Z okazji Nocy Kupały przypominamy najciekawsze postaci demonologii słowiańskiej, nie mniej barwne niż greccy bogowie

Obraz Simona Leonidovitcha Kozhina, współczesnego malarza rosyjskiego, przedstawiający obchody Nocy Kupały Wikimedia Commons CC BY-SA 3.0
Przez kilka ostatnich lat przewartościowaliśmy swoje podejście do kultury ludowej. Zainteresowanie folklorem z nieszkodliwego dziwactwa nastoletnich fanów fantasy i studentek etnografii zaliczyło kilka nieśmiałych prób wejścia do mainstreamu. Nie bez znaczenia był tu projekt Równonoc, którego twarzami stali się Cleo i Donatan, ale także sukces gry Wiedźmin, odtwarzającej środkowoeuropejskie krajobrazy i demony. Opowiadamy o wierzeniach naszych przodków, o których nie uczą w szkole.

Wersja historii, poznawana w ramach programu obowiązkowego w polskich szkołach jest następująca – jest rok 966, Mieszko I przyjmuje chrzest. Zaczyna się wielka historia Polski, przedmurza chrześcijańskiej Europy zarządzanego przez Matkę Boską. Tymczasem zmiany w wierzeniach postępują zawsze najwolniej. Są nie tyle kwestią edukacji, co pokonania lęku.



Jeśli wyrasta się w przekonaniu, że podczas burzy niedostatecznie ułaskawiony gromowładny może pozbawić rodzinę całego dobytku, nie dziwi, że argument z rodzaju „to tylko zabobon”, zwłaszcza przy braku wyjaśnienia naukowego, nie wydaje się dostateczny. Niektóre prasłowiańskie wierzenia utrzymały się na terenie Polski aż do XVII czy nawet XX wieku, ich ślady można wciąż znaleźć w języku, a także w wielu schrystianizowanych zwyczajach.

Tajemnica czerwonej tasiemki

Szczególne miejsce w słowiańskich wierzeniach zajmują demony, towarzysze życia codziennego zasiedlający tłumnie lasy, bagna i obejścia. Te istoty nie należeli jak bogowie do sfera sacrum, stąd ich często karykaturalne wyobrażenia. To przede wszystkim dusze zmarłych – najczęściej nieszczęśliwych kobiet lub nieochrzczonych dzieci.

Dziwożona, kojarzona z tytułem wiersza Leśmiana, a przez wnikliwych czytelników „Harry’ego Pottera” także z tłumaczenia Polkowskiego to demon, którego działaniem tłumaczono narodziny dzieci niepełnosprawnych czy dysmorficznych. Jest także znana pod imieniem Mamuna, pochodzącym prawdopodobnie od czasownika „mamić”. Dziwożony miały być kobietami zmarłymi w trakcie ciąży albo w połogu, które po śmierci zamieszkiwały brzegi jezior.

W nocy podkradały się do domów i podmieniały dopiero co narodzone dzieci na swoje szkaradne potomstwo. Żeby odzyskać zdrowe niemowlę należało porzucić w lesie zostawionego przez Mamunę odmieńca. Jego płacz miał obudzić w niej matczyne uczucia i sprawić, że zaczynała uspokajać swojego szkaradnego potomka, a na jego miejscu zostawiała porwane dziecko.

Utrapienie pracujących na prowincji lekarzy – zwyczaj wiązania na nadgarstkach dzieci czerwonych tasiemek to pokłosie wiary w tego demona. Choć na forach dla matek można przeczytać, że wstążka ma uchronić przed „urokiem” oraz zapewnienia z rodzaju „ja osobiście w to nie wierzę, ale, jak to mówią, przezorny zawsze ubezpieczony” początki tego zwyczaju łączą się właśnie ze strachem przed porwaniem potomka przez Mamunę. Według ludowych wyobrażeń Dziwożony były szkaradnymi, starymi kobietami, o długich, brudnych włosach. Noce spędzały na praniu bielizny przy pomocy obwisłych, sięgających niemal kolan piersi. Jeśli nocny wędrowiec zakłócił spokój piorącej Mamuny dokonywał żywota już w jeziorze.

Demon udaru

Dość oryginalnym, bo pojawiającym się w dzień, demonem jest Południca, świetnie znana amatorom gry Wiedźmin. Strach przed Południcą chronił przed udarami słonecznym, zgodnie z wierzeniami miała bowiem atakować pracujących na roli kiedy słońce jest w zenicie. Zamieniały się w nie dziewczyny zmarłe na krótko przed ślubem. Uchronić przed nią mogło zejście z pola lub prędkie skrycie się w cieniu drzewa. Innym sposobem było rozwiązanie zagadki demona.

Południca zabijała swe ofiary przy pomocy sierpa, zaś znakiem, że się zbliża były poruszające się w bezwietrzny dzień kłosy. Ludzie wyobrażali ją sobie jako płowowłosą pannę w bieli, czasem też jako kościotrupa. Co ciekawe, jej imię przetrwało w pamięci wielu osób do naszych czasów. Użytkownicy forów poświęconych wierzeniom słowiańskim z rozrzewnieniem wspominają wakacje na wsi podczas których babcie wołała do domu przestrzegając przed Południcą właśnie.

