Autorka książki o historii polskiej edukacji seksualnej opowiada, co mają wspólnego płatki śniadaniowe z masturbacją

Oficjalna edukacja seksualna w polskich szkołach nie przewiduje nawet wyczerpującego informowania o metodach antykoncepcji. 123rf zdjęcie seryjne / martinak
Seks w Polsce jest uwikłany w szereg szemranych układów – to co robimy za zamkniętymi drzwiami okazuje się sprawą kościoła, a nawet całego narodu. Nie mniej uwikłana jest oczywiście edukacja seksualna, funkcjonująca w polskiej szkole pod wiele mówiącą o jej charakterze nazwą „wychowanie do życia w rodzinie”. Agnieszka Kościańska, antropolożka i autorka książki „Zobaczyć łosia”, która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne opowiada o ciemnej stronie publikacji Michaliny Wisłockiej i skąd wzięło się w polskim słowniku poetyckie „szczytowanie”.

Jak wspomina Pani lekcje wychowania do życia w rodzinie?



W zasadzie pamiętam tylko jedną, w ówczesnej I klasie liceum, czyli kiedy miałam 15, może 16 lat. Zajęcia były rzetelnie poprowadzone, rzeczowo i z otwartością. Wbrew pozorom w latach 90. polska szkoła była w tej kwestii o wiele bardziej liberalna, niż teraz. Tyle że po lekcji po korytarzach latały baloniki z prezerwatyw, które dostaliśmy od prowadzącej. Ten brak poszanowania „materiałów dydaktycznych” trwale zniechęcił dyrekcję do organizacji kolejnych lekcji.

Napisała Pani popularnonaukową historię polskiej edukacji seksualnej, jednak tytuł to „Zobaczyć łosia”. Skąd ten łoś?

To nawiązanie do anegdoty pojawiającej się w „Książce dla chłopców” Jaczewskiego i Żmijewskiego, jednej z bardziej poczytnych PRL-owskich publikacji o dojrzewaniu. Autorzy opowiadają historię chłopca, który razem z kolegami wybrał się do Kampinosu, żeby zobaczyć łosie. Koledzy nie sprawdzili godziny odjazdu autobusu, w lesie byli za późno i żadnych łosi nie zobaczyli, w dodatku zabrali ze sobą słoninę, która popsuła się w upale. W finale opowieści bohater opowiada o wycieczce ojcu, który wyśmiewa go i nazywa wypad „frajerskim”.

Ta historia jest symptomatyczna dla polskiej edukacji seksualnej – nawet postępowi seksuolodzy posiłkują się historyjkami, żeby przypadkiem nic o seksie nie powiedzieć. Łoś to kolejne wcielenie bajki o pszczółkach i kwiatkach czy o bocianie. Ucieczka od tematu.

Tabu pisania wprost o seksie do nastolatków przełamała dopiero Wisłocka, tyle że w publikacji skierowanej do dorosłych, słusznie zakładając, że młodzi ludzie będą podkradać ją rodzicom. W książce skierowanej bezpośrednio do młodzieży pierwszy raz o seksie napisali Sokoluk, Andziuk i Trawińska autorzy podręcznika szkolnego z 1987 roku, który został przeznaczona na przemiał.


Wiek inicjacji seksualnej specjalnie się w Polsce nie zmienił, ale sposób już tak…

W XIX i na początku XX wieku wielu chłopców z dobrych domów pierwszy raz przeżywało z prostytutkami, a życie seksualne zaczynało od choroby wenerycznej. Działo się tak, ponieważ panowały surowsze niż obecnie zasady moralne, które nakazywały „porządnym” kobietom czekać z utratą dziewictwa do ślubu. Niektóre XIX-wieczne książki poświęcone seksualności wręcz zalecały młodzieńcom wizyty w domach publicznych przed ustatkowaniem się, wyjaśniając, że tylko w ten sposób będą umieli sprawić większą przyjemność przyszłej żonie. Tak, jakby którykolwiek mężczyzna korzystał z usług seksualnych, żeby zadowolić prostytutkę.

