"Nie ma się czego bać"? Bzdura. Lęk to uczucie ludzi dojrzałych. Oto, jak uczynić z niego swojego sprzymierzeńca

Nie ma się czego bać? Bzdura. Lęk to uczucie ludzi dojrzałych. Prawo autorskie: studiostoks / 123RF Zdjęcie Seryjne
Ile to razy odkładaliśmy ważne decyzje z obawy przed konsekwencjami? Dziesiątki? O ile nie setki... Po fakcie zazwyczaj okazywało się, że nie było się czego bać. Mimo to, za każdym razem gdy stajemy w obliczu wyzwania wraca natrętna myśl i ukłucie strachu – a co jeśli się nie uda? Nie, to nie będzie tekst o tym, by pokonywać trudności i przeganiać czarne myśli. Wręcz przeciwnie.

Z psychoterapeutą Laboratorium Psychoedukacji, Mieczysławem Jaskulskim rozmawiamy o tym, ile w naszych lękach jest zdrowego rozsądku, kiedy warto im zaufać, a kiedy spojrzeć w oczy i pogrozić im palcem.

Niedawno w jednym z felietonów Katarzyny Miller znalazłam takie zdanie: "Bez lęku byśmy zginęli, robilibyśmy zbyt niebezpieczne dla nas rzeczy."

Zdecydowanie. Ten, kto się nie boi żyje barwnie, ale krótko. Lęk służy naszemu instynktowi zachowawczemu.

Czy zawsze? Zdaje się, że czasem lęk powstrzymuje nas przed zmianą na lepsze.

Rzeczywiście lęk nie jest jednoznacznym drogowskazem, jak wiele innych uczuć, takich jak złość. Kiedy rodzi się w nas gniew to bezsprzecznie oznacza, że zdarzyło się coś niezgodnego z nami. Tymczasem lęk, choć można porównać go do sygnału alarmowego informującego o zbliżającym się niebezpieczeństwie, nie zawsze ma rację. Nie zawsze powinniśmy go słuchać.



To skąd mamy wiedzieć kiedy go ignorować, a kiedy respektować?

Respektować lęk należy zawsze i nigdy nie należy go ignorować. Chodzi o to, by z uwagą się mu przyglądać i za każdym razem próbować podważać jego "opinię" o tym, czego powinniśmy się bać.

Nie jest to prosta diagnoza.

Z pewnością nie. To jedna z najtrudniejszych prób rozszyfrowywania siebie. Często boimy się własnych przekonań, które bywają fałszywe. Boimy się nieznanego, co choć naturalne, niezbyt rozsądne, bo nowe może być lepsze niż stare. I tak dalej...

Według Karen Horney, autorki "Neurotycznej osobowości naszych czasów", osią współczesnej neurozy jest lęk przed lękiem. Wychodzi więc na to, że najbardziej boimy się... bać.

Lęk to nie jest przyjemne uczucie. Mówi się, że sympatycy horrorów lubią się pobać, ale to nie jest prawda. Dreszczyk emocji i podniecający stan niepewności to uczucie zgoła inne niż utrata elementarnego poczucia bezpieczeństwa, które jest filarem neurozy. Lęk przed lękiem jest moim zdaniem uzasadniony i zrozumiały.

A czy to nie jest przypadkiem efekt uboczny mody na filozofię "bycia dobrym dla siebie"?

Rzeczywiście wiele osób opacznie lub bez głębszej analizy interpretuje radę psychologów, by być dla siebie łaskawym i opiekuńczym. Zwłaszcza u osób niedojrzałych emocjonalnie dbanie o siebie zatrzymuje się na etapie ochraniania siebie samego przed przykrymi emocjami. A to zupełnie nie o to chodzi, chociaż oczywiście do pewnego stopnia jest to naturalny odruch. Bycie dobrym dla siebie polega na postępowaniu ze sobą uczciwie i traktowaniu siebie samego poważnie, jak najlepszego przyjaciela. Kiedy chcemy dla kogoś dobrze, doradzamy mu w życiowych dylematach, a nie czujemy tego samego, co on, więc mamy szansę być obiektywni – kierujemy się jego dobrem i rozsądkiem. Wówczas często bywa, że mówimy "spróbuj, przełam się, wytrzymaj". Tymczasem gdyby przyszło nam podejmować tą samą decyzję, okazałoby się, że skulilibyśmy się w kłębek, żeby się nie wychylać, żeby tylko nie ryzykować. Nie musieć się bać.

