„Idiotyczne przekonanie, że jakiś kraj jest najlepszy, bo ty się w nim urodziłeś” – czyli młodzi o patriotyzmie

Ulice Warszawy podczas lipcowych protestów fot. Maciej Stanik
Wnioskując po ofercie sklepów biorących na reklamowe sztandary hasło „patriotyzm” czy fanpage’ach z rodzaju Tatuaże Patriotyczne, słowo na „P” jest równoznaczne z uwielbieniem dla husarii i żołnierzy wyklętych, bezgranicznej dumy z powstania warszawskiego, a do tego z nienawiścią do komunistów, Unii Europejskiej i islamu. Jak młodzi warszawiacy rozumieją patriotyzm? Czy, jak Dmowski, wierzą, że z racji bycia Polakami mają „obowiązki polskie”?

Lipcowe demonstracje przeciwko zmianom w sądownictwie, bodajże po raz pierwszy od czasów ustawy o ACTA wyciągnęły masowo na ulice młodych ludzi. Kilka dni później, pierwszego sierpnia na rondzie Dmowskiego zebrał się tłum, którego średnia wieku nie przekraczała 30. lat. Czy młodzi dorośli z ronda to ci sami ludzie, którzy przyszli niedawno pod Sejm ze świecami?

Z przeprowadzonego wiosną przez CBOS badania wynika, że zaledwie dla 2% z nas dobro Polski i patriotyzm to istotne wartości. Jak to jest z tym naszym patriotyzmem, zwłaszcza wśród młodego pokolenia? Pytamy o to ludzi z wyższym wykształceniem mieszkających w największym polskim mieście. Choć mówią o pragmatyzmie patriotyzmu XXI wieku, chętnie odwołują się do narodowych mitów. Czy wszyscy jesteśmy beznadziejnie uwikłani w martyrologię?

Ola, 28 lat, działaczka-lewaczka

Patriotyzm? Ja się tu tylko urodziłam. Równie dobrze mogłabym być Czeszką albo Chinką. I mówię to jako osoba bardzo świadoma swoich korzeni i historii Polski, w którą losy mojej rodziny są mocno uwikłane – miałam w rodzinie żołnierza wyklętego, dziadkowie przeżyli powstanie warszawskie. Moim zdaniem powinniśmy być globalnymi patriotami, czyli dbać o miejsce w którym przebywamy i dobre, pozbawione agresji relacje z ludźmi. Niezależnie od tego, co mamy napisane w paszporcie. Zgadzam się z Bartoszewskim – warto być przyzwoitym, choć nie zawsze się to opłaca.

Nauka zamiatania pod dywan

Jeśli mówimy o patriotyzmie w takim tradycyjnym znaczeniu, jako o dumie z kraju i jego historii, to powiedziałabym, że jestem antypatriotką. Trudno być dumną z narodu, który na przestrzeni wieków tak dużo rzeczy spieprzył. To nie jest tak, że tak sobie gadam, bo ktoś mi tak powiedział, albo lubię brzmieć kontrowersyjnie. Od dziecka interesuję się historią, mnóstwo na jej temat czytam. W szkole przegraną przez Polskę bitwę komentuje się w stylu „no tak, biedni, waleczni Polacy, ale nie dali rady diabolicznemu najeźdźcy”. Nikt nie uczy analizować przyczyn porażek.


Tak jak pani od polskiego nie powie, że Konopnicka, autorka uwielbianej przez kiboli „Roty” była lesbijką, tak podręczniki milczą o bitwie przegranej na skutek pijaństwa Kościuszki, który nie był w stanie dowodzić. Polska szkoła nie mówi wprost o tym, że kolejni królowie sprzedawali kraj wraz z mieszkańcami, a ta wspaniała, niezwyciężona husaria jako formacja wojskowa większość bitew przegrała. Martyrologia na piedestale na każdym kroku.

