Nie warto chronić zwierząt, sanepid to głupota, a kobieta musi mieć dużą pupę. Wojciech Cejrowski zaprasza w podróż

Wojciech Cejrowski Prawo autorskie: sopotniccy / 123RF Zdjęcie Seryjne
Pstrokate stroje, wolność, swoboda, tańce na ulicy i „biedni, ale rozmodleni i szczęśliwi”. Mniej więcej taki obraz pojawia się w naszych głowach, gdy słyszymy „Ameryka Łacińska”. Ktoś nam opowiedział, oglądaliśmy program w telewizji lub przeczytaliśmy relację modnego aktora, który pojechał "w dziką dżunglę". Nieliczni mogą pochwalić się tak daleką podróżą w celach raczej badawczych, aniżeli turystycznych. Dlatego przyjmujemy opinie tych wybrańców za autorytatywne i wierzymy na słowo. Poza tym, nie ma się co oszukiwać - jesteśmy raczej istotami osiadłymi i chociaż podziwiamy wyczyny innych ludzi, to ekstremalne podróżowanie nie jest częstą namiętnością – podobnie jak ciekawość świata.

W jednym ze swoich wykładów Kapuściński napisał, że "historia zna całe cywilizacje, które nie wykazały żadnego zainteresowania światem zewnętrznym. Afryka nie zbudowała nigdy żadnego statku, aby popłynąć i zobaczyć, co leży za otaczającymi ją morzami.” Europejczycy są w tej kwestii wyjątkowi. Od samego (greckiego) początku byli ciekawi świata – chcieli go nie tylko opanować, ale i poznać. Zderzenia z innością niestety najczęściej kończyły się krwawo i gwałtownie, doprowadzając do grabieży czy zniewolenia. Zainteresowania Innym nam zatem nie brakuje, problem rodzi się, gdy chcielibyśmy zacząć mówić o zrozumieniu. A w tym na pewno nie pomagają nam popularne programy podróżnicze…

Telewizja kłamie (?)

Kilka tygodni temu pod artykułem o polskich programach kobiecych, które mamią wyidealizowaną wizja urody i życia, pojawiły się komentarze, że „skoro to głupie, to nie oglądaj.” Nie jest to jednak argumentem, przyzwalającym na poniżenie i obrażanie innych. Stwierdzenie, że media coraz częściej nie pokazują rzeczywistości, ale ją tworzą jest już trochę wyświechtanym frazesem, w kontekście programów podróżniczych jednak bardzo trafnym.



Programy Wojciecha Cejrowskiego, Martyny Wojciechowskiej czy Roberta Makłowicza zdarzyło mi się oglądać nie raz. Z polskich propozycji tego typu chyba tylko Azja Express skutecznie mnie odstraszyła po 12 minutach oglądania. O tej ostatniej propozycji padło już wiele słów na temat poniżającego podejścia do tubylców, egzotyzacji i pokazywania europejskiej wyższości. W dużej mierze identyfikujemy się z tym, co widzimy na małym ekranie – wszak większości nie stać (albo zwyczajnie nie jest to ich droga) na pogłębione i zaangażowane wycieczki w najodleglejsze rejony świata. Wizerunki rdzennej ludności, jakie znamy, są zatem przefiltrowane i subiektywizowane przez kamerę, a dokładniej przez gwiazdę programu, tzw. trawelebrytę. I tutaj rodzi się niejako problem, bo nawet gdy rzeczywistość pokazana jest wiarygodnie i prawdziwie, to komentarz prowadzącego zależy wyłącznie od jego punktu siedzenia, wiedzy, doświadczeń i predyspozycji.

Nazwę travelebrity wprowadziła Barbara Koturbasz. Jasno określa, że nie o samo poznawanie nowych kultur chodzi – uwaga ma skupić się na samym podróżniku, ma się o nim mówić, najlepiej, gdyby jemu samemu udało się osiągnąć coś, czego nie zrobił nikt – potem podróżnik ewoluuje w celebrytę (o ile już nim nie jest), a następnie w autorytet od wszystkiego. W sensie technicznym ważne jest to, że program podróżniczy podporządkowany jest stanom i emocjom prowadzącego, jego rola jest dominująca.
Barbara Koturbasz

Travelebrity to osoba, która z podróżowania uczyniła swój zawód i źródło dochodu, a za sprawą przekazywania swoich doświadczeń i opowieści za pomocą środków masowego przekazu stała się osobistością znaną i podziwianą ze względu na swoje wyprawy. Travelebrity to bohater-podróżnik, który ze względu na nową sytuację kulturową musiał przeistoczyć się w bohatera masowej wyobraźni […] Oferuje poprzez swoje opowieści wirtualną eskapadę, po odbyciu której będzie nam się wydawało, że rzeczywiście byliśmy w egzotycznym miejscu.

