„Teraz to taka przyjemność życia się pojawiła” – Chris Niedenthal i Mariusz Szczygieł wspominają różowe lata 90.

Berlin, 1989. W tle słynny amerykański checkpoint Charlie fot. Chris Niedenthal
W 1989 r. i w pierwszych latach młodego kapitalizmu byliśmy jednocześnie zagubieni i rozentuzjazmowani, pełni kompleksów, ale i nadziei. O to, jak wspominają lata 90. i czy były różowe czy raczej szare, spytałam reportera i fotoreportera. Obaj podróżowali wówczas po kraju, usiłując uwiecznić czas, w którym, jak napisał po latach Szczygieł, nowa Polska postawiła przed przeciętnymi nieprzeciętne zadanie.

Kiedy w Polsce kończył się komunizm Chris Niedenthal zbliżał się do czterdziestki, miał żonę, 12-letniego syna i był korespondentem nowojorskiego „Time’a” na Europę Środkowo–Wschodnią. Od kilku lat mieszkał w Wiedniu, który był świetną bazą wypadową dla fotografa. Mariusz Szczygieł miał 23 lata. Cztery lata wcześniej przyjechał do Warszawy ze Złotoryi, żeby studiować dziennikarstwo i pracować w redakcji pisma „Na Przełaj”. Różniły ich perspektywy, łączyła pasja - dokumentowanie rzeczywistości.



Okrągły Stół i wybory

Niedenthal: Kiedy w Polsce zaczynały się obrady Okrągłego Stołu, „Time” dla którego wtedy pracowałem wysłała mnie akurat do Moskwy. Dziwne to było uczucie. W Warszawie zaczynaliśmy rozmontowywać komunizm, a ja w Rosji robiłem zdjęcia w fabryce, która produkowała i dostarczała popiersia Lenina do całego Związku Radzieckiego. Pamiętam, że wymogłem na fotoedytorach kilkudniową przerwę, wyrwałem się z Moskwy i przyleciałem do Warszawy. Traf chciał, że nie wpuścili mnie na galerię, bo miałem brytyjski paszport i nie zrobiłem zdjęcia Okrągłego Stołu z góry.

4 czerwca rano zrobiłem zdjęcia Generałowi Jaruzelskiemu i jego żonie podczas głosowania, a potem pojechałem za Warszawę, licząc na ciekawsze kadry. Sam nie mogłem wtedy jeszcze głosować, nie miałem polskiego obywatelstwa. Chodziłem po wsi i nagle zobaczyłem ciekawą scenę – przed jednym z domów siedział na taborecie mężczyzna z szyją owiniętą ręcznikiem, a jego córka, czy też może wnuczka, przycinała mu włosy. Powiedział mi, że nie może iść taki zaniedbany na pierwsze wolne wybory. To jedno z nielicznych moich zdjęć, które wymaga przypisu.
Następnego dnia byłem na Placu Konstytucji i robiłem zdjęcia przedstawicielom Solidarności świętującym ogłoszenie wyników. Zdjęcie, na którym brodaty mężczyzna w jeansowej kurtce zaznacza na planszy kolejne zwycięstwo, zostało wydrukowane w następnym numerze „Time’a”. Kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt lat później na przyjęciu podszedł do mnie mężczyzna, przedstawił się i powiedział, że to on jest brodaczem ze zdjęcia.

Co zabawne, znalazł się na nim przypadkiem. Przechodził Placem Konstytucji, zawołał go znajomy i poprosił, żeby zastąpił go przy planszy. Był tam zaledwie kilka minut, a wtedy ja zrobiłem mu zdjęcie. Potem był polskim ambasadorem w Azerbejdżanie i w Irlandii.

W ogóle bardzo lubię spotykać bohaterów moich zdjęć sprzed lat, a czasem mi się to zdarza i to zupełnie nieoczekiwanie. Podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski zrobiłem zdjęcie przedstawiające papieża podnoszącego kilkuletnie dziecko w pomarańczowej chustce na głowie. Znalazłem tę dziewczynę po ponad 20 latach i zrobiłem o niej fotoreportaż – właśnie kończyła weterynarię.