Polskie hygge
Przekonanie, że „jakoś to będzie”, tak dla nas charakterystyczne też nie pomaga nam jako narodowi. Daliśmy przywileje szlachcie, zakładając, że jakoś to będzie – a przecież ta decyzja przyczyniła się koniec końców do rozbiorów. Podobnie jest z 500+ – nikogo szczególnie nie obchodzi, że to może położyć gospodarkę, albo, że jak rząd daje pieniądze, to skądś je przecież musi zabrać. Znowu wydaje się nam, że wszystko się ułoży, a decyzje podejmowane dziś nie mają wpływu na przyszłość. No a nawet, jeśli jakiś mają, to pomyślimy o tym jutro.

1 sierpnia
W tym roku 1 sierpnia jechałam rano metrem i słyszałam rozmowę dwóch chłopaków, lat na oko 20, koszulki Red is Bad, dresy-rurki w moro, na stopach nike’i. Ze względu na higienę pomijam wszystkie wypowiedzi w których pojawiają się oczywiście: kurwy&złodzieje, kodziarze, koryto, itp. Pierwszy mówi: Ej, a może w przyszłym roku zaczniemy świętować wszystkie zwycięskie powstania w ten sposób? Drugi: Ale chyba my nie wygraliśmy powstania warszawskiego. Pierwszy: No jak to nie? Przecież powstanie zakończyło wojnę. Pokonaliśmy Niemców i znowu uratowaliśmy Europę. Drugi: A, noo tak. Jakie jeszcze powstania, czy tam wojny, my wygraliśmy? Pierwszy: Prawie wszystkie.

Patriotyzm obnoszony przez samców alfa na koszulkach trafia do nieskomplikowanych umysłów, bazuje na prostych, żeby nie powiedzieć prymitywnych emocjach. Nienawiść jest bardzo łatwa, potrafi rozładować nagromadzone, negatywne emocje. Idea wymaga znacznie więcej. Żeby być mitycznym lewakiem potrzebujesz ogromnej empatii, nieustannej walki ze sobą, żeby z niechęci przejść do zrozumienia drugiego człowieka – jego poglądów, lęków, potrzeb. Jest sobie taki patriota Mariusz i on by sobie ponapierdalał wrogów ojczyzny. Tyle że nie za bardzo wie, kto dziś jest tym wrogiem.
Dla tych chłopaczków powstanie warszawskie na poziomie emocjonalnym jest trochę jak nowa część gry o Wiedźminie czy film „Gladiator”. Mnie godzina W zawsze przeraża, myślę o tym, że jestem młoda, mam tyle planów, a ci ludzie byli w moim wieku i młodsi. To są dla mnie w pierwszej kolejności ofiary, nie bohaterowie.

Ludzie od zawsze są podzieleni, jeśli chodzi o poglądy polityczne. To zawsze pytanie o to, czy wyżej stawiamy dobro jednostki czy dobro społeczności. Śmieszy mnie bulwersowanie się lewicowymi poglądami jakby były wymysłem ostatniej dekady. Ostatnio zwróciłam uwagę panu, który agresywnie zaparkował w godzinach szczytu na rondzie Daszyńskiego, brakowało kilku centymetrów do potrącenia trzech osób. Zrozumiałabym gdyby powiedział, że odbiera dziecko, czy że zostawił ważne dokumenty w biurze, ale on obrzucił mnie takim stekiem wyzwisk, że zastanawiałam się czy nie zadzwonić na policję. Powinniśmy jako naród wyjąć trochę kij z dupy i nauczyć się przyjmować krytykę. Jeśli nie podoba się nam prawda wrzeszczymy, tak jakby wszystkich można było przekrzyczeć. Nikt nie jest w każdej sytuacji prawy i sprawiedliwy.

Zosia, 26 lat, lewicowa nie-aktywistka

Wierzę, że patriotyzm to nie tylko definicja z tabelki w podręczniku do WOSu. Tu się urodziłam, wychowałam, ta kultura i język mnie kształtowała. Wydaje mi się, że rozumiem tę polskość, o której rozpisywał się Gombrowicz, z jej zaletami i przywarami. W niej w końcu wyrosłam. Gdyby ktoś napadł na Polskę, chciałabym bronić wspólnoty w której żyję. Współczesny patriotyzm powinien polegać właśnie na dbaniu o wspólnotę obywateli. Tu i teraz. Chodzi o drobnostki – segregowanie śmieci, kupowanie lokalnych produktów, płacenie podatków, ale też kupowanie biletów ZTM czy PKP, a nie uciekanie jak dzieciak przed kanarem. To ważne, żeby śledzić bieżące wydarzenia dotyczące kraju, wiedzieć co się dzieje. Nie ma patriotyzmu bez rzetelnej wiedzy.