Nie można oczywiście czepiać się atrakcyjnej formy podania takich egzotycznych podróży – współczesny widz tego oczekuje, tak ukształtowany jest obecny rynek medialny. Lekka, kolorowa i egzotyczna formuła, przerwana od czasu do czasu ciekawostką historyczną lub „suchym faktem” utwierdza widza w przekonaniu, że przewodnik jest nieomylny, jego opinia jest słuszna, a my mamy okazję zdobycia cennej wiedzy. Tak dobudowujemy kolejny klocek do naszego obrazu świata – podany oczywiście z europejskiej perspektywy.

Wojciecha Cejrowskiego można zakwalifikować do grupy trawelebrytów. Na swojej stronie internetowej nazywa siebie „podróżnikiem, poszukiwaczem ginących plemion Amazonii, osobowością telewizyjną, popularnym dziennikarzem radiowym, artystą kabaretowym (sam o sobie mówi: jestem komediant), pisarzem i publicystą, satyrykiem – gorący krytyk biurokracji i socjalizmu, krytykiem muzycznym (wc: jestem po prostu osłuchany), fotografikiem, z zawodu cieślą.” Uważa się również za antropologa kulturowego, nie daje jednak temu wyrazu w swoich programach, kierując się prędzej paradygmatami z XIX niż XXI wieku. Na autorski program podróżnika należy jednak patrzeć w dwóch planach: plan realnej kultury, bo nie można Cejrowskiemu zarzucić, że nie pokazuje rzeczywistości; plan interpretacji, która bywa kontrowersyjna.

Do powyższej długiej listy specjalizacji Cejrowskiego, należałoby dopisać jeszcze „public relations”. Niezależnie od tego czy się go lubi, czy nienawidzi faktem jest, że jego kontrowersyjny styl bycia, przedsiębiorczość, specyficzne poczucie humoru i często ciekawe i intrygujące spojrzenie na Innego, trafiają w gusta widzów. Sam napisał, że „w dalekiej podróży dobrze jest mieć przy sobie tupet jak taran i refleks jak błyskawica”. Tego naszemu podróżnikowi na pewno nie można odmówić – nie znosi sprzeciwu, a tubylców traktuje jak eksponaty, nie dopuszczając ich do głosu. Jest to trochę znak, że nadal nie potrafimy poradzić sobie z figurą Innego, chociaż żyjemy w czasach wielkich możliwości, a obraz w dużej mierze nadal budowany jest na podstawie zasłyszanych, powielonych, zmodyfikowanych opinii. Gdy antropolog Bronisław Malinowski pojechał na badania terenowe (i zamieszkał w jednej z wiosek) na Archipelag Triobrianda ze zdumieniem odkrył, że wszystko, co słyszał o tamtejszej ludności jest stekiem nonsensów. Kapuściński o tej sytuacji pisze, że „biały w tropikach to najgorszy i najmniej wiarygodny informator o tamtych ludach i kulturach.” Malinowski zaś podkreślał, jak ważna jest „obserwacja uczestnicząca” – poznanie codzienności, życie z ludźmi, którzy reprezentują obce dla nas zwyczaje. Wojciech Cejrowski jak najbardziej wpisuje się w „nurt badań terenowych”, dokładnie pokazuje zmienność kultury i różne formy zaspokajania potrzeb. Jego programy zawierają wiele cennych ujęć i opisów procesów, zachodzących na zwiedzanym terenie.

