Nieustraszony obrońca wolności czy ekspert od wszystkiego? 9 typów komentatorów, na których na pewno trafiłeś w sieci

Palce aż cię świerzbią, żeby odpisać. Masz tyle argumentów, ciekawych spostrzeżeń. Chcesz dołączyć do dyskusji, ale w pierwszej kolejności przewijasz komentarze innych. Zaczyna pojawiać się coraz więcej wątpliwości. Warto tak ryzykować? Tego obrazili, tamtego zwyzywali. Oczami wyobraźni widzisz jak jeden z dyskutantów rzuca się na ciebie z pazurami, a drugi odkręca zawór z szambem. Jeżeli pomimo tego przyjmujesz wyzwanie, to najprawdopodobniej należysz do którejś grupy komentatorów, na których można trafić w sieci.

Ekspert od wszystkiego

Po czym go poznać? Głównie po tym, że jego komentarz brzmi: „ale wy jesteście naiwni. Serio w to uwierzyliście?”. Najczęściej z początku jest niedostępny i tajemniczy. Nie zdradza, co wie dopóki nie pociągnie się go za język. To takie podchody, niewinny flircik. Gdy już da się namówić, zachęcony przez spragnionych czytelników, zaczyna od „dobra, skoro prosicie, to wam powiem”. Potem leci karabinową serią zlepionych z różnych źródeł argumentacją i obowiązkowo swoją tezą. Niepodważalną. Jest to jednostka wybitna. Jej oczy widzą więcej, serce czuje bardziej. Nie kieruje się plebejskimi mediami, gardzi niemieckim kapitałem, a informacje czerpie z tylko sobie znanych ksiąg.

To bardzo szczególny typ. Trzeba być czujnym. Łatwo nabrać się na jego egzaltowany styl, wybitnie doszlifowany język, zgrabne i błyskotliwe metafory, pytania zadane „w punkt”. Aby podjąć się dyskusji musisz być zatem zwarty i gotowy. Jeżeli w twojej głowie pojawi się chociaż cień wątpliwości – odpuść. W przeciwnym razie spędzisz na Facebooku najbliższych kilka godzin. Ekspert nie odpuszcza, nawet jeżeli napisze, że dalsza dyskusja nie ma sensu. Spodziewaj się, że jak ochłonie i zbierze myśli zaatakuje z podwójną mocą.

Wbrew pozorom nie jest to komentator angażujący się tylko w kwestie światopoglądowe i etyczne. Jego główną pasją są zagadki kryminalne, tajemnicze zbrodnie i psychologia. Zanim policja wyda oświadczenia on już wie, co się stało. Kto zabił, kto zgwałcił, kto porwał. A śledczy to banda idiotów.

Wujek Dobra Rada

Najbardziej kręci go tematyka społeczna, ale równie chętnie angażuje się w dyskusje dotyczące... wszystkiego. Czuje, że bez jego porad ludzkość przestałaby istnieć. Lubi (tak w ramach porannego rozruszania) wytknąć komuś niemoralność, bo wstawił zdjęcie z imprezy, a nie z joggingu. Lubi delikatnie ukąsić, że przecież biała bułka jest niezdrowa i warto dołożyć 1,50 zł, by kupić chleb żytni. Nie jesz mięsa? Umrzesz z głodu. Albo w drugą: ty jesz mięso, a nasz doradca nie je - jesteś mordercą i zjadasz padlinę. Jak hiena, bo ten typ gustuje w barwnych porównaniach. Nie planujesz na razie ślubu i dzieci? Ty niedojrzały dupku/niekobieca kobieto. Masz troje dzieci i przyznajesz, że pobierasz 500 plus? Patologia. Chodakowska? Nie zna się na treningach. Lewandowską to można tylko wyśmiać za jej przepisy, a poza tym, WEDŁUG MNIE robi karierę, bo pasożytuje na mężu. Powstanie Warszawskie? Głupota, ja bym zrobił inaczej.


Ogólnie jest to typ, który moralnie jest wyżej od ciebie. Zawsze musi dorzucić swoje trzy grosze (reszta z chleba żytniego) i skomentować decyzje innych ludzi. Na jakikolwiek argument odpowie „jak nie chciałeś, żebym komentował, to po co wstawiasz zdjęcie obiadu?”. Poza tym dyskusja nie ma sensu, bo taki osobnik wbrew pozorom zna Google i Facebooka lepiej niż ty. Potrafi z szybkością błyskawicy wyszukać stosowny do swojej tezy cytat, mem lub badania amerykańskich naukowców sprzed 15 lat. A poza tym, „oglądał program i tam mówili, że…”. Z takimi argumentami się nie dyskutuje.

