Lecznicze, darmowe, wyklęte. Rośliny, których nikt nie ma odwagi jeść, choć mają cudowne właściwości

Wrotycz - pospolite polskie ziele o leczniczych właściwościach. Zakazane w Unii Europejskiej fot. pixabay
"Dzikie zwierzęta roślinożerne unikają wawrzynka. Zdarzyło się, że w porze jego kwitnienia spadł na Puszczę Białowieską ostatni tej zimy śnieg. Gruba okiść okryła gałązki tak dokładnie, że wawrzynek niczym nie różnił się od innych jednako białych, puchatych krzewów. W pobliżu pasła się sarna. Skubała pędy podrostków grabowych i z rozpędu uchwyciła gałązkę wilczegołyka. W tej samej chwili wypluła ją, a jej pysk przybrał wyraz zdziwionego obrzydzenia. Dopóki słońce nie stopiło nietrwałego puchu, starannie obwąchwiała każdy pęd, zanim odważyła się go zjeść".

W ten sposób Simona Kossak, znana polska biolożka i miłośniczka przyrody, profesor nauk leśniczych, pisała o tym, jak zwierzęta radzą sobie (a czasem nie) z rozpoznawaniem trujących roślin. Wawrzynek, którego przypadkowo najadała się sarna, jest jedną z nich, choć wykazuje też właściwości lecznicze. W dawnych czasach, jak pisze Simona, medycy chętnie korzystali z wawrzynka mimo że "sześcią jagodami wilka otruć można". Leczono nim ból zęba, wymywano wrzody nowotworowe, okładano chorych na podagrę. Z czasem wawrzynka skutecznie zastąpiły inne rośliny i substancje, dziś nie mamy zatem czego żałować. Istnieją jednak rośliny, które mocą leczniczą przewyższają wielokrotnie ryzyko zatrucia, działają wszechstronnie i bardzo skutecznie, a mimo to nie możemy legalnie korzystać z ich dobroczynnych właściwości. Dlaczego?



- W europejskim ziołolecznictwie odchodzi się od stosowania roślin, które mają trujące właściwości. Unia Europejska, w moim odczuciu dość pochopnie wycofuje z rynku wewnętrznego niektóre zioła. Szkoda, bo odpowiednio przygotowane, w bezpiecznych dawkach, to rośliny o silnym leczniczym działaniu, które trudno zastąpić lekami. W głównym repertuarze zostały nam tak naprawdę rośliny, które mają niewielką moc – komentuje Łukasz Łuczaj, znawca dzikich roślin jadalnych, profesor Uniwersytetu Rzeszowskiego, etnobotanik, popularyzator przyrody i działacz na rzecz jej ochrony.

Okazuje się, że Unia podejmuje decyzje "dmuchając na zimne", bo na podstawie pojedynczych przypadków zatruć po długotrwałym stosowaniu. - Z ziołami trzeba uważać, nawet tymi, które wydają się bezpieczne i nie są trujące – dodaje Łuczaj. - Sam odczuwam skutki przedawkowania naparów, które uwielbiam, np. z waleriany. Nieświadomy ilości, zajęty pracą, wypijam sześć kubków i czuję, że zaczynam schodzić – śmieje się. Jednak nie oznacza to, że myślenie o ewentualnej krzywdzie ma wyprzedzać zdrowy rozsądek. Oto rośliny lecznicze i trujące – jedne bardziej, drugie mniej – których obecność w ziołolecznictwie bardzo podniosłaby jego skuteczność.

Żywokost

"Lubię tę roślinę leczniczą", deklaruje na początku swego wpisu o żywokoście Henryk Różański, biolog, prezes Polskiego Towarzystwa Zielarzy i Fitoterapeutów. Żywokost to roślina stosowana tradycyjnie w ziołolecznictwie europejskim, zewnętrznie do leczenia stłuczeń. Używa się głównie zmacerowanych korzeni. Żywokost ułatwia gojenie, wspiera regenerację tkanek i komórek, dlatego dostępny jest w formie maści 5-20 procentowej. Z tych właściwości żywokostu możemy korzystać swobodnie. Gorzej z jej stosowaniem wewnętrznym. Jak pisze Różański, "nadgorliwi polscy urzędnicy wycofali syropek żywokostowy z aptek, podniecając się pracami z zakresu toksykologii alkaloidów pirolizydynowych, których w żywokoście jest jak kot napłakał."
Jednak jak się okazuje, rzeczone alkaloidy występują również w innych ziołach (ogórecznik, farbownik), które zakazane nie są, a zastąpienie korzenia żywokostu innymi roślinami wymaga połączenia kilku składników. Szkoda, bo żywokost świetnie radzi sobie z suchym kaszlem, nieżytem gardła, chrypą oraz zapaleniem oskrzeli. Mimo to "nie ma go też na wykazach ziół doustnych ogłoszonym przez Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych. Zgodnie z Dz. U. Nr 76, poz. 682 – załącznik 1 żywokost jest dopuszczony do sprzedaży poza aptekami (sklepy zielarskie, a nawet ogólnospożywcze), jednakże przeznaczenie żywokostu jest zewnętrzne", pisze Różański. - Zanotowano chyba dwa przypadki uszkodzenia wątroby po długotrwałym doustnym przyjmowaniu żywokostu. Oczywiście przez osoby przewlekle chore – komentuje Łukasz Łuczaj.

