Chamstwo we krwi, czyli dlaczego Polak prędzej cię obrazi, niż się do ciebie uśmiechnie

„Dzień świra” 2002 kadr z filmu
Wystarczy iść do pierwszego lepszego urzędu i przejechać się komunikacją miejską, żeby uświadomić sobie jak bardzo zawieszone w próżni jest dobre wychowanie rozumiane jako wiedza gdzie położyć widelec o trzech zębach. Cóż po eleganckich trikach społeczeństwu, które wciąż na siebie powarkuje?

Warszawski świt. Monolog wrażliwego, choć odrobinę znerwicowanego mężczyzny wygłaszany piękną polszczyzną zostaje przerwany przez hałasy zza okna. „Czy panowie muszą tak napierdalać od bladego świtu? Jak nie podbijam karty na zakładzie o 7 rano to już w waszym robolskim mniemaniu muszę być nierobem?” – wydziera się przez okno nasz bohater. Szaleństwo w oczach, wściekłość w głosie.

Przytoczona scena to początek filmu „Dzień świra”. Weltschmerz na osiedlu z wielkiej płyty w XXI wieku nie ma w sobie nic romantycznego. Obok 49-letniego frustrata reżyser, Marek Koterski, portretuje odmianę opryskliwości, którą śmiało można nazwać polskim produktem regionalnym. W trochę śmiesznym, a trochę strasznym Adasiu Miałczyńskim rozpoznajemy „typowego rodaka”. Gorzej ze świadomością, że to zwierciadło, choć odrobinę wyjaskrawione, nie jest wcale takie krzywe.

Polak to żaden homo viator, czy homo sovieticus, ale raczej homo bellicus – człowiek na wojnie. I nie jest to żadna barokowa wojenka toczona z szatanem, światem i ciałem, ale raczej ciężkie działa wytaczane przeciw bliźnim.

Zanim wyjdziemy z domu uzbrajamy się starannie. Do obowiązkowego rynsztunku należy – nomen omen – mina. Odpowiednio posępna, sprawnie dusząca w zarodku potencjalne próby zadzierzgnięcia kontaktu z nieznajomymi. Jeśli wyraz twarzy nie spławi natręta z jego sąsiedzkim „Dzień dobry” czy „W czym mogę pomóc?” (oczy powinny sugerować dobitnie, że „jakby w niczym”), warto mieć w zanadrzu tembr głosu wyrażający bezbrzeżne zdegustowanie.


Wysocy i niscy

Jednym z powodów dla którego ludzie są opryskliwi jest przekonanie, że mają do tego prawo. Prawo wynikające z poczucia wyższości. Najczęściej domniemanego, choć niektórym potrzebnego jak tlen. Ktoś musi być wieśniaczką, żeby damą mógł być ktoś. W tej kwestii można uwiesić się na czymkolwiek – zerach na koncie, mililitrach silikonu w ciele, metrażu mieszkania, liczbie partnerów seksualnych czy nawet centymetrach (w miejscu dowolnym).

Najwięcej batów zbierają oczywiście osoby pracujące w gastronomii i usługach. Kelnerka wiążąc fartuchy w ozdobną kokardę zrzeka się staromodnych praw człowieka w imię kapitalistycznego przykazania „klient nasz pan”. Jednym z jej obowiązków jest bycie uśmiechniętym workiem treningowymi dla cholerycznych managerów niższego szczebla.

Jeśli już wpakowaliśmy tyle czasu we wchodzenie po szczebelkach kariery, a poczucie zadowolenia z siebie jakoś nie poszybowało w górę, można się zawsze pocieszyć, że ktoś ma gorzej. Wyżywamy się bez skrupułów. W końcu za swoje uciążliwe zajęcie kasjerzy i kelnerzy mogą winić tylko siebie. „Trzeba się było uczyć” – myśli znerwicowana korpolalunia, kiedy udziela reprymendy mendzie z obsługi.
W Polsce ci, którzy uważają się za klasę średnią mają kuriozalne przekonanie o byciu wszechwładnymi kowalami własnego losu, dopingowane przez weekendowe szkolenia z pewności siebie i kursy bycia uśmiechniętą małpą dla zaawansowanych.