Kilka lat temu amerykańska telewizja emitowała serial „Masters of Sex” opowiadający o pionierach seksuologii amerykańskiej – Virginii Johnson i Williamie Mastersie. O polskich seksuologach wiemy niewiele, kojarzymy przede wszystkim postać Wisłockiej, nie bez zasługi filmu „Sztuka kochania”. Jednak z Pani książki wyłania się obraz rodzimej seksuologii jako dziedziny przez lata rozwijającej się niezwykle prężnie, w pewnym sensie znacznie wyprzedzającą to, co działo się wówczas w Stanach.


Johnson i Masters badali seks w laboratorium. Zwerbowali ochotników, którzy masturbowali się lub uprawiali seks w parach podłączeni do specjalnej aparatury, mierzącej reakcje ich ciał. Sprowadzili seks do czystej biologii. Nasi seksuolodzy natomiast widzieli seks w bardzo szerokim kontekście – zwracali uwagę na kwestie psychologiczne, kulturowe, religijne, ale także ekonomiczne.

Według Mastersa i Johnson najważniejsza była odpowiednia stymulacja, polscy seksuolodzy pytali raczej „Co kobiecie, która nie ma co do garnka włożyć po choćby najlepszej stymulacji?”. Uważali, że seks to coś, co rozgrywa się między ludźmi, w świecie, w kulturze, a nie tylko w sypialni. Słowem całe nasze życie idzie z nami do łóżka. W Stanach seksuologia Mastersa i Johnson spowodowała, że myślenie o seksie stało się potwornie medyczne, skoncentrowane głównie na biologii. U nas panowało przekonanie, że seks to nie tylko ciało. Polska seksuologia była przez lata bardzo interdyscyplinarną i postępową nauką. Za oceanem dopiero niedawno zaczęto kwestionować badania wspomnianych seksuologów.

Wracając do Wisłockiej – to dobrze, że powróciła po latach na listy bestsellerów?

Cieszę się przede wszystkim, że przypomniano tę postać, a tym samym polską szkołę seksuologiczną. Film stworzył okazję, żeby porozmawiać na ten temat poza salami akademickimi i portalami feministycznymi. Nie można odmówić Wisłockiej kilku fajnych elementów – jako pierwsza w Polsce napisała wprost o utracie dziewictwa, nie tylko doradzając jak najlepiej stracić cnotę z technicznego punktu widzenia, ale też opisując różne rodzaje błon. W latach 70. panowało przekonanie, że podczas pierwszego stosunku kobieta musi krwawić. Rozwiała w jednym miejscu wątpliwości młodych ludzi, na co nie mogli liczyć w szkole czy w domu.

A sama „Sztuka kochania”?


Uważna lektura książki pokazuje bardzo zachowawczą i pełną stereotypów stronę Wisłockiej. Seksuolożka była w gruncie rzeczy konserwatywna i to nawet nie z dzisiejszej perspektywy, ale i na tle tego, co działo się wtedy. Są lata 70. kobiety są niezależne, pracują, a Wisłocka pisze, że w sferze seksu nie ma równouprawnienia. Seksuolożka jest trochę jak dobra babcia, która doradza na zasadzie „mężczyzna to myśliwy, a kobieta – ptaszka na którą poluje”. Do tego postulowała „kobiecą dyplomację”, czyli kierowanie z tylnego siedzenia.

W optyce Wisłockiej kobieta powinna być uległa, nie powinna przejmować inicjatywy a do tego powinna bezwzględnie podziwiać partnera. W „Sztuce kochania” jest też dużo arbitralnych założeń w rodzaju „mężczyzną powinien imponować, być sławny, popularnym, uczonym czy wielkim sportowcem, aby kobieta mogła go podziwiać i być z niego dumna” albo przekonanie, że praca zawodowa kobiety rzuca cień na życie seksualne.