Więcej o kontrowersjach wokół żywokostu przeczytamy na blogu Moniki Wilde, znanej zielarki szkockiej.


Ryzyko jest zatem niewielkie, zwłaszcza, że doustnie przyjmuje się go jako lek przy chorobach układu oddechowego. Jednak 100-200 lat temu odwar z żywokostu podawano również jako środek pędzący poty, osłaniający błony śluzowe, powlekający przewód pokarmowy oraz łagodzący podrażnienia żołądka i jelit. Ponadto, hamuje nadmierne krwawienia miesiączkowe i sprawdza się w leczeniu biegunek. Według Różańskiego, jest znakomity w leczeniu jelita drażliwego. Warto go również przetestować podczas leczenia trądziku różowatego i atopowego zapalenia skóry.
dr henryk różański
http://rozanski.li/769/symphytum-zywokost/

Żywokost (Symphytum officinale Linne, rodzina Boraginaceae – szorstkolistne) zawiera ciekawy kwas fenolowy o nazwie kwas litospermowy. Jest on pochodny kwasu cykoriowego i spokrewniony z kwasem rozmarynowym. Kwas litospermowy posiada właściwości antygonadotropowe i ochronne na miąższ wątroby (hepatoprotekcyjne). Może mieć zastosowanie przy nadmiernym wytwarzaniu hormonów gonadotropowych z przysadki mózgowej. W korzeniu żywokostu jest zawarta inulina, która należy do fruktanów o działaniu prebiotycznym. W korzeniu znajduje się allantoina (1-3%), która pobudza regenerację tkanek, szczególnie nabłonkowej i działa przeciwzapalnie. Mukopolisacharydów jest ok. 29-30%. Zawartość pirokatecholowych garbników wynosi 2,4-3%, a karotenu ok. 0,63%. Ważnymi składnikami czynnymi są również: glikozydy fenolowe, beta-sitosterol, kwas krzemowy, saponiny sterydowe i trójterpenoidy. Śluzy żywokostu zbudowane są z kwasu d-glukuronowego, mannozy, ksylozy, arabinozy i ramnozy. Korzeń zasobny w wapń, żelazo, fosfor, mangan, kobalt, witaminę B1, B2, B12, C i P.

Jak wykorzystać korzeń żywokostu dostępny w sklepach zielarskich? Prócz prostego przepisu na syrop: gotować kilka minut, odstawić na kolejnych 45, dodać cukier, miód, cytrynę i witaminę C (może być w drażetkach tylko bez osłonki), można sięgnąć po szwajcarskie receptury, które dają ukojenie przy artrozie oraz stłuczeniach.

Szwajcarska mieszanka ziołowa do zaparzania, polecana przy artrozie
Korzeń żywokostu 20 g
Liść pokrzywy 20 g
Korzeń czarciego pazura (hakorośli) 20 g
Kora wierzby 20 g
Korzeń mniszka 20 g
Zioła wymieszać. 1 łyżeczka mieszanki na filiżankę wrzącej wody. Pić 3 filiżanki dziennie naparu. Dodać miodu do smaku.

Szwajcarskie doustne krople polecane przy artrozach
Nalewka żywokostowa 10 ml
Nalewka z kory wierzby 20 ml
Nalewka z korzenia mniszka 10 ml
Nalewka z ziela pokrzywy 10 ml
Nalewki sporządzić ze świeżych surowców (nie suszonych, na alkoholu 40-50%, 100 g surowca na 300-500 g alkoholu). Nalewki wymieszać. 3 razy dziennie po 25 kropli.