Czyli jest pan zwolennikiem podejścia "bój się i rób"?

Generalnie tak, choć nie bez wyjątków. Zawsze powinniśmy ocenić ile tracimy nie ryzykując, a ile bojąc się i podejmując ryzyko. Jeśli czujemy, że nie udźwigniemy w życiu więcej w danej chwili, odpuśćmy.

Z jednej strony dość łatwo jest powiedzieć sobie "więcej nie zniosę", z drugiej przełamywanie lęków świadczy o odwadze.

Nie zawsze, czasem o chęci udowodnieniu sobie i światu, że jest się kimś innym niż się faktycznie jest. Dlatego nie lubię określenia "przełamywanie lęku". Kojarzy się z robieniem czegoś wbrew sobie i rozsądkowi. Radzenie sobie z lękiem i działanie mimo niego polega raczej na uczeniu się życia z nim, na oswajaniu tego uczucia. Kiedy chcemy namówić dziecko, które boi się wody, na naukę pływania, wrzucenie go bez koła ratunkowego do basenu poskutkuje raczej atakiem paniki i urazem na całe życie, aniżeli zrywem odwagi i pewności siebie. A nawet jeśli terapia szokowa da pozytywne rezultaty, to i tak poczucie lęku zapamiętamy jako wroga, jako coś nieprzyjemnego z czym trzeba walczyć. Tymczasem są proste sposoby, by zminimalizować lęk.

Jakie?

Wszystkie strachy stają się mniejsze, gdy nadamy im imiona. Rozumienie źródeł lęku w większości przypadków albo uświadamia nam, że nie ma się czego bać, albo zmniejsza jego status do poziomu, w którym jesteśmy w stanie go znieść. Jest tak, ponieważ bardzo często boimy się rzeczy absurdalnych. Na przykład boimy się konfrontacji z szefem, bo być może spojrzy na nas złowrogo... albo podniesie głos. A tak naprawdę jeśli mamy pewność, że za to, co zrobiliśmy nas nie zwolni, nie mamy się czegoś bać. Jeśli popełniliśmy błąd, zapewne wystarczą przeprosiny.

Często też boimy się samych siebie – że będziemy z siebie niezadowoleni, że zawiedziemy własne oczekiwania.

Tak, to wszystko wiąże się z naturalną potrzebą bycia spokojnym i szczęśliwym człowiekiem. Jednak gdy boimy się samych siebie zapominamy, że to my sami decydujemy o tym, jaki mamy do siebie stosunek, na ile sobie pozwalamy. Lęk przed samokrytyką najprawdopodobniej oznacza, że jesteśmy dla siebie zbyt surowi.

A lęk przed samotnością?

Jest naturalny, ale jeśli mu ulegamy i z jego powodu tkwimy np. w nieszczęśliwym związku lub marnujemy czas na przelotne znajomości, będące wyłącznie plastrem na ranę, paradoksalnie pogłębiamy w sobie i poczucie lęku, i samotności. Tak samo jest z nudą – kiedy nas dopada, chwytamy telefon i przeglądamy media społecznościowe, by wypełnić pustkę... Efekt? Po godzinie czujemy się jeszcze bardziej znudzeni.

Dlaczego tak jest?

Bo i samotność, i nuda to stany, które każdy dojrzały człowiek powinien umieć zaakceptować i znieść. Ostatecznie oba są koniecznością przebywania wyłącznie we własnym towarzystwie, zajęcia się sobą, swoimi uczuciami i myślami. W gruncie rzeczy, nic strasznego. Ale jeśli boimy się zaglądać w siebie, to z pewnością nie będziemy umieli o siebie mądrze zadbać i odciąć się np. od wspomnianych toksycznych relacji.

A czy lęk przełamany, lub jak pan określił – oswojony – nigdy nie wraca? Dość znana z książki Franka Herberta pt. "Diuna" modlitwa do lęku mówi, że "Nie wolno się bać, strach zabija duszę./Strach to mała śmierć, a wielkie umieranie./Stawię mu czoła./Niechaj przejdzie po mnie i przeze mnie./A kiedy przejdzie, odwrócę oko swojej jaźni na jego drogę./Którędy przeszedł strach, niczego już nie będzie./Tylko ja pozostanę."