Jednak najbardziej szkodliwym aspektem pracy Wisłockiej jest jej stosunek do przemocy seksualnej – seksuolożka pisze, że to lekkomyślne zachowania dziewcząt doprowadzają do jej aktów. Jej zdaniem odpowiedzialność za seks spoczywa w znaczny stopniu na barkach kobiety, która jednak nie może powiedzieć niczego wprost, a jedynie stosować różnego rodzaju sztuczki i wybiegi. To odbiera możliwość odmówienia mężczyźnie seksu, w końcu skoro nie mówimy niczego wprost, a relacje damsko-męskie przypominają polowanie, „nie” może zdawać się zachętą.

Mam wrażenie, że polscy seksuolodzy to w ogóle plejada barwnych postaci, choćby Stanisław Kurkiewicz seksuolog, który wprowadził do polskiego pojęcie „szczytowania”.

Myślę, że Kurkiewicz obraziłby się za tytułowanie go seksuologiem, sam nazywał się „płciownikiem”. Pracujący na początku ubiegłego wieku w Krakowie, część swojej wiedzy czerpał z podglądania ludzi . Stworzył swój autorski język seksu, mimo że już wówczas znano obecnie używane terminy określające zachowania seksualne. „Rówieśnopłcenie” to Kurkiewiczowski homoseksualizm. Do tego płciownik szczegółowo sklasyfikował rodzaje masturbacji, którą nazywał „samieństwem”. Wyróżnił na przykład samieństwo przez myśl, czyli „myślinę”.

Z masturbacją wiąże się mnóstwo dziwnych i błędnych przekonań, to im zawdzięczamy śniadanie składające się z zimnego mleka i płatków. Firma Kellogg, amerykański potentat przekąsek i płatków została założona pod koniec XIX wieku przez lekarza, Johna Kellogga. Przyczyn częstej masturbacji doszukiwał się w nieodpowiedniej diecie. Do onanizmu wiodło jego zdaniem ciężkie śniadanie angielskie podawane na gorąco. Autoerotyczny zapał miało skutecznie studzić zimne mleko z płatkami.

Jednymi z popularniejszych współczesnych polskich książek o tematyce seksualnej stały się publikacje katolickiego księdza, Ksawerego Knotza. Co sądzi Pani o wydawnictwach takich, jak „Seks jest boski, czyli erotyka katolicka” czy „Seks jakiego nie znacie?


Myślę, że publikacje Knotza to symptomatyczne połączenie religijności i języka naukowego. Pisząc o prezerwatywach Knotz zaczyna oczywiście od tego, że antykoncepcja to grzech, ale potem
„naukowo” uzasadnia wystrzeganie się od tego grzechu. Otóż jego zdaniem kobiety, które nie mają styczności ze spermą partnera bardzo wiele tracą. Pisze, że nasienie znakomicie działa choćby na cerę. I ma na myśli oczywiście wytrysk wewnątrz pochwy.

Na tym naukowe argumenty przeciw prezerwatywom, czy może raczej „za spermą” się jednak nie kończą. Autor publikacji określanych czasem w mediach jako „katolicka Kamasutra” dowodzi też, że sperma nie tylko odmładza, ale też działa antydepresyjnie. Seks bez prezerwatywy sprawia, że kobieta pełna będzie pełna energii i optymizmu. Nasienie ma zdaniem kapucyna chronić nawet przed rakiem piersi…

Cytaty z książki „Wędrując ku dorosłości” pod redakcją Teresy Król zyskały status kultowych. W złym tego słowa znaczeniu. Teksty o „koleżance której trzeba pomóc w geometrii i nie denerwować się, że czegoś nie rozumie” czy dowodzenie, że seks pozamałżeński akceptują tylko najgorsi uczniowie, stały się rodzajem internetowych dowcipów. Mimo to, „Wędrując ku dorosłości” to obecnie jedyny podręcznik do WDŻ dopuszczonego do użycia przez Ministerstwo Edukacji. Jak to jest z tym przedmiotem w polskiej szkole?