Szwajcarska mikstura na stłuczenia, rany, obrzęki, krwiaki, do okładów
Nalewka na świeżym korzeniu żywokostu 20 ml
Nalewka arnikowa na suchym lub świeżym surowcu (kwiat) 10 ml
Nalewka na świeżym zielu kwitnącym dziurawca 10 ml
Nalewki wymieszać. Starczy alkohol 40%. Do okładów 3 razy dziennie na chore miejsce.

Wszystkie przepisy pochodzą z oficjalnej strony dra Henryka Różańskiego.

Jeśli szwajcarska kombinacja nalewek jest poza waszym zasięgiem możecie też spróbować metody Agnieszki Maciąg – na swym blogu opisuje, że żywokostową papką (podgotowany i zblendowany korzeń) usunęła obrzęk poważnie skręconej kostki w dwa dni! Wystarczy zostawić go pod opatrunkiem na noc.

Wrotycz

Powszechnie znany '"chwast" rosnący wszędzie tam, gdzie wydawałoby się, że nic cennego rosnąć nie może, czyli nasypy, przydroża, tereny budów. Tymczasem to roślina o bardzo silnych i to wszechstronnych właściwościach leczniczych. "Wrotycz zawiera bardzo dużo substancji przeciwzapalnych, silnie odkażających, przeciwbólowych, uspokajających, przeciwderpesyjnych, rozkurczowych, żółciopędnych, żółciotwórczych, regulujących przemianę materii, odtruwających", pisze w poście o wrotyczu Henryk Różański. Jest alternatywą dla sterydowych i niesterydowych leków przeciwzapalnych. Co ciekawe, specjaliści fitochemicy weryfikując skład chemiczny tej rośliny doszli do wniosku, że sporo składników wrotyczu jest stosowanych w lecznictwie w formie nowoczesnych preparatów. Jednak uzyskiwane są one z roślin egzotycznych, przez co leki te są bardzo drogie. A wrotycz? No cóż, rośnie za darmo i na darmo. Jego prawna sytuacja w Unii Europejskiej jest analogiczna do sytuacji żywokostu. Wszystko przez zawartość tujonu.
- To związek stymulujący układ nerwowy – wyjaśnia Łukasz Łuczaj. Tujon zawarty we wrotyczu posiada strukturę zbliżoną do kanabinoli zawartych w konopiach, jednak "dawki wodnych i alkoholowych wyciągów wrotyczowych stosowane w ziołolecznictwie nie mają narkotycznego wpływu", potwierdza Różański. Zatem zjedzenie listka czy dwóch wrotyczu nie jest niebezpieczne. - Na swoich warsztatach nawet pokazuję jak przygotować jajecznicę z liśćmi tej rośliny. W niektórych krajach, np. w Anglii przyrządzano na Wielkanoc omlet z wrotyczu. Omlet oczyszczający organizm. Kiedy idę przez łąkę często podgryzam listki wrotyczu. Lubię jego smak – jest gorzki, a efekt po zjedzeniu kilku świeżych liści to pobudzenie z orzeźwieniem – opowiada Łuczaj, i dodaje: - Korzystanie z dobroci roślin leczniczych i trujących zarazem często polega wyłącznie na pilnowaniu dozwolonej dawki. Tak jest w przypadku wrotyczu.

Przykładem rośliny o bardzo podobnym działaniu (robakobójczym, wspomagającym trawienie, stymulującym, ale i lekko trującym) jest piołun. Mimo to jest on w czołówce ziół, z których współcześnie korzysta się w lecznictwie.

"Preparaty wrotyczowe pobudzają akcję serca, zwiększają siłę skurczu mięśnia sercowego, pobudzają oddychanie, wzmagają wydzielanie hormonów. Regulują miesiączkowanie. Zwiększają ukrwienie narządów płciowych i nasilają odczuwanie wrażeń seksualnych. Przedłużają efekt doznań płciowych. Znoszą  bóle głowy, bóle miesiączkowe, kolki", wylicza Henryk Różański. Co więcej, wrotycz hamuje procesy autoagresji immunologicznej, dzięki czemu może być z powodzeniem stosowany w fitoterapii chorób autoimmunologicznych typu łuszczyca, reumatyzm, toczeń. Wrotycz zwiększa odporność organizmu na zakażenia, a picie wodnego wyciągu z tego ziela przyspiesza wyleczenie z chorób zakaźnych, np. grypy, przeziębienia, anginy. Jak rekomenduje Różański, "nie zaobserwowałem objawów zatrucia przy przyjmowaniu dawki 200-220 ml naparu i odwaru 4 razy dziennie (3 łyżki suszonego ziela na 2 szklanki wrzącej wody)."

