"Nie przyjdę dziś do pracy, bo jestem w rozpaczy". 10 zdań, których nigdy nie powinien usłyszeć od ciebie twój szef

Tych zdań nigdy nie mów swojemu szefowi. kadr z filmu "Erin Brokovic"
Nawet lubisz swoją pracę, podoba ci się, że możesz powiedzieć "pracuję w firmie xyz, jestem odpowiedzialny, istniejemy od 20 lat". Z szefową też się dogadujesz, tylko czasami wydaje ci się lekko nadęta, przemądrzała i niezdrowo wkręcona. W takich chwilach ulgę przynosi przeglądanie ironicznych fanpage'y typu Korpo Biurwa. Kiedy dopada większy kryzys dystansu nabierasz czytając Magazyn Porażka, pocieszając się, że jest was, nieszczęśników, więcej. Wówczas nabierasz animuszu, by od czasu do czasu "postawić się" i zawalczyć o swoje. Zależy ci na tym, bo czujesz, że gdyby tak mówić "o tym, co nas boli otwarcie", żyłoby się jakoś łatwiej. Wszak bycie szczerym i spontanicznym nie w każdej formie się opłaca i to nie dlatego, że można walnąć gafę, ale dlatego, że możemy zacząć mylić relację szef-pracownik z relacją towarzyską pozbawioną obowiązkowego elementu dyplomacji.

Zapytaliśmy znajomych-przełożonych o to, czego ich zdaniem nigdy nie powinien mówić pracownik i dlaczego to, co wydaje nam się szczere i spontaniczne, bywa strzałem w stopę.

"Ja się do tego nie nadaję"
No cóż, jeśli serio tak uważasz, to spróbuj nie użalać się nad sobą na głos – chyba, że chcesz być tym, którego trzeba od czasu do czasu poklepać po plecach dla podniesienia na duchu (stawiam, że nie?). Poza tym spróbuj wyobrazić sobie, że ktoś twoje słowa traktuje poważnie, np., o dziwo, twój szef. On, w okolicznościach stwierdzenia, że nie jesteś wystarczająco kompetentny, by wykonywać swoje obowiązki, może przypadkiem ci uwierzyć. Najpewniej masz tę pracę, bo już pokazałeś na co cię stać i na tej podstawie twój szef wnioskuje, że stać cię i na wykonanie tego zadania. Jeśli naprawdę cierpisz na spadek pewności siebie, podziel się tym z przyjaciółką, albo napij się wina.

"Dlaczego Marek może wychodzić o 15, a ja nie", czyli porównywanie się do innych
Z jednej strony można to zachowanie interpretować jako ubieganie się o równe traktowanie, z drugiej jednak to kalka ze szkolnego "jesteś u pani". - To według mnie odmiana donosicielstwa. Kiedy ktoś zwraca uwagę na czyjeś błędy lub przywileje, by coś wynegocjować dla siebie, świadczy to o tym, że prawdopodobnie nie ma innych argumentów – mówi Marcin, manager, zarządza kilkunastoosobowym zespołem. - Poza tym to zwyczajne wtrącanie się w czyjeś sprawy. Porównujemy się do kolegi, który pracuje na równoległym stanowisku do naszego, a może np. wychodzić godzinę wcześniej, ale nie bierzemy już pod uwagę, że może zarabia mniej? Może odrabia godziny wieczorem lub w weekendy? Może ma dodatkowe zadanie? To zupełnie tak samo jak szkolne "a dlaczego on może, a ja nie". Obstawiam, że ci, którzy używają takich argumentów w pracy, wykłócają się z emerytkami o pierwszeństwo w kolejce do kasy.

"Czy mogę dziś pracować zdalnie? Uprałam swoje ubrania i wszystkie są mokre", czyli kiepskie wymówki
To kategoria, w której można się prześcigać w wymyślaniu coraz bardziej abstrakcyjnych scenariuszy. Kot, który rozlewa kawę na klawiaturę to klasyka w branżach, w których obowiązują deadline'y. Podobnie jak nagle zerwane łącza internetowe. Spóźnienia to głównie awarie tramwajów, korki, czasem budzik, który z tajemniczych powodów nie zadzwonił. - Powodów, dla których ludzie nie przychodzą do pracy lub się spóźniają jest chyba tyle samo, co przyczyn nieobecności na klasówce. Najbardziej drażnią te, które są zwyczajnie niepoważne. No bo co byś pomyślała o kobiecie, która wszystkie swoje ciuchy pierze naraz, a potem nie ma w czym chodzić? Na usta mi się cisnęło, by odpowiedzieć "przyjdź w piżamie" – opowiada Marcin. - Choć dziś się z tego śmieję to uważam, że wymówki świadczą o człowieku. Nawet nie o tym, jak bardzo poważnie traktuje swoją pracę, ale po prostu o tym, jaką jest osobą – czy godną zaufania czy nie. Mam w zespole dziewczynę, która ciągle, a to jakiś kabel zgubi, a to wszystkie pliki sobie skasuje... Niby nie robi nic poważnego, jednak trudno jest mi jej zaufać. Antidotum: spróbuj sobie wyobrazić takiego męża.


