wspomniał pan na początku – że powinniśmy poważnie traktować nasze sny, fantazje i wszelkie informacje ze swojego wnętrza?

Umiejętność żartowania z siebie powinna być jednym z wielu mechanizmów obronnych, jakimi dysponujemy. Znów chodzi o równowagę i elastyczność – jeśli usztywnimy się w jednym rodzaju reagowania np. na uwagi na swój temat i będzie to autoironia, w końcu zaczniemy siebie krzywdzić, bo ironia może być objawem agresji. A jeśli zupełnie nie potrafimy zdobyć się na dowcip na temat własnych słabości to może świadczyć o przewrażliwieniu. Najlepiej porównać to do skeczu kabaretowego – średnio zabawne są żarty, które nie opierają się na głębszej refleksji. Świadczą raczej o bezmyślności tych, których to bawi. Podobnie jest w życiu – jeśli wszystko obracamy w żart, nie potrafimy potraktować komunikatów bardziej serio, świadczy to o jakichś barierach komunikacyjnych z samym sobą. Najlepsze skecze i najefektywniejszy bilans między dystansem do siebie a traktowaniem się poważnie to śmiech refleksyjny, żart, za którym stoi mądrość.

Zdaje się, że często bolą nas żarty dotyczące naszego wieku. Niby się uśmiechamy, a jednak wolelibyśmy w dniu urodzin nie pamiętać ile wiosen za nami.

No cóż, dojrzały człowiek jest pogodzony z upływem czasu i identyfikuje się ze swoją metryką. Choć trudno jest określić, co to właściwie znaczy być 30- czy 50-latką, to jeśli ktoś ma poczucie, że cyfry na kartce urodzinowej należy się wstydzić to znaczy, że są w nim jakieś niespójności. Że ocenia siebie przez pryzmat tego, ile ma lat, nie dając sobie przyzwolenia na przeżywanie adekwatnych do wieku emocji czy zdarzeń. To kolejne cechy osób dojrzałych – umiejętność przeżywania emocji trudnych w sposób ciągły. Można to porównać do działania windy – zepsuta nie jeździ wcale, albo szarpie lub spada. Sprawna zaś jeździ w tym samym tempie i zatrzymuje się na wszystkich piętrach. Piętra niech będą w tej metaforze poszczególnymi fazami przeżywania konkretnych uczuć, np. żałoby. Człowiek dojrzały w jednostajnym tempie przeżyje wszystkie jej etapy, zaburzony zaś albo zawiesi się na jednym uczuciu, albo wpadnie w huśtawkę emocjonalną. Niezdrowym zachowaniem będzie też wypieranie. Uczucia nie znikają. Między innymi dlatego lepiej jest dać się dziecku wypłakać i pozłościć niż powtarzać, że nic się nie stało i nie ma powodu do płaczu.

Pytanie czy "zawieszenie się" nie będzie w niektórych okolicznościach reakcją naturalną. Wydaje mi się, że bywają w życiu okoliczności, w których głęboka depresja będzie "na miejscu". Jestem mamą i w tych kategoriach myślę np. o śmierci własnego dziecka.

Myślenie "co by było gdyby" zawsze jest dalekie od tego, jak reagujemy, kiedy już dzieje się to najgorsze. Ale oczywiście, ma pani rację. Człowiek niezaburzony, dojrzały nie musi wszystkiego wytrzymać. Nawet nie powinien. Podany przez panią przykład to sytuacja, której nie da się znieść nie wpadając w skrajności. Nawet jeśli zmagamy się z poczuciem braku sensu życia i myślami samobójczymi to w tych okolicznościach nie jesteśmy wariatami. W kontekście życiowej tragedii normalne są też objawy nerwicowe oraz lęki. Kluczowe dla dojrzałości emocjonalnej i równowagi psychicznej będzie w tym wypadku umiejętność pozwolenia sobie na wszystkie te przykrości, akceptowanie ich i rozumienie. To będzie zdrowa reakcja, dzięki której jest spora szansa, że nawet po wieloletniej depresji podniesiemy się, jednak podejmiemy rękawice i zawalczymy o siebie. Nawet jeśli życie już nigdy nie będzie takie samo. W ten sposób doszliśmy do najważniejszej z ważnych cechy człowieka dojrzałego, bez której równowaga emocjonalna nie jest możliwa – do miłości do siebie samego, którą w kontekście wychodzenia z depresji można rozumieć jako instynkt przetrwania.

A czy istotą depresji nie jest przypadkiem zatracenie tego instynktu?

Tak, jednak na szczęście jest to proces i często okazuje się, że nie jest za późno. Nawet myśli samobójcze nie muszą świadczyć o tym, że utraciliśmy miłość do samego siebie. Ona może być stłumiona przez negatywne przekonania na swój temat, pretensje czy wyrzuty sumienia, ale tli się naprawdę długo i dopóki jest iskra, możemy wskrzesić w sobie chęć do życia.

Czym prócz niedojrzałością i depresją może skutkować utrata miłości do siebie?

Między innymi zapiekleniem się w nienawiści do świata i ludzi, o którym również rozmawialiśmy. Często ci najbardziej agresywni wobec otoczenia, są tacy, by zagłuszyć cierpienie i nie kierować tych emocji na siebie. Ale dobra wiadomość jest taka, że cień poprawnej relacji z samym sobą jest fundamentem, na którym można obudować wszystkie stracone wartości człowieka dojrzałego. Relacja z samym sobą przypomina relację z innymi ludźmi. Można mieć do siebie pretensje, można siebie zawodzić, ale ostatecznie umieć się ze sobą dogadać. Każda relacja, i ta ze sobą, i te z innymi ludźmi, powinny być też bezinteresowne. Nawet jeśli jesteśmy zapiekłymi nazistami, a gdzieś w nas tli się jeszcze ciepło do nas samych, jest szansa, że coś do nas dotrze. Na bazie rozbudzania w sobie zaufania i miłości do siebie wychodzi się nie tylko z depresji, ale również uzależnień. A jak na pewno pani słyszała – te historie o mentalnych metamorfozach potrafią być naprawdę niezwykłe. Jestem pełny wiary, że w życiu każdego nawet najbardziej zagubionego i odciętego od siebie człowieka może zdarzyć się coś, co spowoduje, że wróci on na drogę otwartości, tolerancji i bliskości z samym sobą. Ostatecznie, bycie człowiekiem dojrzałym i zrównoważonym równa się bycie po prostu szczęśliwym.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...