Musztardowa koszula

Szczygieł: Na początku lat 90. mundurek człowieka Zachodu to były dla nas marmurkowe jeansy i turecki sweter. Moja znajoma handlowała ubraniami przywiezionymi z Turcji z doszywaną metką „made in Italy” albo „made in France”, bo tylko takie się sprzedawały. Oczywiście nie miało to nic wspólnego z włoską elegancją czy francuską nonszalancją, ale tego jeszcze nie wiedzieliśmy. W ogóle bardzo długo ubieraliśmy się koszmarnie.

W 1994, już jako reporter „Gazety Wyborczej” sprzedawałam ciuchy moim kolegom i koleżankom z pracy. Szalenie modne były wtedy musztardowe koszule, więc moja znajoma, ta, która jeździła do Turcji po ciuchy, dała mi ich z 10 i ja je wszystkie w „Wyborczej” opyliłem. Potem już nie chciało mi się w to bawić, ona sama czasem przyjeżdżała do redakcji sprzedawać. Dzisiaj to sytuacja nie do wyobrażenia, że ktoś sprzedaje w redakcji „Gazety Wyborczej” ubrania. To był w ogóle czas akwizytorów w firmach. Nie wychodząc z pracy można się było obkupić. No, a potem zaczęły się pojawiać kartki „akwizytorom dziękujemy”.

McDonald's

Szczygieł: Nie przypominam sobie swojej pierwszej wizyty w McDonaldzie, ale wiem, że wszystko bardzo mi smakowało, w szczególności takie ciastko z gorącym nadzieniem jabłkowym. Dobrze też pamiętam jak bohaterowie mojego reportażu „Niedziela, która zdarzyła się w środę” opowiadali mi o swojej pierwszej wizycie w amerykańskiej sieciówce, kiedy poszedłem z nimi do pizzerii.

To była rodzina z Wrocławia. Ojciec musiał odejść z pracy, bo fabryka zmieniała właściciela. Dostał kilka pensji za to, że się sam zwolnił. Nie były to jakieś oszałamiające pieniądze, więc postanowił wydać je na przyjemności dla rodziny. Na lodówce powiesili kartkę, na której napisali „Cele przyjemnościowe”. Na liście była między innymi wizyta w „prawdziwej” pizzerii, czyli takiej, która serwuje pizzę, ale nie na cieście gofrowym, jak było to popularne w PRL-u. Była też wizyta w McDonaldzie. Pamiętam, że ta pani powiedziała mi, że wszyscy tam tak strasznie długo siedzą przy tych tackach, żeby „chwilę przyjemną na dłużej zatrzymać”. W Stanach McDonald był popularnym fast foodem, a u nas nowością, chodziło się tam w niedzielę, całymi rodzinami.

Prasa kobieca

Niedenthal: Po ‘89 liczba zleceń reporterskich spadała, aż w końcu w 1993 rozstałem się z magazynem „Time”, który nie potrzebował już fotografa w regionie. Marysia Majdrowicz, pierwsza redaktor naczelna polskiej edycji „Elle”, zaproponowała mi zrobienie sesji mody z Magdaleną Mielcarz. Chyba praca z tak piękną i profesjonalną modelką była najmilszym elementem tej sesji. Nie do końca nadaję się do fotografowania mody, gdzie nie ma czekania na dogodny moment, tylko ustawianie modelki. W latach 90. branża w Polsce raczkowała, więc fotograf miał jeszcze względną swobodę przy sesjach. Teraz pracuje się z całym sztabem – oświetleniowców, stylistów, fryzjerów, makijażystów, asystentów, więc prawdopodobnie robienie takich zdjęć podobałoby mi się jeszcze mniej. Lubię pracować sam. Nie umiem też zupełnie wydawać tych śmiesznych ekstatycznych okrzyków w stylu „Och, tak, cudownie, znakomicie, pokaż dzikość”. Potem robiłem jeszcze dla „Elle” coś, co pasowało mi o wiele bardziej. Dość kontrowersyjny, jak na tamte czasy, reportaż o polskich gejach.

PRL-owska „Przyjaciółka” przeszła na początku lat 90. gruntowną przemianę, a mnie zaproszono do wykonania kilku portretów znanych kobiet, między innymi Ireny Santor, Anity Lipnickiej czy Alicji Resich-Modlińskiej. Redakcji zależało na konwencji reporterskiej, co oczywiście bardzo mnie ucieszyło. Zdjęcia wykonywałem w swoim ogrodzie, bez dodatkowego oświetlenia, bardzo au naturel. Elżbieta Jaworowicz miała potem pretensje, że pokazałem kilka jej, bardzo zresztą uroczych, zmarszczek. Niestety „Przyjaciółka” szybko zrezygnowała z takich zdjęć, cała konkurencja drukowała zdjęcia mocno retuszowane. Moim zdaniem banalnych, powtarzalnych i bezosobowych.