Nieustraszony obrońca wolności słowa. Ale tylko swojego

Bodaj najpopularniejszy typ zabierający głos w internetowych dysputach. Poznać go można po zaciekłych argumentach kwitowanych najczęściej frazą „ale to tylko moja opinia”. Na uwagi merytoryczne zawsze odpisuje „mam prawo do swojego zdania”. Jednak w dalszej części burzy najczęściej zapomina, że nie jest jednostką wybitną i tak jak on ma prawo do wyrażenia poglądów, tak uwaga… inni też mają! W oczach naszego bohatera to jednak nie ma znaczenia.

Jest to typ, który wybrane punkty Konstytucji poznał niedawno lub nigdy nie miał tego dokumentu w rękach, a wyobrażenie o nim buduje na podstawie zasłyszanych gdzieś urywków. W dyskusji na żywo nie potrafi doprecyzować, co to tak naprawdę jest wolność i którą jej definicją się kieruje. Żadnej nie potrafi sparafrazować. Niezależnie, którą opcję polityczną i religię wyznaje za jedyną słuszną odpowiedź uzna „mam prawo do swojego zdania”. I tak utnie każdą rozmowę. Szczególnie, gdy trafi na rozmówcę bardziej wyrafinowanego lub dociekliwego. Przed zapodaniem swojego zdania, naubliża dziennikarzom (pierdoły piszą), dyrektorom (pewnie kradli), dyrektorkom (pewnie przez łóżko), politykom (byle dorwać się do koryta) i celebrytom (ta jak się ubrała, zdziczenie). Potem przeklika się w inną zakładkę i stanie w obronie pracowników Biedronki i pań sprzątających (żadna praca nie hańbi, poza dziennikarstwem, polityką, dyrektorstwem i celebryctwem). A wszystkie dyskusje utnie zdaniem… Tak, właśnie tym.

Sprostowanie: Masz prawo do swojego zdania. Ale nie obrażaj, nie atakuj personalnie, wyciągaj wnioski, argumentuj, krytykuj – byle z głową i merytorycznie.

Wytrawny krytyk filmowy

Oglądam trzy filmy w tygodniu, więc wiem. „Wiem” to słowo klucz. Ten typ wie najlepiej, kto powinien dostać Oscara, a która produkcja to taki gniot, że „jak krytycy mogą się tym zachwycać?”. Jaki kontekst historyczny, jakie metafory i symbole, jaka głębia? Przecież to nuda, zasnąłem po pół godziny. Co?! Z ciekawości sprawdzam, a tu 22. miejsce w rankingu na Filmwebie?! Porażka. Taki komentator poza ciągłym oburzeniem, charakteryzuje się również docinkami na poziomie „pierdoła dla gimbazy”, „boicie się przyznać, że nie podobał się wam Stalker Tarkowskiego”, „przeintelektualizowany bełkot”. Lub w drugą: „nie zrozumiałeś dzieciaku, więc siedź cicho”.

W pierwszym momencie myślisz, a może ma rację? Odważny jest, bo przyznał się, że nie podoba mu się Bergman, a Lynch to klimat dla ograniczonych. Ale potem pojawia się refleksja. Gdzie merytoryczny argument, próba dyskusji o filmie jako dziele sztuki, coś więcej niż „głupie, nudne, 1/10”? Zaglądasz na profil takiego samozwańczego znawcy, a tam American Pie na 9, Testosteron na 8, a Siódma Pieczęć na 3 z komentarzem „dno”. A wystarczyłoby uświadomić sobie, że są różne gatunki filmowe, różne style, szkoły i historie… I oczywiście nie wszystko musi nam się podobać. Ale to wcale nie jest powód, by dyskredytować czyjeś wybory. Poza tym komentarze na poziomie publicznej toalety zawsze więcej mówią o autorze niż filmie. Ot, co.

Skrupulatny czytelnik słownika

Nie ma przebacz. To postrach wszystkich komentujących. Ci bardziej wrażliwi budzą się w nocy z krzykiem, a przed udostępnieniem chociażby cytatu z Churchilla sprawdzą go pięć razy. Dbałość o ojczystą mowę jest oczywiście wspaniałym przejawem patriotyzmu, ale… No właśnie. Wszyscy boimy się ortograficznych nazistów. W rozmowie z takim, cokolwiek byś nie napisał, to i tak w odpowiedzi dostaniesz link do Słownika Języka Polskiego.