„Obowiązek polski”
Państwo mnie wykształciło, leczyło i leczy, jeżdżę komunikacją miejską finansowaną ze wspólnej kiesy. Skoro tyle otrzymałam, to uważam, że powinnam partycypować w stwarzaniu tych samych albo nawet lepszych możliwości dla innych ludzi i przyszłych pokoleń. Za dużo w Polsce myślenia w kategorii „mój dziadek i pradziadek”, powinniśmy raczej pochylać się nad losem przyszłych pokoleń i nad tym, co zastaną nasze prawnuki. Uważam, że chodzenie na manifestacje jest też rodzajem obowiązku patriotycznego, oczywiście o ile się je popiera. Jak inaczej mamy dać znać, że coś nam nie pasuje, skoro wszystko wskazuje na to, że na wybory jeszcze sobie poczekamy?
Duma i wstyd
Uważam dumę z czegoś, na co się nie miało wpływu za kretynizm. Tak samo jak nie jestem dumna, że urodziłam się w XX wieku, albo że mam tyle wzrostu, ile mam, tak niespecjalnie łączę moją polskość z poczuciem dumy. Ciężko jest mi być dumną np. z bitwy pod Grunwaldem w 1410 roku, bo przecież mój udział w niej był zerowy. Protestowałam w obronie sądów i kiedy patrzyłam na wszystkich tych ludzi, którzy podobnie jak ja spędzali wieczór skandując w tłumie, żeby bronić demokracji, to byłam może nie dumna, ale wzruszona.

Czasem wstydzę się za sposób w jaki prowadzony jest dialog społeczny. Język używany w debacie publicznej jest wykluczający i nienawistny. I to po obu stronach. Z jednej strony mamy „komuchów”, „KODomitów”, z drugiej „PISdzielców” i „czarnogród, który sprzedał się za pińcet”. Jeśli tak patrzymy na tych, którzy się z nami nie zgadzają i obstajemy przy podziale „my i oni” to trudno w ogóle przyjąć założenie, że jakakolwiek zmiana ma na celu dobro wszystkich.

Mowa nienawiści generuje wieczną walkę. Nie ma decyzji neutralnych, są wbrew czemuś i komuś na złość. Osoby będące beneficjentami 500+, które radziły sobie i bez pomocy państwa wyśmiewają tych, dla których to rzeczywiście ogromne wsparcie. Mnożą się przeważnie wyssane z palca opowieści o ciążach, żeby zgarnąć 500+, które nie różnią się niczym innym od historyjek o kobietach, które usuwają ciążę „żeby pojechać na narty”. To nic innego jak demonizowanie przeciwnej strony barykady. Żeby cokolwiek zmieniać potrzebujemy założenia, że ludzie mogą różnić się poglądami, ale mają dobre intencje.

Krzysiek, 25 lat, euroentuzjasta

Przez 11 lat mieszkałem poza Polską. Chodziłem do unijnej szkoły, która zapewniała mi regularne lekcje polskiego zgodne z polskim sylabusem. Bawią mnie te wszystkie frazesy, że „Unia zniszczy”, „obedrze z polskości”. To brednie, które łykają osoby nie mające pojęcia o funkcjonowaniu Unii Europejskiej czy prawie unijnym. W dobie globalizacji Unia raczej skutecznie chroni specyfikę państw członkowskich, niż je unifikuje. Nie szukając daleko, choćby przez ochronę produktów regionalnych, czy właśnie szkolnictwo. W szkole w Brukseli miałem więcej polskiej historii, niż moi rówieśnicy w Warszawie. Pamiętam, że byłem zawsze bardzo dumny z Polski podczas lekcji historii powszechnej. Przez ostatnie dwa lata przed maturą przerabialiśmy tylko historię XX w. i wydarzenia związane z Polską wypełniały większość materiału, razem z ludźmi z całej Europy uczyłem się o Bitwie Warszawskiej czy Westerplatte i te wydarzenia wcale nie były marginalizowane.