Disneyland

Szczygieł: Pierwszy raz pojechałem na Zachód w 1993 i to od razu do Paryża. Wcześniej nie mogłem wyjeżdżać za granicę, bo ukrywałem się kilka lat przed wojskiem, a paszport musiała zatwierdzić wojskowa komisja uzupełnień. Jedną z pierwszych ustaw rządu Mazowieckiego było zniesienie tego zapisu. Na Zachód jakoś nie było mi pod drodze, chyba też dlatego, że nie znałem za dobrze żadnego języka. „Gazeta Wyborcza” zorganizowała wycieczkę do Paryża jako nagrodę w konkursie dla czytelników. Jechały dwie opiekunki z językiem francuskim no i ja. Miałem napisać reportaż z wizyty dzieci w dopiero co otwartym Disneylandzie.

Dla większości osób to był, podobnie jak dla mnie, pierwszy raz na Zachodzie. Podczas pierwszego wspólnego śniadania podeszła do mnie pewna pani i zapytała, czy mogę potem pokazać jej rodzinie jak odkręca się wodę. Wcześniejszego wieczora nie mogli się umyć z powodu braku tej wiedzy. Chodziło o to, że tam był jeden zawór, a nie dwa kurki, jak w Polsce. Ja też widziałem wtedy po raz pierwszy kran tego typu, ale mocowałem się z nim i udało się. Podczas tej pierwszej wizyty w Paryżu miałem dwa silne przeżycia. Najpierw dostrzegłem, że chodniki są równe.
Nie mam pojęcia, dlaczego tak to zapamiętałem. A potem zobaczyłem najniezwyklejszą dla mnie rzecz na świecie. Na chodniku pod Notre Dame sprzedawano kubki, takie do herbaty, na których zreprodukowany był obrazy van Gogha z tarasem kawiarni w Arles. Oniemiałem – z jednej strony wydawało mi się, że to przepiękna rzecz, z drugiej pierwszy raz w życiu widziałem dzieło sztuki na przedmiocie codziennego użytku. Nie kupiłem go, bo był bardzo drogi, ale strasznie tego żałowałem. Z następnej podróży przywiozłem taki kubek dla mojej mamy. Kilka tygodni temu też byłem w Paryżu i specjalnie poszedłem do sklepu z pamiątkami, żeby zobaczyć czy ktoś je jeszcze sprzedaje. Znalazłem kilka, kosztują teraz po 14 euro i oczywiście już nie robią na mnie takiego wrażenia.

Podczas wizyty w Disneylandzie pomyślałam, że to niesamowite, że te bajkowe kolejki to nic innego, jak strach na sprzedaż. Wtedy też po raz pierwszy widziałem film trójwymiarowy. Michael Jackson walczył w nim z kosmitami. Na jego twarzy było widać każdy pieprzyk, każdy por, to było nieprawdopodobne.

Byliśmy też na statku piratów, który imitował, że płynie. Woda w zbiorniku, w którym był umieszczony śmierdziała czymś chemicznym. Ktoś powiedział wtedy z obrzydzeniem „fe, fenol”. Nie wiem do dziś, co to jest fenol, ale zapamiętałem to słowo. Wszyscy zaczęli powtarzać z przekonaniem „tak, tak, fenol, okropne”. Pamiętam to zbiorowe podniecenie na temat tego, że ta woda śmierdzi. Myśmy się tego uczepili jak jakiegoś ratunku. Potwierdzenia, że ten Zachód nie jest jednak taki doskonały, że woda i tu może źle pachnieć. I to nas pokrzepiło i uratowało przed byciem poniżonymi przez ten „lepszy świat”. Rozmawialiśmy o fenolu i że woda śmierdzi z nieprawdopodobną satysfakcją.