Mało realistycznie, a prawdopodobnie będzie jeszcze gorzej. Kilka dni temu MEN opublikował projekt nowej podstawy programowej do WDŻ-u (Wychowania do życia w rodzinie – przyp. red.). Nie dość, że edukacja antydyskryminacyjna została zastąpiona „umacnianiem procesu identyfikacji z własną płcią”, projekt mówi między innymi o tym, że szkoła powinna dawać młodzieży kierunkowskaz, jak poruszać się w Internecie.

Ale twórcy programu zakładają że seks odbywa się jedynie w małżeństwie, a jego celem jest prokreacja, więc rozmijają się zupełnie z realiami. Polska szkoła zamiast nadążać za zmianami i rzetelnie informować na temat seksu, odwraca wzrok i udaje, że da się stworzyć taki model seksualności, który ograniczy się tylko do związku małżeńskiego. A tego po prostu nie da się zrobić.

Byłoby super, gdyby ludzie łączyli się od razu na całe życie w szczęśliwe pary, ale tak nie jest. Nigdy też tak nie było, i nie będzie. Według mnie ta nieprzystawalność do rzeczywistości jest tu największym problemem. We wspomnianym podręczniku pod redakcją Teresy Król znajdziemy informację, że prezerwatywy są zawodną metodą antykoncepcji, ponieważ się zsuwają. Informacji jak założyć prezerwatywę tak, żeby się nie zsunęła brak.

W konstytucji jest zapis o rozdziale Kościoła od państwa, a szkoły w teorii są świeckie, ale jak widać w praktyce to nie funkcjonuje. „Wędrując ku dorosłości” nie jest oficjalnie podręcznikiem katolickim, ale forsuje taki model życia. To pozycja o wiele bardziej konserwatywna niż publikacje Knotza, będącego wszak zakonnikiem. U Teresy Król nie znajdziemy słowa o tym, że seks jest przyjemny. W wydaniu sprzed kilku lat był natomiast zapis o tym, że „zmuszanie do homoseksualizmu jest karalne”. Fragment był podwójnie kuriozalny – kojarzył zbliżenie między osobami tej samej płci z gwałtem, a do tego paragraf do którego odsyłał w polskim prawie karnym dotyczy piractwa.

Zastanawiam się czy edukacja seksualna jest w szkole jeszcze w ogóle potrzebna. Seksuologowie goszczą na kanapach telewizji śniadaniowych, jest sporo rzetelnych stron internetowych o seksie, na łamach pism kobiecych pisze się o seksie tyle regularnie, co mądrze.

To jest gąszcz informacyjny, kiedy masz 15 lat trudno poznać, na ile dane źródło jest rzetelne. Do tego o wiele łatwiej jest przeczytać o seksie na forach internetowych niż sięgnąć po trudny artykuł naukowy. Poza tym dochodzi problem dostępności pornografii, która bez odpowiedniego komentarza wpływa na myślenie o tym, jak powinien wyglądać seks. Chłopcy i dziewczyny zaczynają się porównywać z gwiazdami porno. Szkoła powinna dawać podstawy do podejmowania decyzji związanych z seksem, a nie pouczać ex catedra, strasząc i grożąc.

W 1993 reportaż Mariusza Szczygła „Onanizm polski”, który ukazał się w „Gazecie Wyborczej” wywołał skandal; liczne repliki w prasie, oburzone listy do redakcji i do samego reportera. Myśli Pani, że dziś byłoby podobnie?