Na lepsze
Moi rodzice dostali pracę w strukturach unijnych zaraz po przystąpieniu Polski do wspólnoty, w 2004 roku. Pamiętam, że w pierwszych latach, kiedy znajomi ze szkoły odwiedzali nasz kraj potem wyśmiewali się, że jesteśmy tacy zacofani i że biedę widać gołym okiem. Oczywiście, że to była kwestia niezrozumienia czy nieznajomości procesów historycznych, ale każdy obcokrajowiec i to nie tylko 15-letni zauważy prędzej, że chodniki są krzywe, ludzie byle jak ubrani, a hotele i restauracje odstają standardem od zachodu, niż pomyśli „No tak, II wojna światowa i komunizm”.

Z czasem tych negatywnych opinii było coraz mniej, a w liceum ludzie podchodzili do mnie po wakacjach i mówili: „wiesz, byłem w Krakowie, naprawdę świetne miasto, super się bawiłem”. Mam nawet kolegę Holendra, który wpada do Warszawy, kiedy tylko może. Był tu w zeszłym roku nawet na Sylwestra. Ten postęp – jeśli chodzi o infrastrukturę, ale też aspekt wizualny polskich miast bardzo mnie cieszy. Urodziłem się w Warszawie i kocham to miasto, dlatego skrajnie irytują mnie ludzie, którzy tu mieszkają, ale nie płacą podatków. To taki mój patriotyzm lokalny.

Dług wdzięczności
Nie wiem co to za Polska, której jestem coś winien. Przecież to mozaika ludzi, ich dokonań i przewin. Rzeczywiście, jestem dumny z tego, jak poradziliśmy sobie z wejściem w kapitalizm w 1989, z którym uporaliśmy się o wiele lepiej niż nasi wschodni sąsiedzi i którego efektem było przystąpienie do Unii, ale to jeszcze nie powód, żeby uznawać, że mam jakikolwiek dług.

Myślenie o obowiązkach wobec Polski nieuchronnie prowadzi do pewnego rodzaju wzajemności i przekonania, że skoro ja robię dla Polski to i to, to oczekuję tego i tego. A to po prostu nie działa w ten sposób w tak młodej demokracji. Hasła w rodzaju „Szwecja nie wygrała wojny, a jest bogata” pokazują tylko, że spora część narodu ma mentalność dziecka – bezbronnego i skrzywdzonego. Do tego to dowód na to jak strasznie kuleje polska edukacja, która nie uczy dostrzegać przyczyn i skutków, ale widzieć „dobro” i „zło”, które nijak nie prowadzą do zrozumienia historii. W niej nigdy nie chodzi o to, kto jest czarny, a kto biały. Historię piszą zwycięzcy.

Ewa, 29 lat, poglądy centrowe

Współczesny patriotyzm to w moim odczuciu przede wszystkim uczciwe płacenie podatków i znajomość historii. Chciałabym dodać jeszcze „poszanowanie prawa", ale w ostatnich latach niektóre zasady gry w Polsce zmieniły się na tak represyjne (antykoncepcja „dzień po” na receptę na przykład), że nie jestem już do tego przekonana. Jeśli w ogóle jestem coś Polsce winna, to myślę, że rodzaj wyrozumiałości, jeśli chodzi o polską mentalność. Mam wrażenie, że nasze pokolenie nie do końca rozumiem psychiczną spuściznę PRL-u, której nie pozbędziemy się z dnia na dzień. Zmiany kulturowe i mentalne zawsze są rozciągnięte w czasie.