Śmietanka i czarne talerze

Szczygieł: W przejściu podziemnym pod Rotundą babcia klozetowa oprócz tego, że wydawała papier toaletowy w częściach, sprzedawała śmietankę do kawy. Holenderską. Kupiłem ją, a kiedy wróciłem do domu zadzwoniłem do Hanny Krall, żeby pochwalić się zakupem. Pamiętam, że powiedziała „Panie Mariuszu, ta śmietanka jest rewelacyjna, też używam jej do neski, taka przyjemność życia się teraz pojawiła”. To były nieprawdopodobne czasy, tak byliśmy wygłodniali wszystkiego.

W marcu 1990 przyjechał do mnie Aurius, mój kolega z Litwy. Podałem mu śniadanie na bardzo modnym wówczas czarnym talerzu z duralexu. Nie mógł uwierzyć, że talerz może być czarny, myślał, że są tylko białe i w kwiatki. Powiedział wtedy, że w Polsce jest jak w niebie. On przeżył epifanię z czarnymi talerzami w Warszawie, a ja dwa lata później z kubkami z reprodukcją van Gogha w Paryżu. Może brzmi to dziś śmiesznie, ale to piękne wspomnienia, wszystko nas zachwycało.

Studio fotograficzne

Niedenthal: Bodajże w 1995 do Polski wrócił mój kolega fotoreporter, którego poznałem jeszcze w latach 70. Przez wiele lat mieszkał w Sztokholmie, gdzie prowadził studio fotograficzne i zaproponował mi, żebyśmy otworzyli coś własnego. Ostatni raz pracowałem w studio w Londynie na studiach i niezbyt mi się to podobało. Z bardzo prozaicznego powodu – pod tą szmatą, której używa się do przykrywania głowy przy pracy z dużymi aparatami, niesamowicie przetłuszczały mi się włosy. Ale teraz miałem znacznie mniej włosów, więc pomyślałem, że jakoś to będzie.

Nazwaliśmy firmę i wynajęliśmy parterowe mieszkanie do generalnego remontu przy Placu Politechniki. Córka Włodka, wówczas początkująca graficzka, zaprojektowała nam dość awangardowe logo – wyszczerzony głupawo żółty pies z wielkim trójkątem na czole. Ponieważ studio miało zajmować się fotografią reklamową, Włodek wymyślił, że powinniśmy założyć też agencję modeli, ale modeli reklamowych, do której mógłby się zapisać każdy – stary i młody, gruby i chudy. Po latach latania po Europie i wystawania na ulicy z aparatem, praca w jednym miejscu i w stałych godzinach była dla mnie szokiem.

Ikea

Szczygieł: Dekor był w PRL-u czymś niezwykle ważnym. Wszyscy byliśmy ze wsi, w miastach mieszkali robotnicy, którzy byli synami chłopów. A w szkołach uczyli inteligenci w pierwszym pokoleniu, którzy też byli synami chłopów. I z tej chłopskiej chaty wynieśliśmy potrzebę, żeby mieszkanie przypominało pałac. W związku z tym wszyscy kochaliśmy kryształy, meble na wysoki połysk, różne bibeloty.

A potem do Polski weszła Ikea. Myślę, że to w znacznym stopniu ona nauczyła nas prostoty, umiaru. Na początku snobowali się na nią mieszkańcy dużych miast, potem kupowali tam wszyscy. To było oczyszczenie naszych mózgów z estetyki dworkowej, reset gustu narodowego. Pamiętam, jak Wojciech Tochman kupił świeżo po otwarciu Ikei, wtedy jeszcze na Ursynowie, druciane krzesła. Strasznie niewygodne, ale wszyscy, którzy do niego przychodzili chcieli na nich siedzieć.

Talk-show

Szczygieł: Pomysł na program przywiózł ze Stanów reżyser, Witold Orzechowski. Uważał, że Polska potrzebuje pierwszego prawdziwego talk-show. Miało się w nim znaleźć miejsce dla wszystkich, których społeczeństwo uważa za dziwaków. Chodziło o to, żeby pokazywać ludzi, którzy mają inne style życia, alternatywne wartości, którzy nie wstydzą się swojej odmienności. I ten program stał się takim przewodnikiem po innościach. Wymyślaliśmy te tematy, chcieliśmy pokazać wszystko, czego nie było wówczas w telewizji publicznej. Pamiętam, że wymyśliłem program z ludźmi niskiego wzrostu. Wcześniej nikt karłów nie zapraszał do telewizji, w związku z tym była to sensacja.