Jestem tego pewna. Proszę zobaczyć ile okołoseksualnych dyskusji toczyło się w mediach w ostatnich latach – wokół ustawy aborcyjnej, wcześniej społeczeństwo elektryzowały gender i parady równości. Trudno się dziwić, w kwestiach płciowości i seksualności wszyscy mają jakieś doświadczenia, wyobrażenia. Do tego to nie są zawiłe zagadnienia gospodarcze, gdzie trzeba mieć szeroką wiedzę, żeby brać udział w dyskusji. Debata publiczna o seksualności to też pytanie o to, jak wyobrażamy sobie społeczeństwo – gdzie jest miejsce rodziny, gdzie Kościoła, jak widzimy rolę kobiet i mężczyzn, co uznajemy za normę.

W tekście Szczygła bulwersowało to, że ukazał się w najpopularniejszej wówczas gazecie codziennej nazwanej, na cześć pierwszych wolnych wyborów. A tam wojskowi mówiący o tym, że najlepiej jest się masturbować na warcie, ponieważ można ukryć rękę w połach płaszcza i nikt tego nie zauważy. Ale początków współczesnej debaty należy się szukać jeszcze wcześniej, w dyskusjach, które toczyły się w II Rzeczypospolitej. Wtedy tematy związane z seksem dzieliły społeczeństwo tak samo, jak dziś. Choćby Boy–Żeleński i Irena Krzywicka opowiadający się za legalizacją aborcji i poruszająco piszący o nielegalnym podziemiu aborcyjny.

Kilka lat temu wszystkie media rozpisywały się o gimnazjalistach grających w grę seksualną o nazwie „słoneczko”. Tyle że nic takiego nie miało miejsca, to hipoteza wyjaśniająca trzy ciąże w jednym z gimnazjów postawiona przez dziennikarza prasy lokalnej. Została podchwycona przez ogólnopolskie media, przedstawiona jako fakt i stała się przyczynkiem do burzliwych dyskusji. Demonizujemy seksualność nastolatków?

Oczywiście, ale tak było zawsze. Jeśli przyjrzymy się średniemu wiekowi inicjacji seksualnej, to on na przestrzeni całego XX wieku zmienia się nieznacznie, podobnie odsetek młodzieży, która się masturbuje. Pytania, które zadają młodzi ludzie, niegdyś na łamach gazet, dziś w internecie czy na lekcjach WDŻ, to wciąż są te same pytania, choć posługują się innym językiem. Interesują się tym, jak się zabezpieczać przed ciążą, jak najlepiej stracić dziewictwo, pytają też czy to rozsądne uprawiać seks kiedy ma się 16 lat. Potrzebują porad przystających do rzeczywistości, a nie stwierdzeń w rodzaju „jesteś na to za młody”.

Demonizacja jest częścią szerszego procesu, który jeden z antropologów Michael Herzfeld nazywa strukturalną nostalgią. Każde kolejne pokolenie mówi „za naszych czasów, to było...”, podobnie jak każde narzeka na „dzisiejszą młodzież”. Jako dorośli mamy bardzo rozmyty obraz tego jak się zachowywaliśmy czy co myśleliśmy jako nastolatkowie. Zamiatając temat pod dywan, czy okrajając program szkolny doprowadzamy do sytuacji, w której dzieciaki będą szukały wiedzy na własną rękę, co może mieć różne skutki. Potrzebujemy ręki na pulsie, a nie prewencyjnej cenzury.

Agnieszka Kościańska (ur. 1976) – pracuje w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka książek „Płeć, przyjemność i przemoc" (2014) oraz „Potęga ciszy" (2009). Redaktorka prac zbiorowych, antologii tłumaczeń i numerów monograficznych czasopism poświęconych zagadnieniom płci, seksualności, religii i wykluczenia, m.in. „Antropologia seksualności" (2012). Stypendystka Fundacji Kościuszkowskiej (New School for Social Research), Marie Curie Fellowship (Uniwersytet Harvarda), Imre Kertész Kolleg Jena. Zastępczyni redaktora naczelnego „Ludu”. Obecnie przebywa na stypendium Royal Society of Edinburgh w Edinburgh College of Art.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...