Latynosi, dżungla i kobieta według Cejrowskiego

Oglądając serię „Boso przez świat” Wojciecha Cejrowskiego z krytycznej perspektywy, trudno zdecydować od czego zacząć. Podróżnik idealnie wpisuje się w definicję trawelberyty – ważniejszy niż samo miejsce, które odwiedza i ludzie w nim żyjący, jest on i jego subiektywne poglądy. Można to oczywiście uznać za część konwencji i oryginalność odcinków, do momentu, aż opinie autora nie wybrzmią jako jedynie słuszne i prawdziwe, jednocześnie krzywdzące i obrażające kraj, w którym jest gościem. Ta tendencja zauważalna jest również w samym montażu – lwią część odcinka zajmuje sam podróżnik, program skupia się na jego wyczynach, każdym geście, słowie, a otoczenie pokazywane jest jako przerywnik (egzotyzujące ujęcie biedy czy krągłości latynoamerykańskich kobiet). Tubylcy znajdują się zawsze na drugim planie, jedynie obrazują narrację – ze rozumieniem świata ma to związek fragmentaryczny.

Wojciech Cejrowski z programu „Boso przez świat” zrobił prywatną platformę do dzielenia się swoimi opiniami. Niejednokrotnie podkreśla, że sam wpisuje się w kulturę macho – jest prawdziwym facetem, czyli może być brudny czy spocony. Wywody o męskości (jedynej słusznej) najczęściej zakończone są kilkoma przebitkami na okrągłe kobiece pupy Latynosek lub panie karmiące piersią. Podróżnik wiele miejsca poświęca sprawom damsko-męskim, pozwalając sobie na niewybredne komentarze na temat kobiecych kształtów i jedynemu właściwemu modelowi społecznemu – rodzinie wielodzietnej z jasnym oddzieleniem praw i obowiązków ze względu na płeć. Próba zarysowania powszechnych relacji społecznych jest ciekawa i bardzo ważna, jednak nachalne podkreślanie, że istnieje tylko jeden przepis na szczęśliwe życie jest skrajnie subiektywne.

Dlatego mężczyźni pokazywani są głównie przy „męskich zajęciach”, a kobiety w trakcie pracy w domu lub opieki nad dziećmi (których to gromadkę wcześniej urodziły). Dla mniej wrażliwych będzie to niestosowne, osoby o bardziej kategorycznych poglądach uznają to za seksizm. Cejrowski jednak idzie o krok dalej, spycha kobiety na trzeci plan i pozwala sobie również na homofobiczne komentarze (odcinek „Macho”: „Po prostu ma być po męsku. Nie może wyglądać jak dziewucha. Nie może wyglądać, broń Boże, jak ciota.”). Kontynuując swoją rozprawę o fryzurze prawdziwego mężczyzny, zaznacza, że macho nigdy nie strzyże się u fryzjera (chyba że bardzo starego, o którym wszyscy wiedzą, że ma żonę i dzieci). Fryzjerką musi być kobietą, bo „u niej jest bezpiecznie. Nie ma zaburzonej relacji, że po głowie macho chodzą ręce i nożyczki innego mężczyzny”. Kobiet zresztą w jego programach jest bardzo mało, a jak są, to zawsze pokazywane z jednej perspektywy. W odcinku „Największe miasto świata” wskazuje na przykład, że największym komplementem dla latynoamerykanki jest "gwizdanie". Kobieta jest pokazana w opozycji do swojego partnera-macho. Musi być równie przerysowana i mieć podkreśloną cielesność. W odcinku „Macho” Cejrowski idzie do sklepu z ubraniami.
Wojciech Cejrowski, odcinek "Macho"

„To jest manekin. W sklepie z fatałaszkami dla kobiet. I ten manekin jest inny od europejskiego. On jest wyraźnie inny. Proszę zobaczyć, on jest wyraźnie bardziej taki dupiasty, by się powiedziało. To jest normalna pupa z plastiku. To jest pupa, która będzie rodzić. […] To jest normalna kobita. Ona ma urodzić, wychować, ona ma być też radością swojego mężczyzny. U góry, tutaj mamy już manekina kompletnego, u góry też widać, że to jest model zupełnie nieeuropejski [tutaj odchyla bluzkę na manekinie]. W Europie jakieś takie dwie cytrynki, tylko zajawiony temat. Twiggy, taka chuda mizerota. A tutaj? A tutaj [ściska biust] musi być miejsce nie tylko na jakieś figle, ale również na mleko. To jest matka. To jest dopiero kobieta dla macho!”