No cóż, z psychologicznego punktu widzenia przyzwolenie na strach powoduje, że nie zabija on duszy. Często pozwolenie sobie na odczuwanie lęku, powoduje, że on znika. Ale rozumiem, że ten cytat to metafora sytuacji, w których ryzykujemy wiele, robimy coś, choć bardzo boimy się konsekwencji i po wszystkim czujemy, że zwyciężyliśmy. Że się opłacało. Czujemy się mocniejsi. Myślę, że ten stan ducha może towarzyszyć również osobom, które wygrały z ciężką chorobą. Ale nie byłbym pewien, czy ten lęk nie wróci wraz z zagrożeniem.

Gdyby miał pan krótko opisać postawę wobec lęku zrównoważonego człowieka, jakby ten opis brzmiał?

Stan niepokoju i pewna neurotyczność to cecha ludzi dojrzałych i świadomych. Im dłużej żyjemy i im więcej mamy doświadczeń, tym bardziej przekonujemy się o tym, że życie nie jest proste, że poczucie ulgi i beztroski nie jest naszym stanem wyjściowym. Nie ma co uciekać przed lękiem, udawać, że go nie ma. Nie można też się mu poddawać i ulegać czarnym scenariuszom, które podpowiada nam głowa. Lęk należy traktować jak sprzymierzeńca, dobrego kumpla na górskim szlaku, bez którego nie możemy się obejść, bo pilnuje najcenniejszych rzeczy, jakie ze sobą mamy, lecz który w swej ostrożności czasem trochę przesadza. Oznacza to umiejętność życia z lękiem bez fiksowania się na skutki czyhających na nas niebezpieczeństw.

Czyli uspokajanie kogoś powiedzeniem "nie ma się czego bać" nie ma sensu – każdy ma swoje powody, a udawanie, że lęk nie istnieje tylko go potęguje?

Tak. Zacytowane przez panią powiedzenie może być nawet krzywdzące, zwłaszcza wobec dzieci. Jeśli rodzic w ten sposób reaguje na strach swojego dziecka, pokazuje mu, jak bardzo go nie rozumie. Dla dziecka komunikat jest jasny – nie ma się czego bać, a ja i tak się boję. To znaczy, że ze mną jest coś nie tak. W ten sposób łatwo pozbawić dziecko zaufania do siebie samego, a to najcenniejsze, co możemy stracić.

Czy brak zaufania do siebie już w dzieciństwie może potęgować lęki w dorosłości? Dlaczego jedni są bardziej lękliwi od innych?

Odpowiadając na pierwsze pani pytanie – tak, zaburzone poczucie pewności siebie zdecydowanie może wpłynąć na to, czy poddajemy się lękowi, czy stawiamy mu czoła i czy mamy odwagę spojrzeć mu w oczy. Co do przyczyn lękliwości ogólnie – może być ich bardzo wiele. Wpływają na to nie tylko nasze doświadczenia wynikające z bycia dorosłym człowiekiem, ale też to, ile nam się w życiu udało, czy sami w sobie mamy wsparcie, czy potrafimy ze sobą rozmawiać, czy wiemy czego chcemy... Pewne jest jedno – każdy z nas jest w stanie oswoić każdy lęk.

Naprawdę? Nie wyobrażam sobie oswoić lęku przed utratą moich bliskich...

Ale czy ten lęk spędza pani sen z powiek? Czy codziennie myśli pani o tym, że pani mąż kiedyś umrze? Podejrzewam, że nie i nie świadczy to o tym, że jest pani lekkoduchem. Po prostu wie pani, że dopóki nic się nie dzieje, nie ma sensu się martwić. Czyli to lęk oswojony.

Myślę, że bardziej uspokaja mnie myśl o tym, że jednak mam na wiele rzeczy wpływ.

No właśnie. To dowód nie tylko na to, że stoi pani twardo na ziemi i bierze sprawy w swoje ręce, ale przede wszystkim na to, że lęk jest uczuciem jak każde inne. Nie jest ciemną, tajemną siłą, która na nas czyha, choć rzeczywiście gdy przychodzi niespodziewanie możemy go w ten sposób odczuwać. Lęk jest częścią nas, więc z definicji jest od nas mniejszy. Co więcej, jest nasz, więc możemy zdecydować o tym, co z nim zrobimy. Mówi się, że strach ma wielkie oczy – jeśli nas przerasta, polecam spojrzeć w nie głęboko i z całym przekonaniem i pewnością siebie pogrozić mu palcem, ale nie zapominać, że czasem przemawia przez niego głos zdrowego rozsądku. A to oznacza, że możemy z niego uczynić najlepszego przyjaciela.

Obserwuj Bliss na Instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...