Taki komentator często z atakiem czeka do samego końca. W najmniej oczekiwanym momencie dołącza do dyskusji i już: „Pani Grażyno, wspaniale, że zabiera Pani głos, ale zamiast tracić czas na te wytworne dyskusje, uprasza się o lekturę słownika”. Język takiego osobnika nie zawsze jednak charakteryzuje się taką uprzejmością. Często zapędza się w wulgaryzmy i obrażanie, popełniając przy tym dwa błędy. Gdy odpowiesz w tym samym klimacie („Panie Andrzeju, miło, że martwi się Pan o stylistykę Pani Grażyny, ale zapomniał Pan, że „nie” z przymiotnikami…”) możesz go zdemaskować. Jak? Po czym poznać prawdziwego fascynata języka polskiego? Powróci do uprzejmości, odpowiadając: „Dziękuję za poprawienie, ale zdenerwowałem się. I piszę z telefonu. Pozdrawiam”. Zawsze, skubany, pozdrowi. Dalsze dyskusje lepiej odpuścić. Czegokolwiek nie dotyczyłby problem, czy to kryzysu uchodźczego, czy wyboru restauracji na lunch, najważniejsze i tak okażą się prawidłowo postawione przecinki. Nie przepuści żadnej okazji.

Osobnik, który zgubił kontekst

Prawdziwa zmora. Albo raczej samotnik, który albo nie ma z kim podzielić się swoimi odkrywczymi tezami, albo rodzina zamyka go w komórce pod schodami, gdy mówi zbyt dużo. To taki typ, który pod tekstem o kosmetykach pisze, że PiS niszczy Polskę, a TVN to niemiecka tuba propagandowa. Łatwo poznać, że nie przeczytał całego wpisu, jeżeli jest zbyt długi, a na artykuł nawet nie rzucił okiem. Nawet jeżeli autor przeprowadzi dogłębną analizę, weźmie pod uwagę każdy głos lub napisze zaangażowany reportaż. I tak przeczyta, że jest niedouczonym bufonem, gdzieś tam był, w nogach spał i ogólnie to najlepiej, gdyby nie napisał już ani słowa. Dlaczego? Bo o dziennikarstwie nie ma zielonego pojęcia. Oczywiście według opinii osobnika bez kontekstu.

Typ ten zostawia znamienne ślady. Na przykład serię podobnych komentarzy pod kilkoma wpisami lub artykułami. Zobaczy w tytule nazwisko Kaczyńskiego - napisze, że to niszczyciel i karzeł. Zobaczy, że Trump odwiedza Polskę - napisze, że PiS to szuje. Zobaczy, że ktoś napisał recenzję książki Dehnela - napisze, że polski rząd nadaje się do chrzanu. I to wszystko w ciągu pięciu minut. Naukowcy do dziś nie zbadali czy komentatorzy z tej grupy odkryli już „ctrl+c, ctrl+v”, czy nadal nadwyrężają palce, by z pasją pisać bzdury.

Obrońca-aktywista i mściciel w jednym

Przerażający charakter internetowy. Nieprzenikniony i wzbudzający ambiwalentne emocje. Z jednej strony daje się poznać jako wielbiciel życia i obrońca praw każdej żywej istoty, z drugiej wybuchowy i dający ponieść się najczarniejszym instynktom. Okazję, by go poznać dostaniesz, gdy zgubi się twój pies, udostępnisz petycję Greenpeace’u lub skomentujesz post o pobitym dziecku/zakopanym kocie/produkcji mięsa/manifestacji feministycznej. Wtedy następuje przemiana. W przyjemniaczka, głosiciela „peace&love” wstępuje prawdziwa bestia. Ten, który na co dzień udostępnia wszystkie posty o poszukiwanym zwierzaku, organizowanych zbiórkach i petycjach przeciwko niszczeniu planety transformuje w kategorycznego zwolennika kary śmierci dla pedofilów czy wykonawcę linczu na psim kacie.

Chociaż w skrajnych przypadkach można zrozumieć wzburzenie, w końcu każdego z nóg ścinają drastyczne zdjęcia i opisy, to nadal warto powściągnąć emocje i zachować godny poziom dyskusji, szukać rozwiązań. Wydawałoby się, że dawno dowiedzieliśmy się, że zwalczanie agresji agresją raczej nie przynosi skutku. A tym bardziej używanie sformułowań w stylu „takiego to do gazu”, „uciąć przyrodzenie”, „byłabym pierwsza, żeby wymierzyć mu karę” czy „zgubiłeś psa? Takim nie powinno dawać się zwierzaka” kwalifikują raczej do leczenia farmakologicznego niż udziału w rzeczowej dyskusji.