Demony słowiańskie to jednak nie tylko krwiożercze kobiety, ale też takie dziwolągi jak Kłobuk, stwór przydatny nie mniej niż tara do prania. Przyprowadzał do obejścia zagubionych domowników, ale przede wszystkim pomnażał majątek gospodarza, a że najczęściej podbierając dobytek sąsiadom, cóż…Jeśli ktoś potrzebował usług Kłobuka mógł go schwytać lub wyhodować.

Kiedy zaczynało padać należało wypatrywać przez okno mokrej kury lub czarnego kota, a następnie zaprosić zwierzę do izby i nakarmić. Jeśli mimo ciągłego dokarmiania mokrych zasoby spichlerza nie powiększały się pod osłoną nocy, można było spróbować pewniejszej metody na własnego Kłobuka. Wystarczyło zakopać martwy płód lub nieochrzczone niemowle pod progiem domu. Po siedmiu dniach (ale czasem miesiącach lub nawet latach) dusza dziecka domagała się od gospodarzy sakramentu, który pozwoliłby jej odejść w spokoju. Żeby Kłobuk został w obejściu na nasze usługi chrztu należało mu kategorycznie odmówić.

Wiara w chrzest zapewniający spokój w życiu pozagrobowym nie kłóciła się w pojęciu naszych przodków z zakopywaniem przed domem martwych płodów. Jeśli ktoś chciał pozbyć się zadomowionego już demona, musiał liczyć się z tym, że wraz z jego odejściem zapasy zamienią się w łajno.

Do licha z latawicą!

Osoby starszej daty nie mają problemu z podaniem synonimu do słowa latawica. To odrobinę archaiczne określenie, pierwotnie nie oznaczało kobiety rozwiązłej, lecz było imieniem demona z wierzeń ludowych. A właściwie dwóch demonów – Latawca i Latawicy, różniących się rzecz jasna płcią. Rzekomo były to dusze dzieci nienarodzonych skazanych na wieczny taniec na wietrze. Początkowo uważano, że Latawice przyjmują postać czarnych ptaków szybujących w porywistym wietrze, giną natomiast podczas burz rażone piorunami.

Z czasem wyobrażenie ewoluowało i demony stały się podniebnymi kusicielami. Gdy Latawiec widział stateczną mężatkę lub młodą dziewczynę zlatywał do niej pod postacią urodziwego młodzieńca i budził w niej niemożliwe do zaspokojenia pożądanie seksualne. Po takim spotkaniu kobieta przestawała interesować się życiem codziennym, stawała się małomówna i myślała wciąż o widziadle. Te wierzenia pomagały prawdopodobnie wytłumaczyć stan oderwania od rzeczywistości towarzyszący zakochaniu. Ludziom współczesnym żywiołem kojarzącym się z pożądaniem jest raczej ogień, jednak archaiczne skojarzenie z powietrzem nie jest w kulturze odosobnione. Właśnie na wieczne smaganie wiatrem skazał Dante osoby, które nie powstrzymały chuci.

Wyobrażenia o Latawcach i Latawicach mają też zaskakująco wiele wspólnego z obrazami aniołów – nieziemsko pięknych i schodzących do człowieka z przestworzy. Według niektórych podań Latawce były, tak jak anioły, pozbawione płci (forma, którą przybierały miała jedynie pomóc uwieść spotkanego człowieka).

Do licha, pal licho czy licho nie śpi – sprawiają, że licho otwiera peleton najpowszechniej kojarzonych demonów polskich. Choć zazwyczaj nie przykładamy do tych wyrażeń większej wagi, orientujemy się, że to stwór mały a złośliwy. Postać Licha służyła wyjaśnieniu wszelkich przeciwności losu i przykrości – od skwaśnienia niespodziewanie mleka, poprzez nieurodzaj aż po choroby domowników.

Nie był to często widywany przez Słowian demon, stąd też rzadko opisywano jego wygląda. Licho do pewnego stopnia nauczało naszych przodków stoicyzmu – wedle wierzeń nie dało się go przebłagać darami ani wypędzić. Żeby zniknęło zamiast lamentować, należało cierpliwie czekać aż zdecyduje się odejść, a zły los się odwróci.

Maryja, królowa Słowian

Z panteonu archaicznych słowiańskich bogów na szczególną uwagę zasługuje postać Marzanny (występującej też pod wieloma innymi imionami), czczonej również na terenach obecnych Czech i Słowacji. To jedno z ważniejszych słowiańskich bóstw kobiecych bliskie wyobrażeniom o archaicznej Wielkiej Bogini, pojawiającej się w większości wierzeń. Marzanna była jednocześnie boginią życia i śmierci – jako wyobrażenie płodnej Matki Ziemi jednocześnie rodziła nowy plon, którym karmiła swoje dzieci, a potem przyjmowała do swojego wnętrza ciała zmarłych.