Po krótkiej retrospekcji, przypomnieniu sobie kilku sytuacji nawet z polskiego podwórka, łatwo wyobrazić sobie, jak opinia publiczna odebrałaby taki zestaw „komplementów” na temat białej kobiety. Mieszkającej na przykład w Łomiankach. Swój wywód przewodnik kontynuuje w sklepie z bielizną, gdzie daje sygnał – każda kobieta z Ameryki Łacińskiej ma dużą pupę, a jak uważa, że ma zbyt małą, może zainwestować w majtki powiększające. Jego narracja wskazuje, że wszystkie panie z tych regionów wyznają jeden kanon piękna, podporządkowywany oczywiście męskim potrzebom i wyobrażeniom. Ma być za co złapać, pościskać, kobieta jawi się jako zabawka dla partnera i krągła mama dla potomstwa. Podkreślanie, egzotyzowanie cech czy sposobu życia ludzi z Ameryki Łacińskiej często służy Cejrowskiemu do krytyki kultury zachodniej.

Tańczcie jak wam zagram

Z podobną pobłażliwością autor przedstawia polskim widzom pojęcie tożsamości narodowej i czasu u dzikich. W pierwszym przypadku trudno się z nim nie zgodzić – ludność tubylcza nie zajmuje sobie głowy kwestią granic. W odcinku „Wioska w dżungli” porównuje styl życia tych ludów do epoki kamiennej w XXI wieku. Natomiast w odcinku „Życie codzienne Indian” kwestionuje w ogóle istnienie pojęcia czasu. Wskazuje, że żyją oni chwilą (a ta ma być miła), nie martwią się o jutro, dopóki nie zgłodnieją nie robią nic. W odcinku „Cywilizacje” rozwija ten wątek i tłumaczy, dlaczego używa w stosunku do nich zwrotu „dzikie ludy”.
Wojciech Cejrowski

"Że co, że nieucywilizowane? Epoka kamienna? Chodzą na golasa? To nie o to chodzi! Chodzi o to, że groźni i nieprzewidywalni. […] Mieszkamy z nimi… Wszystko jest w porządku. Bawimy się trochę jak z naszym kotkiem. Mają państwo kotka w domu? Czasami ktoś ma kotka. Bawimy się z kotkiem, bawimy, a on leży, mruczy… Milutki… I lubi, jak go głaskać… A w pewnym momencie my zrobimy coś takiego, że ten oswojony kot nas drapnie. Albo dziabnie w rękę.[…] Dziki lub dlatego jest nazywany dziki, że z naszego punktu widzenia jest taki nieprzewidywalny, my nie rozumiemy do końca, co tym Indianom w głowie trzeszczy. I czasami zrobimy jakiś ruch, nieświadomie. Jakiś gest, nieświadomie… Jakieś nieuświadomione spojrzenie w złą stronę i ci Indianie z uśmiechniętych, z zatyczkami w nosie, nagle się zmienią w dzikie zwierzęta. To jest ten moment, kiedy można stracić nie tylko kamerę. Ale i życie.”

Fragment wskazuje, że mówimy o kimś słabszym – teoretycznie w konfrontacji z dzikim można stracić życie, ale właściwie to mentalnie i tak tubylcy są na niższym poziomie rozwoju, reagują instynktownie (zwierzę), a nie rozumowo i logicznie (człowiek). Co ciekawe narracja o tej indiańskiej dzikości nie do końca ma odzwierciedlenie w warstwie wizualnej. W jednej scenie, podczas wizyty u grupy Matses, których określa mianem kanibali, Cejrowski bez zażenowania wyciąga jednemu mężczyźnie ozdobę z nosa, a po pokazaniu jej w kamerze, karze mu włożyć ją z powrotem. Lud Matses nazywa ludźmi-jaguarami i odradza wycieczki na pogranicze peruwiańsko-brazylijskie. Warto zaznaczyć, że wyrywanie przedmiotów z rąk ludności tubylczej, dosiadanie się, zaglądanie w talerz, inscenizowanie scenek i wszelkie inne bezpośrednie ingerencje Cejrowskiego w przestrzeń innego człowieka są nagminne, co jest niekomfortowe nawet, gdy ogląda się to z dystansu. Podróżnik zaś udowadnia swoją wyższość, nawet jeżeli robi to nieświadomie. Narusza również zasady kultury osobistej, bo czy moglibyśmy sobie wyobrazić, że do Polski przyjeżdża podróżnik z Ameryki Łacińskiej i w podobny sposób traktuje białego człowieka? Stawiając go w pozycji małpki w cyrku czy eksponatu w muzeum?