Po programie zadzwoniła do mnie pani, która występowała w tym programie i powiedziała: „Bardzo chciałabym panu podziękować, że podał nam pan rękę”. Myślałem, że cały ten program był takim metaforycznym podaniem ręki. A to chodziło o to, że ja przywitałem się z nimi na wizji w ten sposób. Pani wyjaśniła mi, że nikt karłom nie podaje ręki na powitanie, ponieważ przez dorosłych są traktowani jak dzieci, a dzieci to w ogóle na nich plują. - Teraz taki szacunek dla nas na osiedlu nastał – powiedziała. Wszyscy oglądali ten program i uznali, że skoro trafili do telewizji, to widocznie są kimś i nie należy nimi pogardzać. Dla mnie to było nieprawdopodobne odkrycie, jaka jest siła telewizji.
Nagrywaliśmy w studiu z widownią. Czasem potrzebowaliśmy dokręcić scenę, w której ludzie się śmieją i wtedy reżyser rozbawiał publiczność. Szło bardzo opornie. Nie rozumieliśmy, dlaczego tak jest, kombinowaliśmy, że może ludzie nie mają zębów w porządku i wstydzą się uśmiechać.

Z czasem zrozumieliśmy, że oni po prostu nie wiedzieli, czy to wypada. No bo pójdzie taka dziewczyna na nagranie, a potem będą się z niej śmiali, że poszła do telewizji uśmiechy rozdawać albo będą wypytywać, co się tak szczerzyła jak głupia. To był lęk przed ośmieszeniem. W latach 90. musieliśmy budować na nowo swoją tożsamość i to często w zupełnie nowych sytuacjach. To naturalne, że byliśmy przestraszeni. Dziś już wiemy, co nam wolno, a czego nie. Publiczność w talent show jest wyluzowana, spontaniczna, żywo reaguje na to, co dzieje się na scenie. Ludzie nie boją się tak bardzo, że ktoś ich oceni.

Kompleksy

Szczygieł: Pokolenie ludzi, którzy w latach 90. mieli 20, 30 lat, to było pokolenie ludzi z ogromnymi możliwościami. Po studiach zostawaliśmy dyrektorami kreatywnymi w agencjach reklamowych, prezenterami telewizyjnymi, reporterami w największych tytułach w kraju i to najczęściej bez doświadczenia. Dziś to już jest niemożliwe, ale młode pokolenie nie ma tylu zahamowań i tak potwornych kompleksów, co my w latach 90.

Ja całe życie się wstydziłem, że nie znam angielskiego. Robiło mi się gorąco na myśl, że będę się musiał do tego komuś przyznać. Dziś osiągnąłem inne rzeczy i już nie boję się panicznie, że ktoś mnie oceni. Pamiętam, że jak przyjechałem do Warszawy na studia i nie znałem jakiejś książki, o której była mowa na zajęciach, to nie przyznawałam się, tylko natychmiast ją wypożyczałem i czytałem. I to nie z wielkiej pasji naukowej, ale ze wstydu. Wydaje mi się, że w dzisiejszym młodym pokoleniu tych kompleksów już nie ma, a przynajmniej nie w takim natężeniu. Panuje raczej podejście „może nie znam Nietzschego, ale co z tego, jestem świetna w PR-ze i dobrze radzę sobie na fitnessie”. No i mają lżej.

Odkrycia

Niedenthal: Większości swoich zdjęć robionych dla „Time’a” i amerykańskiego „Newsweeka” zobaczyłem dopiero niedawno. Jako korespondent kończyłem film i natychmiast wysyłałem go do Stanów. Oni już tam sami wywoływali te zdjęcia. Widziałem więc właściwie tylko te, które ukazały się w gazetach. Od kilku lat dłubię w tych slajdach, dlatego też co jakiś czas wydaję album. To efekt porządkowania z moją asystentką archiwum. Wiele zdjęć odkryłem dopiero po latach, np. zdjęcie z Lechem Kaczyńskim na wiecu Solidarności w Kościerzynie w 1989. Robiłem wówczas dużo zdjęć solidarnościowcom, ale jego wówczas nie znałem. Rozpoznałem go dopiero po wielu latach.