Zagubiony w sieci

Ten typ dzieli się na dwie podgrupy: niewinny-nieświadomy i agresor-buntownik. Pierwszy jest raczej niegroźny, stawia pierwsze kroki w Internecie i nie do końca rozumnie pewne mechanizmy (ślady zostawia głównie pod tekstami AszDziennika), a wszelkie uwagi przyjmuje z pokorą („Dziękuję. Pozdrawiam.”). Drugi typ to nie do złamania obrońca własnej tożsamości i suwerenności. Najczęściej zostawia komentarze oszczędne w treści i formie: „ałtor cymbał”, „halina, odezwij się, całuski”. Na subtelną sugestię komentatora-słownika reaguje buńczucznie, pisząc „ta mondry się odezwał”, a na informację, że to drugie to chyba miała być wiadomość prywatna, którą wysyła się w inny sposób, odwarkuje, że „wal się pan”.

Do podgrupy buntowników zalicza się dzieci, które niby o internecie wiedzą wszystko, ale właściwie nic i nowych bywalców po 50., którzy emigrują z Naszej Klasy. I jedni, i drudzy żyją w tej czasoprzestrzeni, gdzie jeszcze wyznaje się pogląd, że w sieci wszyscy są anonimowi.

Taki osobnik często się dziwi. Chociaż tablice zawaloną ma cytatami o miłości, prawdziwym związku, życiu, śmierci i wolności nie ma oporów, by zganić innych: „po co pisać o takich pierdołach?”, „co mnie interesuje, że było trzęsienie ziemi w Wenezueli?!”, „bez sensu”. Jeżeli jednak trafi na swój temat – o, wtedy klękajcie narody! Miast tracić czas na zbędny słowotok, wyrzuci z siebie serię linków do podejrzanych stron, bo tylko tam jest prawda. Jak będziesz chciał, to sobie sam przeczytasz. Ale to może nawet lepiej, bo ten typ charakteryzuje wyjątkowa niedbałość o zasady gramatyczno-stylistyczne.

Propagator normalności, czyli moja racja jest najmojsza

Łatwy do zidentyfikowania, bo jego ulubionymi słowami są: nienormalne i patologia. Tymi epitetami posługuje się, by zwięźle opisać rzeczywistość, nad którą od wieków pochylają się uczeni tego świata. Gardzi seksem innym niż przy zgaszonym świetle, homoseksualizm uważa za wymysł nowoczesnych liberałów, a praca inna niż w wymiarze od poniedziałku do piątku w godzinach 8-17, to w jego pojęciu zbijanie bąków. Co ciekawe, ujawnia się zawsze i regularnie pod tekstami o BDSM, trendach erotycznych, relacji z podróży, która jest jednocześnie pracą lub wywiadem z gejem. Najprawdopodobniej ma zapędy masochistyczne, bo kto normalny (sick!) z własnej woli przyjmowałby taką dawkę "nienormalności"?
Z takim typem ciężko przejść na inny poziom dyskusji, bo często ma argumenty w postaci słów znanych Polaków i autorytetu Jana Pawła II. Według niego to niepodważalne dowody, a na sugestie, by zamiast tylko czytać, zaczął również analizować dostępne dokumenty odpowiada, że „wiesz co, ty zapatrzony w te swoje lewacki ideały głupcze, masz zbyt zamknięty umysł”. Wszelkie inne dowody, że na przykład aborcja nie jest wymysłem nowoczesności, traktuje jako obrazę. Początkujący propagator ogranicza się do krótkiego: „według mnie to jest chore”. Jeżeli nie jesteś pewien czy masz do czynienia z propagatorem normalności czy ekspertem od wszystkiego – czekaj. Jeżeli użyje którejś z fraz: kiedyś tego nie było/kiedyś było lepiej/współczesny świat do moralny upadek, masz pewność. To propagator. Dodatkowo taki, który nie bardzo zna klasyków i historię. Często myli pojęcia, posługuje się popularnymi frazesami, kieruje się zdaniem innych i używa słów, których znaczenia nie zna. W ostateczności nazwie cię grubą świnią lub szczekającą feministką, bo szacunek dla kobiety nie mieści się już w jego pojęciu normalności.



Odwiedź Bliss na Instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...