"Nie mówiłam ci o tym wcześniej, bo nie chciałam ci przeszkadzać"
... czyli jedno wielkie stwarzanie pozorów. Umówmy się – ten argument to zasłona przed "nie mówiłam ci o tym wcześniej, bo się bałam, że się zdenerwujesz lub każesz mi zrobić coś, czego zrobić nie umiem/nie chcę/nie mam czasu". I twój szef dobrze o tym wie. - Mogę być zajęta najbardziej na świecie, ale jeśli dzieje się coś, co wymaga interwencji, zawsze znajdę chwilę, żeby zadziałać lub zastanowić się co zrobić – mówi Natalia, właścicielka biura nieruchomości. - Kiedy słyszę to zdanie po prostu wiem, że sprawa, którą można było załatwić przepadła z powodu lenistwa albo zwyczajnego braku poczucia obowiązku. Nawet jeśli ma to być zła wiadomość, doceniam, że pracownik ma odwagę przyznać się do błędu lub nie boi się skonfrontować trudnej sytuacji z moją opinią. Co więcej, nie przypominam sobie bym denerwowała się, że ktoś zawraca mi głowę mało istotnymi sprawami. Dlatego dla mnie ten argument jest zupełnie stracony.

"Robię błędy, ale jesteś szefem po to, żeby je poprawiać"
Jeśli naprawdę tak uważasz, nie mów tego głośno. I jeszcze raz zastanów się, czy naprawdę tak uważasz... - Fakt, jestem odpowiedzialna za swój zespół, ale jak słyszę takie zdanie, a zdarzyło mi się nie raz, serio nie chce mi się dłużej pracować z kimś takim – mówi Natalia. - Dla mnie interpretacja jest jednoznaczna – ten, kto tak myśli nie bierze w ogóle odpowiedzialności za swoją pracę. Nie wykonuje swoich zadań na tyle dobrze, by móc się bez wstydu pod nimi podpisać. A skoro tak jest, po co w ogóle pracuje? Nie mówię tego z wyższością, wybaczam błędy, sama je popełniam. Po prostu zastanawiam się skąd w ludziach, którzy wszystko robią byle zrobić, bierze się motywacja do pracy?

Przekonanie o tym, że skoro piastujemy niższe stanowisko i w związku z tym dostajemy również niższą pensję, możemy sobie odpuścić starania i poczucie obowiązku może być reakcją obronną, wynikającą z poczucia niższości. Zazwyczaj zupełnie niesłusznego. - Mam wrażenie, że ci, którzy umywają ręce, są jakby obrażeni na cały świat, że w ogóle muszą pracować. Że odbębniają. Że tak naprawdę nie chcą tego robić. Szkoda, bo tak zachowują się często fajni, naprawdę kompetentni ludzi – dodaje Marcin.

"Nie da się"
Klasyk, który denerwuje wszystkich przełożonych tak samo, jak pracowników gdy słyszą, że "wszystko się da". Nie da się w jedno popołudnie przestudiować 400-stronicowego raportu? Oczywiście, że się da, tylko nie tak dokładnie jak mógłbyś to zrobić w dwa dni. To proste - "nie da się" ma wiele odcieni, a przełożeni nie znoszą tylko tego, które zakłada, że nie da się zrobić absolutnie nic. - "Wszystko się da" oznacza, że zawsze da się zrobić cokolwiek. Nawet jeśli pozornie nie da się zrobić nic, to jeśli będziemy to wiedzieć wcześniej, zostanie chwila, by wymyślić rozwiązanie alternatywne. Właściwie tego oczekuję od moich pracowników. Że w każdych okolicznościach będą mieć plan B – mówi Marcin.

Ponadto, za "nie da się" często kryją się "nie chce mi się", "zapomniałem", "nie sprawdziłem/łam". - Czasem wydaje nam się, że jesteśmy bezradni ze zmęczenia, czasem ze zniechęcenia. wiem, bo sama tak mam. Widzę, kiedy moi pracownicy idą po najniższej linii oporu i kiedy jedno rozwiązanie nie zadziała, mówią "nie da się". Nie lubię im uświadamiać, że jest inaczej – dodaje Karolina, wydawca w jednym z największych polskich portali internetowych.

"Nie jestem w stanie tego zrobić, nie mam dziś do tego serca"
Młodsza siostra klasyka-poprzednika podszyta sporym ładunkiem braku motywacji. - To zdanie rozwala mnie na łopatki. Rozumiem, że jesteśmy w miejscu, w którym pracujemy kreatywnie, rozumiem również, że można nie mieć ochoty na pracę – zdarza się nawet tym, którzy kochają swój zawód, ale nie rozumiem odpuszczania z tego powodu. Poza tym z doświadczenia wiem, że "serce do pracy" utracone raz nie wraca nigdy. A w takich okolicznościach najlepiej się przebranżowić – mówi stanowczo Karolina.