Nalewka wrotyczowa - Tinctura Tanaceti: do 1 szklanki świeżego lub suchego i zmielonego ziela wlać 250-300 ml alkoholu 40-70%; macerować 7 dni w szczelnie zamkniętym słoju i w ciemnym miejscu. Przefiltrować. Zażywać 2-3 razy dziennie po 10 ml w 100 ml wody. Ponadto do płukania (1 łyżka nalewki na pół szklanki wody), okładów, przemywania skóry i pędzlowania skórnych zmian chorobowych (nierozcieńczona). Nalewka sporządzona na 70% alkoholu działa rozgrzewająco, przeciwbólowo i przeciwreumatycznie. Nierozcieńczoną nalewkę można wcierać w obolałe kończyny dolne i w stawy.

Mieszanka ziołowa żółciopędna, rozkurczowa, przeciwbólowa, wzmacniająca i przeciwdepresyjna
Ziele wrotyczu - 1 część
Ziele glistnika jaskólczego ziela - 1 cz.
Ziele dziurawca - 1 część
Zioła wymieszać. 2 łyżki mieszanki zaparzać w 1 szklance wrzącej wody. Odstawić na 30 minut, przecedzić. Pić 2 razy dziennie po 1 szklance.

Mikstura przeciwdepresyjna, poprawiająca samopoczucie, ułatwiająca uczenie, wzmacniająca serce
Nalewka wrotyczowa - 100 ml
Nalewka dziurawcowa - 50 ml
Nalewka z miłorzębu Ginkgo - 50 ml
Nalewka arnikowa lub nostrzykowa - 25 ml
Cardiol C - krople - 25 ml
Płyny wymieszać. Zażywać 1-3 razy dziennie po 10 ml. Następnie spożyć 3 łyżki miodu. U wielu osób mikstura likwiduje bóle głowy.

Tonik wrotyczowy na skórę i do płukania - Tonicum Tanaceti: 1 łyżkę octu 10% i 1 łyżkę nalewki wrotyczowej wlać do 1 szklanki wody przegotowanej, wymieszać. Stosować do okładów na schorzałe miejsca, do płukania narządów płciowych, gardła i jamy ustnej, przemywania skóry i płukania włosów przy łojotoku, stanach zapalnych mieszków włosowych, wypadaniu, łupieżu i braku puszystości.

Maść wrotyczowa na łuszczyce i ropnie: do 3 łyżek maści nagietkowej lub krwawnikowej wlać 1 łyżkę nalewki wrotyczowej, dodać maść ichtiolową (2 łyżki) i maść propolisową 7% (2 łyżki), wymieszać starannie. Chore miejsca smarować kilka razy dziennie. Można stosować w opatrunkach na ropnie i grudki łuszczycowe. Przy zmianie warstwy maści zmywać acetonem wrotyczowym, nalewką, naparem lub octem wrotyczowym.

Wszystkie przepisy pochodzą z oficjalnej strony dra Henryka Różańskiego.

Ponadto, olejki eteryczne zawarte we wrotyczu skutecznie odstraszają wszelkie robactwo, dlatego warto (bez strat natury estetycznej) mieć wrotycz w wazonie. Także suszony.

Tojad

"Lekarstwo, pokarm i śmiertelna trucizna", tymi słowami tojad określa Łukasz Łuczaj. Henryk Różański w ocenie właściwości tej rośliny jest bardzo ostrożny: "w Europie nie ma zbyt wiele roślin trujących, które naprawdę należy za takie uznać w praktyce, i które zaskakują swoją siłą działania zatrutego i lekarza ratującego. Niewątpliwie jednak do takich roślin należy tojad mocny", pisze w poście o tojadzie. Zaś Simona Kossak zauważa błyskotliwie: "to jad" – ostrzega sama roślina.
Stara polska nazwa tojadu to mordownik. Pliniusz Starszy nazywał go „arszenikiem roślinnym”. Podobno tojadem otruto Arystotelesa. Według Dioskurydesa jad tej rośliny, którym przesiąknięta jest w każdym calu, jest tak silny, że zabija skorpiony. W Europie w okresie renesansu był najczęściej stosowaną trucizną, również do morderstw, skrytobójstw, zatruwania strzał i zabijania zwierząt. Niewielka ilość surowego tojadu to gwarancja szybkiej śmierci w krótkich męczarniach. Nawet dłuższe trzymanie go w dłoni może spowodować stan zapalny – akonityna (rodzaj alkaloidu, najmocniejsza ze wszystkich znanych trucizn roślinnych) wchłaniana jest przez błony śluzowe. W Polsce tojad rośnie przede wszystkim w górach, a poznacie go po przepięknych fioletowych kwiatach. Z powodu jego urody są tacy, którzy decydują się go uprawiać w przydomowych ogródkach.