500+
Jestem matką 2-latka i doskonale zdaję sobie sprawę jak drogie są wszystkie artykuły dla dzieci. Uważam, że 500+ to niedźwiedzia przysługa, ładne hasło do pomachania potencjalnym wyborcom przed nosem. Dlaczego państwo nie dofinansuje żłobków i przedszkoli, które są zbawieniem dla pracujących rodziców? Dlaczego całkowicie nie zwolni produktów pierwszej potrzeby dla dzieci z podatku? To jest prawdziwa polityka prorodzinna, nie rozdawanie pieniędzy. Koszty utrzymania dziecka odstraszają od macierzyństwa wiele rozsądnych par, a tych, którzy zdają się na „jakoś to będzie” do posiadania potomstwa nie trzeba zachęcać. Szczerze? Chciałabym mieć drugie dziecko, ale policzyliśmy, że na razie nas na to nie stać. I to nawet z 500+.

Lipcowe protesty
Wyprowadziłam się z Warszawy do małego miasta. U nas manifestacje są kilkunasto- , góra kilkudziesięcioosbowe i rzadko są to inicjatywy obywatelskie. Zazwyczaj to tylko pretekst dla radnych do manifestowania po której stronie stoją. Na ulice wychodzą, żeby napisała o nich lokalna prasa. Podłączenie się do takiego wydarzenia nie byłoby wyrazem sprzeciwu wobec wydarzeń w Polsce, tylko wkręcaniem się w lokalne polityczne gierki. Ale gdybym mieszkała w dużym mieście też nie jestem pewna czy wyszłabym na ulice. Nie wiem czy nie byłoby mi szkoda wolnego wieczoru... Nie oszukujmy się – jedna osoba mniej w tłumie niewiele zmienia. Ba, jak widać, setki tysięcy ludzi na ulicach niewiele mogą zdziałać... Z drugiej strony oglądając protesty w telewizji czułam jakiś rodzaj wyrzutów sumienia, że mnie tam nie ma. Czułam, że się z tymi ludźmi zgadzam.

Wzruszenia
Znasz taki filmik „There is a city” stworzony kilka lat temu na rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego? Bardzo się na nim wzruszam. Nie dlatego, że w mieście, które tak dobrze znam ginęli ludzie, tylko właśnie przez rzadkie dla nas poczucie wspólnoty, które pojawia się tego dnia. Rocznica wybuchu drugiej wojny nie wywołuje takich emocji.

Przeżywam też dość mocno sprawę Puszczy Białowieskiej. Nie kupuję za to zupełnie emocji związanych ze sportem. A tak ogólnie to bardzo lubię Polskę i Polaków i trochę mam do nas żal, że się tak wstydzimy za siebie za granicą. Dobrze się tu czuję, mam swoje miejsca, nieraz najpiękniejsze, jakie w życiu widziałam. Nie wyobrażam sobie emigracji.
Gdyby do nas przyszła, skłamałbym, że wyszłaś
Wojna niemal zawsze jest udziałem w konflikcie politycznym, który w obliczu zagrożenia życia mojej rodziny, miałabym, sorry, głęboko gdzieś. I to nie dlatego, że nie popieram polskiego rządu i czuję się Polką bezpaństwową, tylko dlatego, że uważam, że moją misją życia jest chronić moje dziecko. Reszta w obliczu tej misji nie ma żadnego znaczenia.

Pewnie pomyślisz, że jestem hipokrytką, bo wzruszam się powstaniem, a sama w obliczu wojny chciałabym jak najszybciej wyjechać. Ludzie których II wojna światowa zastała w Warszawie robili różne rzeczy: jedni stawali do partyzanckiej walki, inni chowali się lub uciekali i moim zdaniem wszyscy zasługują na podziw i pamięć. Nikt z nas nie wie jak zachowałby się w takiej sytuacji, tak samo jak nikt z nas nie wie jak zareagowałby, gdyby potrącił śmiertelnie człowieka. Z jednej strony jesteś pewna, że byś się zatrzymała, zadzwoniła po karetkę i policję, ale tak naprawdę nie wiesz, może byś spanikowała... Nie deklaruję obrony kraju, bo bardziej od kraju kocham swoich bliskich.