Podobne zachowania można obejrzeć w odcinkach „Ale jazda! Ale Meksyk!” (początkowa deegzotyzująca narracja, zmienia się w poniżające obśmianie ludzi w metrze), „Kabokle” (zaglądanie do garnków, dotykanie, sformułowania w stylu „amazońscy cyganie”, ostatecznie naruszenie intymności małżeństwa śpiącego w hamaku), „Mariachi. Uliczna balanga” (Meksykanin sprzątający ulice nie chce psuć ujęcia, więc nie zbiera śmieci sprzed kamery; Cejrowski woła go i każe mu to zrobić) czy „Męska rzecz” (tubylcy-marionetki, którzy przed kamerą inscenizują scenki ze swojej codzienności). Wojciechowi Cejrowskiemu nie można odmówić inteligencji i wiedzy, często udowadniał w programach dojrzałość i przenikliwość swoich sądów. Marcin Florian Gawrycki nazywa jego postawę „mądrością bez empatii” – podróżnik wie o problemie, ale często nieudolnie go ujmuje, przykrywa go żartem lub swoją błyskotliwością.

Zwierzęta głosu nie mają

Ale nie tylko ludzie stają się elementami tego egzotycznego świata. W odcinku "Polowanie" Cejrowski wystawia na próbę nasze europejskie zakłamanie – pokazuje oprawianie żółwia, ironizuje, że to nas obrzydza, ale kurę na rosół zabijemy bez zastanowienia. Przyznaje również, że nie jest przeciwnikiem walk kogutów ("Walki kogutów"), nie widzi potrzeby chronienia zagrożonych gatunków, otwarcie mówi, że lubi polowania – jest fanem mięsa kapibar. W jego opinii, europejskie przepisy chroniące gatunki to absurd – dlaczego nie może przywieźć łańcuszka z kostek anakondy, skoro w Europie nie ma tych węży? Może dlatego, żeby biały człowiek w szale zdobywania egzotycznych trofeów nie zabił ich wszystkich? Cejrowski temat podsumowuje słowami: „Ochrona ginących gatunków. Sentymentalna fanaberia białego człowieka. No ludzie! Czy warto chronić pandę? Nie wiem, ile ich zostało… Jak zdechnie ostatnia, to wszyscy zapłaczemy, bo to takie ładne zwierzątko. Taki misio! Ale czy stanie się jakaś ekologiczna tragedia na planecie?”

Między innymi z takich opinii wybrzmiewa idea libertarianizmu, z którą wprost podróżnik nigdy się nie identyfikuje.
Marcin Florian Gawrycki

„Libertarianizm postuluje nieograniczoną swobodę dysponowania swoją osobą i własnością, jeśli nie narusza to swobody innych osób. [...] Libertarianie krytykują państwo, jego instytucje, przymusowe opodatkowanie i wszelkie przejawy naruszające wolność człowieka.[…] Dlatego też wszystkie kwestie społeczno-gospodarcze, nawet tak kontrowersyjne, jak edukacja czy służba zdrowia, powinny być poddane mechanizmowi rynkowemu”.

Czy dlatego Cejrowski tak bardzo kocha Meksyk? Chaos na ulicach nazywa „fantastycznym”, a klaksony „najważniejszą rzeczą”. Przemierzając meksykańskie ulice zachwyca się ludzką przedsiębiorczością i wolnością, wskazuje na pucybuta, ulicznego sprzedawcę jedzonka, którego nie ogranicza sanepid, samodzielnych sprzątaczy. Dla potwierdzenia swojego stanowiska pokazuje pracujących ludzi, podkreśla, że nie ma tutaj zasiłków dla bezrobotnych, a pracownicy-specjaliści tylko czekają na zlecenia. Każdy zdany jest na siebie, a sposób na osiągnięcie celu jest najmniej istotny. Można się tylko domyślać, że mieszkańcy kraju trochę inaczej odbierają skrajną biedę i ogromne różnice społeczno-ekonomiczne, gdzie jedni mają wszystko, a życie drugich to ciągła walka o przetrwanie. Opinii żadnego Meksykanina na ten temat nie usłyszymy, a Cejrowski nazywa sytuację „czystym kapitalizmem” i wychwala idee wolnego rynku.