Podobnie było ze zdjęciem Lecha Wałęsy całującego się z żoną przed wyjściem z domu, które wcześniej jakoś mi umknęło. Robiłem wtedy dużo zdjęć Wałęsie, ale na tym widać autentyczną czułość między nimi. W tle widać jego teściową, czekającą z herbatą i kanapką dla Lecha. Takich odkryć jest całe mnóstwo. Archiwum to ogromna praca, dziesiątki tysięcy zdjęć do przejrzenia, często słabych technicznie – ruszonych, nieostrych, prześwietlonych. Mimo że w ostatnich latach nie robiłem dużo zdjęć, ostatnio zacząłem fotografować protesty antyrządowe. Jestem prawie na wszystkich, bo uważam to za mój obywatelski obowiązek.

Telewizja

Szczygieł: Nie wiedziałem, jak się prowadzi talk-show, robiłem to po swojemu. W „Na każdy temat” byłem trochę takim prostaczkiem bożym, który wszystkiemu się dziwi. Ale to zdziwienie w tamtych czasach było potrzebne, bez zdziwienia bym nie przetrwał. Nigdy nie lubiłem telewizji, nie czułem się tam dobrze. Zostało mi to zresztą do dziś, zarabiałem w ten sposób na mieszkanie, a kiedy je kupiłem, zwolniłem się.

W latach 90. pojawienie się w telewizji miało dla ludzi tę rangę, co nadanie szlachectwa. Było czymś naprawdę niezwykłym, do pewnego momentu było to medium odświętne. Potem się to zmieniło. W połowie lat 90. telewizja zaczęła pokazywać zwyczajne życie i to się ludziom bardzo podobało. Pięć lat później musiało to już być życie atrakcyjne. Do tego telewizja zaczęła używać szeroko pojętego śmiechu, głównie, żeby wyszydzać. Świat był pokazywany w krzywym zwierciadle, a prowadzący stali się lub starali się być błyskotliwi, czy też ironiczni, a przez to złośliwi. Telewizja poszła w stronę show, w którym im większego zrobi się z kogoś idiotę, tym lepiej. Ludzie oczywiście chcieli to oglądać, ale jednocześnie przestali szanować telewizję jako medium.

Kawiarnia

Szczygieł: Bardzo długo nie miałem żadnego sentymentu do Warszawy. Kiedy przyjechałem tu po maturze wydawała mi się miastem odpychającym, pełnym pustych przestrzeni, szarzyzny i brudu. Nazywałem ją nawet najbrzydszym miastem świata, chyba też dlatego nie brakuje mi żadnych miejsc. Teraz mam już spory sentyment, Warszawa pięknieje, no i jest Wrzenie Świata (kawiarnia i księgarnia założona przez Mariusza Szczygła i Wojciecha Tochmana – przyp. red.).

To chyba bardzo ludzki mechanizm. Jeśli by zapytać kobiety czy jej mąż był jej ideałem faceta, to ona najpewniej by zaprzeczyła. Zawsze podobali się jej dobrze zbudowani bruneci, a jej mąż jest brzuchatym blondynem. Taka kobieta zapytana, dlaczego się jej w takim razie spodobał, odpowie, że miał świetne poczucie humoru. Ten jeden element sprawia, że zupełnie inaczej zaczęła postrzegać całość. W moim przypadku było nim Wrzenie Świata. Tuż po otwarciu usiadłem na leżaku na Gałczyńskiego i pomyślałem „Kurczę, jaka to jest piękna ulica”. I ten mój zachwyt jakoś zaczął promieniować na całe miasto.

Warszawa

Niedenthal: Do Polski pierwszy raz przyjechałem z rodzicami latem 1963 roku. Pociąg zatrzymał się na międzynarodowym wówczas dworcu Warszawa Gdańska. Tamta część miasta nie była jeszcze mocno zabudowana, a dworzec przypominał raczej wiejską stacyjkę.

Kiedy dziesięć lat później przyjechałem do Polski z Londynu jako młody fotograf, myślałem, że przyjeżdżam tu na maksymalnie pół roku. Po kilku miesiącach wynająłem od dziennikarki, Krystyny Tarasiewicz, kawalerkę na 12. piętrze w wieżowcu na Tamce 49. Panorama była zachwycająca, zmieniała się w zależności od pory dnia i pogody. Z okna widziałem Stare Miasto, Pragę, oczywiście Wisłę, a kiedy wychylałem się z balkonu mogłem zobaczyć też Pałac Kultury i Śródmieście. Chyba wtedy naprawdę poczułem Warszawę. W ostatnich latach często łapię się na tym, że idę gdzieś i zachwycam się tym, jak porządnie są utrzymane ogródki kawiarni, skwery. Miasto nieustannie zmienia się na lepsze.