Wojna to zawsze patologia, a nie złote karty historii. To smutne, że wciąż opowiadamy o niej w uwznioślających kategoriach. Mówimy o oddawania życia za ojczyznę, a nie o zabijaniu za nią ludzi. Ostatnio widziałam film „Frantz” w reżyserii Francoise’a Ozona, który pokazuje między innymi jak Niemcy i Francuzi nienawidzili się po I wojnie światowej. Ci ludzie nie rozumieli, że ich synów na śmierć wysłało państwo, to z czyjej ręki zginęli jest drugorzędne.

Mateusz, 24 lata, demokrata-racjonalista

Polska jest tutaj, 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Kiedy widzę swoich rówieśników w tych wszystkich koszulkach patriotycznych jak zaczepiają przechodniów, śmiecą na ulicy albo niszczą wiatę przystanku, to nie wiem czy śmiać się, czy płakać. Patriotyzm to proza życia – sprzątanie po swoim psie, kupowanie biletów. Brakuje nam bardzo rzetelnej edukacji historycznej, która nie wartościowałaby historii Polski, nie próbowała wybielić własnego narodu, jak robi się to obecnie. Przecież uczucia do ojczyzny ma się nie dlatego, że jest wielka i potężna, ale dlatego, że jest własna. Historia oprócz skali makro, ma też skalę mikro, którą łatwiej odnieść do siebie. Mimo że do Warszawy przyjechałem na studia, czuję się bardzo związany z miastem, sporo wiem o jego historii. Kiedy przyjeżdżają do mnie znajomi zawsze zabieram ich na takie historyczne spacery.

Nie powiedziałbym, że mam jakieś szczególne obowiązki względem Polski poza wspomnianą wcześniej dbałością o wspólnotę, ale dbałbym o nią niezależnie od miejsca zamieszkania. Jeśli biorę udział w jakiejś inicjatywie, to na pewno nie z poczucia obowiązku. Protestowałem w obronie sądów, chociaż zdaję sobie sprawę z jej symbolicznego charakteru.
Waleczni młodzieńcy
Myślę, że jeśli odczuwam jakieś okołopatriotyczne wzruszenia, to w związku z Powstaniem Warszawskim. Godzina W robi wrażenie, nie tylko w Warszawie, ale też w mniejszych miastach, gdzie ludzie pamiętają, żeby o 17 się zatrzymać. W tym roku 1 sierpnia szedłem po Bielanach z dużą flagą i wymieniłem się szczerymi uśmiechami z kilkoma starszymi osobami. To było cholernie wzruszające. W przeciwieństwie do rac i okrzyków. Powstanie, w którym zginęło ponad 200 tysięcy osób naprawdę nie powinno być świętowane jak zwycięstwo Legii, to dla mnie brak szacunku. Nie lubię coraz częstszych ostatnio publicznych deklaracji młodych osób gotowych bronić przed czymś, nie wiadomo do końca czym ojczyzny. Uważam, że to niesmaczne, przecież ludzie z pokolenia tych, którzy za ojczyznę rzeczywiście ginęli dalej żyją. Wątpię żeby ktoś chciał wtedy walczyć i umierać, tracić bliskich. To raczej wojna wdarła się w ich życia.

Zdarza się, że zachwycam się też pięknem polskiego krajobrazu, szczególnie w Tatrach. Zazwyczaj chwilę później mam to szczęście, że spotykam grupę turystów ucieleśniających narodowe wady i wracam do rzeczywistości. Odczuwam rodzaj dumy, kiedy czytam o naszych sukcesach w sporcie, ale też w biznesie, sztuce czy nauce, ale być dumnym z samego faktu bycia Polakiem? Błagam… Równie dobrze mógłbym się urodzić w Portugalii i wtedy byłbym dumny z sukcesów Portugalczyków. Najbardziej bolą mnie zmiany w edukacji – każde pokolenie jest uczone mniej lub bardziej kochać i szanować Polskę, taka jest rola państwa – wychować sobie obywateli. Obawiam się, że szkoły będą zmierzały w kierunku całkowitej indoktrynacji, nauczały patrzenia „w jedyną słuszną stronę”. Strach być humanistą w takich czasach.
Trwa ładowanie komentarzy...