Kindersztuba po polsku

Spójrzmy prawdzie w oczy – być może brak uprzejmości w przestrzeni publicznej to kwestia wychowania. Lwią część z nas zmuszono do wkucia dziesięciu przykazań, ale nie empatii. Od przedszkola instruujemy dzieci, żeby „były grzeczne”. Tylko że ta pokracznie rozumiana grzeczność przejawiająca się w powitaniach na baczność czy przestrzeganiu szeregu zakazów to marna karykatura prawdziwej uprzejmości. System nie uczy dzieciaków otwartości, tolerancji czy pomocy słabszym. Mają raczej ze sobą konkurować, na punkty, oceny i paski na świadectwach.

Jedna z moich koleżanek urodziła na drugim roku studiów. Nikt z jej znajomych z roku nie palił się, żeby udostępnić jej notatki z wykładów, które opuściła. „To wykorzystywanie mojej pracy intelektualnej” – pouczył ambitny kolega.

Socjalizacja uskuteczniana przez nasz system edukacji polega w znacznym stopniu na tłumieniu emocji, kiedy przebywa się w grupie, a nie na rozpoznawaniu ich i nazywaniu. Dwunastolatek, który jest przygnębiony najpewniej nie do końca potrafi nazwać swój stan, nie wspominając o określeniu jego przyczyn. Umie za to stłumić przygnębienie na potrzeby tego, co jest w polskiej szkole określane (a nawet oceniane) jako „sprawowanie”.

Dojrzale miły

Być może uprzejmość jest do pewnego stopnia pochodną dojrzałości emocjonalnej. Jeśli rozpoznajemy własne emocje i ich źródło, w obliczu stresującej sytuacji nie będziemy potrzebowali natychmiastowego rozładowania napięcia na osobie, która akurat znajdzie się w pobliżu. Czy to wina małolaty z Zary, że projekt nie spodobał się szefowi?

Prawdziwa dojrzałość zależy nie tyle od metryki, co od poziomu samoświadomości, która wyklucza chorobliwą potrzebę pozycjonowania się w stosunku do innych. Emocje można porównać do ładunku energetycznego, który emitujemy w świat. Człowiek, po którym „wszystko spływa jak po kaczce” to raczej postać legendarna, niż współczesny superbohater.

Nie umiemy zastosować się do rady pt. „nie przejmuj się”. Winę za to ponoszą częściowo neurony lustrzane. Sprawiają, że bezwiednie naśladujemy mimikę rozmówcy, a dublując co bardziej wyraziste grymasy zmieniamy nasz stan emocjonalny. Całkowite odcięcie się od chama czy złośliwca nie jest do końca możliwe dla osoby, która nie ma rysu psychopatycznego.

Teorie na temat tego, co za naszym bezpardonowym okładaniem bliźnich po twarzach nastrojami i poczuciem wyższości stoi można mnożyć. Częściowo odpowiada za to fakt, że jesteśmy społeczeństwem chłopskim, gdzie nie ma rozbudowanych tradycji dobrych manier przekazywanych z pokolenia na pokolenie.

Zamiast się obrażać i powoływać na szlachcica w szóstym pokoleniu po kądzieli, powinniśmy raczej zaakceptować i przytulić naszą tożsamość. Komunistyczna inteligencja formowała się z chłopskich synów i córek, którzy przyjechali do miast na studia. Szacunek do starszych w przeciętnym polskim domu przez lata był iluzoryczny i budowany raczej na strachu niż dobrych relacjach. Piętno odcisnęła na nas także walka na pięści na ringu młodego, polskiego kapitalizmu, który podzielił społeczeństwo na beneficjentów i przegranych zmiany ustroju.