Jednak według Łukasza Łuczaja, istnieją sposoby, by korzystać z dobroczynnej mocy tojadu. "Tojad syczuański [nie rośnie w Polsce – przyp. red.] jest jedną z kluczowych roślin leczniczych w tradycyjnej medycynie chińskiej. Jest jedną z nielicznych roślin leczniczych w Chinach, których stosowanie jest ściśle regulowane przez państwo. Tojad jest bardzo skutecznym i silnym lekarstwem, używanym w niewielkich dawkach, po uprzednim gotowaniu, w celu osłabienia toksyczności. (...) to roślina, która silnie rozgrzewa ciało i wzmacnia energię nerek. W medycynie chińskiej to nerki są podstawowym organem odżywiającym inne. Osłabienie energii nerek, stopniowo występujący naturalny proces u starzejących się ludzi, to proces powolnej śmierci. Tojad pomaga ludziom wychłodzonym i osłabionym. Jego ogrzewające działanie jest tak silne, że powinno się go stosować głównie w chłodnej porze roku". Pisze Łuczaj na swoim blogu. Tojad sprzedawany jest w Chinach w aptekach, po ugotowaniu.
Co ciekawe, korzenie tojadu w Chinach jedzone są i przyrządzane jak warzywa – gotuje się je jak wszystkie inne, tylko dłużej, by pozbyć się ich trujących właściwości. "Rozkładowi ulegają alkaloidy diterpenowych do monoterpenowych, które są już tylko kilka tysięcy razy mniej trujące", wyjaśnia Łuczaj. Biolog dzieli się również doświadczeniem... jedzenia jednej z najbardziej trujących roślin na świecie: "uporządkowałem swoje sprawy urzędowe, na wypadek śmierci. Na początek zjadłem jedną bulwę, potem kilka, do wieczora prawie miskę. W sumie w ciągu 2 dni zjadłem pół kilo tego ohydnego specjału. Rzeczywiście rozgrzewa. Cała twarz zrobiła mi się czerwona, jakbym sobie setę walnął. (...) W smaku jest ohydny, wręcz potworny, gorzki i niemiły, choć mięciutki jak ziemniaczki (...) Bulwy muszą się rozpływać w ustach. Jeśli poczujemy, że zdrętwieje nam język, to oznaka że możemy umrzeć…", pisze w poście o tojadzie.

Z kolei Simona Kossak przytacza w swej książce "O ziołach i zwierzętach" anegdotę o uczonym i lekarzu, uzdrowicielu z Turgowii Christianie F. Samuelu Hahnemannie, twórcy homeopatii. Na sobie, żonie i jedenastu dzieciach używał z lubością trucizn roślinnych z tojadem, lulkiem i szalejem na czele. Ta niesłychanie barwna i kontrowersyjna postać, wyśmiana i nękana przez współczesnych mu lekarzy, dziś tu i ówdzie traktowana jest z uznaniem i szacunkiem. (...) "Trucizny są przedmiotem mojej głębokiej czci" – zwierzył się studentom medycyny Uniwersytetu Lipskiego i został przez nich wygwizdany. Wkrótce po tym wyleczył [używając bardzo znikomych dawek trucizn - przyp. red.] z tyfusu grupę żołnierzy napoleońskich powracających spod Moskwy. Ze stu osiemdziesięciu chorych zmarł zaledwie jeden!

Mimo to, nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien sięgać po tojad samodzielnie. Ani wielogodzinne gotowanie, ani minimalne dawki tojadu nie dają gwarancji, że skorzystamy z leczniczego, a nie śmiercionośnego zastosowania tej rośliny.

Artykuł powstał na podstawie oficjalnej strony Henryka Różańskiego, rozmowy z Łukaszem Łuczajem oraz jego bloga lukaszluczaj.pl, a także książki Simony Kossak pt. "O ziołach i zwierzętach".

Artykuł ma charakter informacyjny. Redakcja natemat.pl nie zaleca stosowania ziół bez konsultacji z lekarzem.



Obserwuj Bliss na Instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...