Luksus

Szczygieł: W połowie lat 90. poszedłem do studia nagraniowego, żeby poznać moją ulubioną piosenkarkę Lidię Stanisławską, która właśnie nagrywała płytę. W prezencie przyniosłem jej ciastko jabłkowe z McDonalda. Dzisiaj to niewyobrażalne, ale wtedy to nie był żaden obciach. Pamiętam, że jeden z pracujących z nią muzyków bardzo ładnie pachniał, zapytałem go co to za perfumy i okazało się, że to zielona woda Polo Ralpha Laurena. Lidia Stanisławska śmiała się, że tak pachną mafiozi z mafii pruszkowskiej, ale ja natychmiast poszedłem sobie kupić ten zapach. Wtedy to wydawało mi się bardzo ekskluzywne.

Ale chyba taki pierwszy prawdziwy luksus, na jaki sobie pozwoliłem, był w roku 1999. Prowadziłem w radio audycję o piórach wiecznych i przyszedł do mnie pan ze sklepu Bazarnik na Nowym Świecie. Powiedział, że w kolekcjonerskie pióra bardzo opłaca się teraz inwestować, zainteresowałem się tematem i rozmawiałem z nim po zejściu z anteny. Powiedział, że z okazji 10. rocznicy upadku komunizmu wyszło właśnie pióro Lech Wałęsa włoskiej marki Omas, dostępne tylko w 1989 numerowanych egzemplarzach. Numer jeden dostał Lech Wałęsa, jedenastkę sułtan Brunei. Do Polski trafiło tylko kilka egzemplarzy, a reszta była rozesłana do sklepów na całym świecie. Pióro było czarne ze złotą stalówką i z wygrawerowanym podpisem Wałęsy.

Jakoś mnie to wszystko zafascynowało i postanowiłem sobie takie pióro kupić. Kosztowało 3000 zł, to chyba była najdroższa rzecz jaką wtedy sobie kupiłem. Pan, który mi o nim powiedział, zapewniał, że za rok, góra dwa podwoi swoją wartość na giełdzie piór w Berlinie. Nigdy tego nie sprawdziłem. Chciałem wtedy mieć coś ekskluzywnego, co będzie też lokatą kapitału, a do tego obalenie komunizmu było dla mnie niesamowicie ważnym wydarzeniem. Choć jestem z ducha lewicowy, nie znosiłem i nie znoszę PRL-u, a komunizm w takiej odsłonie, jaką mieliśmy, uważam za chorobę. Jasne, że poczułem się wtedy wyjątkowo, że oto mam jedno z zaledwie 1989 piór.

Co zabawne, nigdy tym piórem nie pisałem, raz na dwa-trzy lata znajdowałem je w domu, kiedy sprzątałem i dziwiłem się, że je mam. W końcu ukryłem je, także nawet gdyby mnie obrabowano, pióro Lech Wałęsa numer 12 czy też 21 – do końca nie pamiętam – zostanie ze mną, bo nie sposób je znaleźć.

Polędwica

Szczygieł: Po raz pierwszy kupiłem sobie polędwicę bez kartek na rogu Wiejskiej i Prusa. To była polędwica sopocka i pamiętam, że była bardzo droga. Wcześniej nie kupowałam żadnych wędlin, bo były na kartki, a ja kartki wysyłałem przeważnie mojej mamie do Złotoryi. A do tego trzeba było stać w kolejkach.

Wiozłem ją na kolanach w autobusie na Mokotów i co jakiś czas wkładałem rękę do torby. Dotykałem polędwicy, wyjmowałem dłoń i wąchałem palce, bo to był dla mnie wtedy tak wspaniały zapach. Zjadłem ją właściwie na raz. Pani, która wynajmowała mi pokój, pytała przestraszona czy to czasem jej córka nie zjadła mi tej polędwicy, bo pamiętała, że przyniosłem duży kawał. Zaprzeczyłem słabo, bo było mi niedobrze z przejedzenia i zapytałem czy nie ma czegoś na żołądek. Musieliśmy się najeść tymi wszystkimi nagle dostępnymi rzeczami, nie było od tego odwrotu. To był normalny etap, który trzeba było przejść.


Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...