Banalne „bycie miłym dla obcych” jest silnie uwikłane nie tylko w jednostkową konstrukcję psychiczną, ale i w historię. Feudalny podział na chłopów i panów mocno zakorzenił się w naszych schematach poznawczych, nawet jeśli nie jesteśmy tego świadomi. Paradoks polega na tym, że im bardziej cham udaje pana, tym bardziej staje się chamem.

Nosisz zbroję, więc walcz

Dochodzi jeszcze kwestia przyzwyczajenia. Uzbrojeni w nasze grymasy i ton wielkopańsko-wszystkowiedzącego znudzenia (vide Beata Szydło) jesteśmy świetnie przygotowani na potencjalne nieprzyjemności. Kto wstał w wyśmienitym humorze i z uśmiechem zagadał do drugiego człowieka, który oblał go emocjonalnym błotem, wie, że to uczucie porównywalne do siarczystego policzka. Bezpieczniejszy jest kokon z naburmuszenia i ironii. Wtedy przynajmniej siły są wyrównane.

Naiwność i bezbronność to jedne z najbardziej wstydliwych cech współczesności. Częściowo za sprawą mediów. Telewizja roku 1994 była zupełnie inną telewizją, niż ta w 2014. Empatycznego i dziwiącego się wszystkiemu i wszystkim Mariusza Szczygła, który prowadził pierwszy polski talk show zastąpił Kuba Wojewódzki. Widzowie oszaleli, dostali swoje igrzyska. Monarcha TVN-u popularność zbudował na zakamuflowanych uszczypliwościach i bezpośrednich ciosach, stając się idolem tysięcy małolatów podziwiających jak komuś dosolić z uśmieszkiem. Bycie uprzejmym oficjalnie stało się passé.

Wypadałoby się zastanowić po co nam ta cała uprzejmość, bycie miły dla kogokolwiek, kto nie należy do naszej rodziny. Moja znajoma, Ada, uprzedzająco miła i uczynna, kiedyś też warczała na namolne sprzedawczynie i powolne kelnerki. Do czasu.

Kilka lat temu mieszkała w obskurnej klitce na Gocławiu. Dojazd do pracy zajmował jej półtorej godziny. Pewnego zimowego popołudnia wracała do domu tramwajem – z pięcioma siatami, w przemoczonych od topniejącego śniegu butach. Kiedy udało się jej dorwać wolny fotel oparła czoło o szybę i zrezygnowana patrzyła na sino-szare zimowe miasto. Na jednym z przystanków wymieniła spojrzenia z dwiema nastolatkami. Dziewczyny zauważywszy jej minę zaczęły się wygłupiać, tańczyć. Była w tym jakaś radość, młodość i dobra intencja. Kilkuminutowa interakcja z przypadkowymi osobami poprawiła jej humor na cały dzień.

Bezinteresowność wzrusza, przywraca wiarę w ludzi. Nie trzeba od razu spędzać popołudnia na wyrywaniu staruszkom siat z zakupami i wnoszeniu ich na dziesiąte piętro. Można zacząć od banalnego puszczenia pawiego oka to kioskarki.

Wyrastamy na ludzi, którzy wiedzą, że trzeba przywitać się z sąsiadami w windzie i ustąpić miejsca staruszce w tramwaju, ale to często puste gesty, które pozwalają nam utrzymać przekonanie o tym, że należymy do kasty ludzi kulturalnych. – Człowiek dobrze wychowany to człowiek empatyczny i delikatny – mówi Elżbieta Ułasiewicz, ekspertka savoir-vivre’u. – Znajomość zasad i niuansów etykiety nie zda się na nic osobie, która jest nieuprzejma. Powinniśmy traktować innych tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani. To frazes i banał, ale i jedyna droga do budowania dobrych relacji – komentuje Ułasiewicz.

Polub BLISS na Instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...