Nie zaglądaj mi w talerz

Egzotyzacji podlega również jedzenie. Wszak Cejrowski nie poświęca jemu tyle uwagi, co Robert Makłowicz – wyrafinowany europejski dżentelmen-podróżnik, kilkukrotnie ulega jednak pokusie zjedzenia czegoś „na ulicy”. Znajduje kilka smaków dla siebie, inne jednak wrzuca do wora z „obrzydliwościami”, nie bacząc na wszelkie kulturowe uwarunkowania, które sprawiają, że w danym kręgu coś jest rarytasem, a czegoś innego nie bierze się do ust. O daniu chicharron mówi: „Bierze się kawał skóry świńskiej. Takiej, jakbyśmy chcieli zrobić walizkę albo teczkę. Wrzuca się na rozgrzany olej i trzyma tak długo, aż się zrobi chrupkie. Pierwsze chrupki, które jedli Amerykanie, urodziły się właśnie tutaj ze starych teczek. No bo szkoda wyrzucić teczkę, jak się urwała rączka, nie?”

Przy takim opisie nietrudno o grymas zniesmaczenia, trzeba mieć jednak na uwadze, że w danym regionie ludzie tak jedzą. To element ich kultury, który jest kwestionowany tylko dlatego, że w Polsce żywimy się inaczej. Jako eksperyment wystarczy w podobnym tonie opisać jak robi się nasze „flaczki” albo… kisi ogórki. Zjedzenie świnki morskiej (odcinek "W drodze do dżungli") dla Cejrowskiego nie stanowi już problemu i nie jawi się jako egzotyczne przeżycie. Podróżnik wychwala również niskie ceny i brak kontroli sanepidu, dzięki czemu wprost z ulicy może podjadać „jedzonko”. W jednym z odcinków kupuje więc „żelatynkę” i każe ją zjeść sprzedawcy – Meksykanin nie jest chętny, jednak podróżnik namawia go. Ten bierze kęs i odkłada specjał – Cejrowski pokazał swoją wyższość, a mężczyzna stoi w poczuciu skrępowania i poniżenia.

Stereotypy mają to do siebie, że łatwo je wpoić, trudniej się ich pozbyć. Ułatwiają życie, często jednak ograniczają widzenie. Tym bardziej, jeżeli nie mamy bezpośredniego dostępu do przedmiotu stereotypizowanego. Codzienność krajów latynoamerykańskich jest tego najlepszym przykładem – niewielu z nas miało, bądź dopiero otrzyma szansę na to, by wnikliwie, nieturystycznie pojechać na drugi koniec świata i poznać Innego. Pomimo tego, że kolonializm wydaje się już tylko duchem przeszłości, nadal zauważyć można, że istnieje „spore przyzwolenie na interpretowanie działań Zachodu, może nie tyle jako „brzemienia białego człowieka” – to brzmi jednak zbyt ostro, ale „misji cywilizacyjnej”, która jest kojarzona z nowoczesnością” – pisze Gawrycki. Oglądając relacje z tych egzotycznych, biednych i pstrokatych krajów warto być czujnym, bo to, że ktoś „tam był” nie warunkuje, że pokaże nam prawdę, jedyną właściwą ścieżkę rozumowania. Kapuściński napisał, że „[Herodot] chce poznać Innych, gdyż rozumie, że aby lepiej poznać siebie, trzeba poznać Innych, bo to właśnie Oni są tym zwierciadłem, w którym my się przeglądamy, wie, że aby zrozumieć lepiej samych siebie, trzeba zrozumieć Innych, móc się z nimi porównać, zmierzyć, skonfrontować.” Przeglądajmy się zatem w tych zwierciadłach innych kultur, korzystajmy z ich dorobku i wiedzy. Byle mądrze i z szacunkiem, którego sami oczekujemy.

Korzystałam z serii wykładów Ryszarda Kapuścińskiego "Ten Inny", artykułu Barbary Koturbasz "Multimedialne podróżopisarstwo, czyli narodziny "travelebrity" i książki Marcina Floriana Gawryckiego "Podglądając Innego. Polscy trawelebryci w Ameryce Łacińskiej".
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...