"Nie jestem w stanie tego zrobić, nie mam dziś do tego serca" to połączenie "nie da się" z "nie nadaję się do tego". Kombo może okazać się zabójcze, bo twój szef niekoniecznie może być wystarczająco empatyczny, by zadzwonić do klienta i wyjaśnić mu, że jego zamówienie musi poczekać, bo ty "nie masz dziś serca do pracy"...

"Dzwoń, kiedy potrzebujesz"
Wydaje ci się, że w ten sposób wyrazisz swoje bezgraniczne poświęcenie pracy? Nic bardziej mylnego. Twój przełożony słysząc deklarację dyspozycyjności 24 godziny na dobę ma tylko jedną opcję interpretacji – chcesz się podlizać. Bo chyba nie chodzi ci naprawdę o ty, by odbierać telefony od szefa w środku nocy lub w niedzielę, prawda? No właśnie, i on o tym dobrze wie. - To jak z jakością książek – dobra literatura od grafomanii różni się tym, że atmosferę tej pierwszej odczujesz pod wpływem akcji, a nie podniosłych opisów pełnych barwnych epitetów. W pracy twoje zaangażowanie po prostu widać. Nie potrzebne są deklaracje – komentuje Marcin.

"Wyobraź sobie, że moja poprzednia szefowa..."
Anegdoty i plotki o poprzednim szefie i poprzedniej firmie są trochę jak opowiadanie obecnemu facetowi o jego poprzedniku – z jednej strony mają za zadanie skrócić dystans i się poprzymilać, z drugiej zaś to pole do nieskończonej ilości niejasnych sugestii i manipulacji. - Takie wtrącenia zawsze wywołują konsternację – mówi Natalia. - Po pierwsze to niezbyt eleganckie plotkowanie. Po drugie to sytuacja, w której jestem stawiana jako obiekt porównania, co mnie krępuje, nawet jeśli wypadam w nim jako ta dobra. Poza tym to jasny sygnał "oceniam cię", bo co z tego, że dana osoba dziś opowiada o byłym szefie? Równie dobrze po godzinach może w ten sam sposób opowiadać o mnie. Nawet się z tym liczę, ale serio - nie muszę tego wiedzieć.

"Dziś nie mogę przyjść do pracy, bo pokłóciłem się z narzeczoną"
Nawet jeśli wiesz, że twój szef bywa rozkojarzony i rozbity z powodu kłopotów miłosnych, nie próbuj wykorzystywać jego empatii, by usprawiedliwić siebie. Życie prywatne, choć miewa wielką moc demotywującą i potrafi odebrać siły do robienia czegokolwiek, nie wykorzystuj tego. - Utrzymanie odpowiedniego balansu między życiem prywatnym a zawodowym to chyba najtrudniejsze zadanie i dla szefa, i dla pracownika. Szybko się zaprzyjaźniam i dlatego nie chcę słuchać o tym, co dzieje się w życiu moich pracowników i kropka – mówi Karolina. - Bo jak mam zachować się wobec osoby, której szczerze mi szkoda? Pal licho jeśli to jednorazowa akcja typu pogrzeb. Dwa dni, może tydzień gorszej dyspozycji i po wszystkim. Zdarza się. Ale co jeśli dowiem się o tym, że czyjaś mama umiera na raka? Ktoś inny ma pracować za "poszkodowanego"...? Jeśli uruchomię taryfę ulgową dla jednej osoby, powinnam to zrobić również wobec reszty zespołu.

Inną opinię na temat utrzymywania balansu między życiem prywatnym a pracą ma Marcin. - Uważam, że da się tak ustawić relacje, by można było szczerze przyjaźnić się ze swoimi pracownikami. Do tego jednak wymagany jest przede wszystkim bardzo jasny podział obowiązków i lojalność obu stron, czyli niewykorzystywanie bliższej znajomości do załatwiania czegokolwiek w pracy. Moim zdaniem jeśli pracownik wie, ile kosztuje jego błąd czy nieobecność, poważnie traktuje swoje obowiązki i czuje odpowiedzialność za swoją pracę, po prostu nie będzie wykorzystywał bliższej znajomości z szefem czy faktów z życia prywatnego. Na tej samej zasadzie wymagamy, by w urzędzie obsłużono nas normalnie, nawet jeśli nie pracuje w nim nasza matka, czy aby przyjęto nasze dziecko według ustalonych zasad do przedszkola, w którym nie mamy znajomości. Przyjaciele, których mam w swoim zespole mogą mi powiedzieć wszystko, ale gdy składają wnioski urlopowe tak jak reszta – dostosowują się do grafiku. I to jest fair.

Obserwuj Bliss na Instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...