Mimo że palenia czy niszczenia, a następnie wrzucania do wody Marzanny nie jest powszechnie kultywowane w ramach innych, niż festyny ludowe, ale to zwyczaj powszechnie znany w Polsce. Choć dziś postrzegamy go jako niewinną ciekawostkę i atrakcję dla najmłodszych, dla naszych przodków miał wielkie znaczenie.

Niszczenie i topienie Marzanny nie było bestialskim mordem personifikacji zimy, jak zwykliśmy uważać, ale pogańskim przebóstwieniem na miarę „z wina w krew”. Kukła tradycyjnie była wykonywana z diducha, czyli ostatniego snopka zboża rytualnie ścinanego i ustawianego w kącie chaty. Rozrywanie kukły ze snopka dodatkowo podkreślało przemianę – oto stare zboże było niszczone, ale jednocześnie zapładniało ziemię dając nowy początek cyklowi przyrody. Marzanna odradzała się też dzięki wodzie. Powracała jako swoje młode wcielenie – Dziewanna.

Odmładzające właściwości wody, to wierzenie silnie zakorzenione na wszystkich ziemiach słowiańskich. Z okazji różnych świąt starsze kobiety kąpały się przed wschodem słońca nago w strumieniach i jeziorach w nadziei na odmładzające upiększające działanie wody, która miała odjąć im lat. Podobnie miała podziałać ona na boginię Marzannę, która mogła odrodzić się ni to jako swoja córka ni młodsza wersja.

Pogłosów tych wierzeń uczeni dopatrują się nawet w trudnym do wytłumaczenia jedynie na kanwie religii kulcie częstochowskiej Czarnej Madonny. Rysy na policzku, które zgodnie z powtarzaną na lekcjach religii historyjką miały być pozostałością po oblężeniu sanktuarium przez Szwedów pojawiają się na wielu wyobrażeniach Matki Boskiej stworzonych w regionie w tamtym okresie. Prawdopodobnie charakterystyczne zadrapania były nawiązaniem do obrzędowego rozrywania Marzanny, które pozwalało się jej odrodzić.

Przypadek? Nie sądzę

Kościół doskonale zdawał sobie sprawę, że włączenie słowiańskich wierzeń do oficjalnych obrzędów religijnych jest najszybszym sposobem na sprawienie, że ludzie zapomną o dawnych bóstwach. Takie święta jak Matka Boska Gromniczna, Matka Boska Zielna czy Matka Boska Roztworna są dość jawnie pogańskie. Mało znane święto Matki Boskiej Roztwornej przypadające na 25 marca i podciągnięte w kalendarzu liturgicznym pod Zwiastowanie Najświętszej Marii Dziewicy już samą nazwą zdradza swój pogański charakter. „Roztworna” oznacza tu tyle co otwarta (w domyśle ziemia otwarta na zapłodnienie plonami, ale też Maryja gotowa po zwiastowaniu na niepokalane poczęcie).

Wydaje się niesłychane, żeby matka Jezusa miała tyle wcieleń i to tak spójnych z kalendarzem rolniczym Europy Środkowo-Wschodniej…Dary ofiarowywane tradycyjnie Matce Boskiej w dożynki są tymi samymi darami jakie Słowianie składali swojej bogini.
Polacy bardziej niż Słowianami czują się, w przeciwieństwie choćby do Ukraińców, Europejczykami. Na ulicach Kijowa dziewczyny chodzące w ludowych bluzkach czy wiankach nie należą do rzadkości, niezależnie od aktualnie panującej mody. Trudno wyobrazić sobie podobny widok na ulicach Warszawy.

Jednak po kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu, latach kojarzenia słowa „folklor” z nudną wycieczką szkolną do skansenu i zespołem Mazowsze, który wszyscy znają, ale mało kto widział, powoli zwracamy się w stronę historii Słowian. Popularność polskich zespołów folkowych, takich jak Kapela ze Wsi Warszawa, Żywiołak czy Same Suki, świetnie sprzedające się książki przedstawiające wierzenia Słowian skierowane do dzieci, pokazują zmianę w naszym podejściu. Od imienia słowiańskiej bogini płodności i wilgoci – Mokosz została nazwana rodzima marka kosmetyków naturalnych, a pod Lublinem działa browar domowy nazwy swoich piw zaczerpujący właśnie z mitów przodków. To może znaki drobne, ale symptomatyczne.

Rzadko kiedy sięgamy w przeszłość dalej niż do dziadka w Powstaniu Warszawskim, a przecież polska historia to znacznie więcej niż tylko okopy i walki o niepodległość. Wystarczy nawet pobieżnie zainteresować się Słowianami, żeby zauważyć, że nawet współcześnie mnóstwo jest wokół śladów wierzeń, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia.

Korzystałam z książki „Polska demonologia ludowa” Leonarda J. Pełki oraz artykułu „Marzanna – Cerera czy Hekate” autorstwa Grzegorza Niedzielskiego

Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...