Nie depresja, nie nowotwór. To jest najpoważniejsza choroba XXI wieku

Kadr z filmu "Samotny mężczyzna" (2009)
Mało kto zna angielskiego poetę Johna Donne’a. Jednak to do niego należą słowa, które Ernest Hemingway cytuje na początku swojej najbardziej znanej powieści. „Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. […] Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie”. Jesteśmy istotami społecznymi, drugi człowiek jest nam niezbędny do sprawnego funkcjonowania. We współczesnym świecie często jednak znajdując się obok siebie, tak naprawdę jesteśmy sami. Zapatrzeni w ekrany telefonów, monitory komputerów, żyjąc życiem bohaterów serialowych, zapominamy, że rzeczywistość nie znajduje się w naszych sprzętach elektronicznych. O tym, że osamotnienie jest najgroźniejszą chorobą XXI wieku i jest czymś innym niż samotność rozmawiamy z psycholog Agnieszką Kulewską.

W XIII wieku cesarz rzymski Fryderyk II Hohenstauf nakazał odebranie matkom grupy noworodków i wychowywanie ich w całkowitym milczeniu. Zastępcze opiekunki miały ograniczyć kontakt z maluchami do minimum, czyli zapewniać im pożywienie. Cesarz ciekaw był, jakim językiem zaczną się one porozumiewać, wierzył, że będzie to mowa pierwotna. Eksperyment deprywacyjny nie powiódł się. Pozbawione czułości, bliskości i głosu innych ludzi dzieci nie przeżyły.
***
Duńczycy postanowili zrobić eksperyment społeczny i zasymilować ludzi mieszkających na Grenlandii. W latach 50. grupa urzędników złożyła kilku rodzinom propozycję, by oddali swoje dzieci, aby te miały szansę na lepsze życie w Danii. Wielu uznało to za absurd, jednak pod wpływem nacisków, manipulacji i przekonywań, że tak będzie dla nich lepiej, kilka rodzin wyraziło zgodę na wyjazd. Maluchom zabroniono porozumiewać się ojczystym językiem i rozlokowano je w rodzinach zastępczych. Większość czuła się wyobcowana i nie chciała zaadaptować się w nowym domu. W mediach ogłoszono jednak sukces przedsięwzięcia. Dzieci nigdy nie wróciły do rodzin. Większość z nich zmarła w młodym wieku w osamotnieniu, część wpadła w alkoholizm.
***
W 1972 roku Szwedzi przyjęli idylliczną wizję świata, w której każdy jest równy i wolny. Doprowadzić miała do tego likwidacja szkodliwych więzi międzyludzkich. Nieograniczona niezależność doprowadziła jednak do katastrofy. Pokazał to w 2015 roku Erik Gandini w swoim filmie "Szwedzka teoria miłości". Szwedki coraz częściej zamiast spotkania z mężczyzną, wybierają sztuczne zapłodnienie, które wykonać mogą samodzielnie w domu, blisko połowa Szwedów żyje w pojedynkę, dotyk stał się tematem tabu, brak relacji doprowadził do skrajnego wypalenia emocjonalnego, a co czwarty Szwed umiera w samotności i zapomnieniu.

Trafiłam na pani artykuł całkiem przypadkowo. Zainteresował mnie tytuł, pomyślałam: „dlaczego ktoś użył słowa osamotnienie, a nie klasycznie samotność”. To różnica?

Trochę zależy z jakiej perspektywy na to spojrzymy. Językowo, zarówno w mowie potocznej, jak i fachowej, głównie anglojęzycznej słowa te traktowane są jako synonimy. Gdy jednak zaczniemy je rozbierać, okazuje się, że ich znaczenia nie są tożsame.

Jak zatem je rozróżnić?

Kluczową różnicą jest to, że samotność możemy zmierzyć. Gdy w pomieszczeniu nie ma nikogo poza mną, to fizycznie stanowi to samotność. Mogę jednak być sama, ale nie osamotniona. Często nie czujemy się źle z samotnością, bo każdy potrzebuje chwili dla siebie, odpoczynku i ciszy. I jest to związane z pozytywną stroną życia. Samotność może być pozytywna, neutralna lub negatywna, osamotnienie jest zawsze negatywne. Każde osamotnienie jest samotnością, ale nie każda samotność jest osamotnieniem, chociaż może do niej prowadzić. Miałam pacjentkę, która w wypadku straciła męża i dzieci. Fizycznie stała się samotna, a to przerodziło się w osamotnienie, które łączy się z myśleniem, że inni mają znajomych, bliskich, rodzinę a ja nie i to obniża nasze zadowolenie, wpadamy w zły nastrój.

Powszechnie mówimy na to samotność w tłumie.

Obecnie większość z nas mieszka w miastach. I dochodzi do sytuacji, że jedziemy tramwajem, wokół nas jest dużo ludzi, a my czujemy się źle. Bo osamotnienie jest subiektywne – to ja nie mam zbudowanych relacji, to ja nie potrafię nawiązać kontaktu, mnie nie ma kto wysłuchać.


To powszechny problem?

Niestety zarówno prywatnie i zawodowo przekonuję się, że bardzo powszechny. Chociaż nadal żywy jest stereotyp, że „nie jestem wariatem, nie potrzebuję psychologa”, coraz więcej osób przychodzi do gabinetu po prostu się wygadać. I okazuje się, że poczucie osamotnienia jest stanem dotyczącym coraz większej grupy.

Czyli relacje z ludźmi są dla nas niezbędne. Jak je jednak budować, by były trwałe?

Człowiek jako istota stadna posiada silną potrzebę budowania kontaktów międzyludzkich. Przede wszystkim powinniśmy być empatyczni, szczerzy i autentyczni w kontaktach z drugim człowiekiem. Prawidłowa relacja oparta musi być na bliskości, szczerości i zaufaniu. Wtedy daje nam satysfakcję z życia i poprawia samopoczucie.

Przewrotnie powiem, że chyba nadal łatwiej jest jednak znaleźć receptę na zepsucie relacji niż ich budowanie, co najlepiej przedstawiają słowa Dale'a Carnagiego: ,,nigdy nie słuchaj nikogo dłużej niż tylko chwilę. Mów cały czas o sobie. Rozglądaj się w trakcie rozmowy. Jeśli przyjdzie ci coś do głowy i chcesz o tym powiedzieć, nigdy nie czekaj jak ktoś przestanie mówić. Wal natychmiast, przerywając rozmówcy w pół słowa. Znasz takich ludzi?”

Pani w swojej pracy szczególności zajmuje się seniorami. Czy ludzie starsi częściej niż młodzi uskarżają się na osamotnienie?

W lutym prowadziłam badania dotyczące poczucia osamotnienia, wsparcia społecznego i jakości życia polskich seniorów na przykładzie rezydentów trzech domów opieki społecznej w Zielonej Górze. Mimo zapewnionego bezpieczeństwa, właściwych warunków socjalno-bytowych oraz możliwości spędzania czasu wśród rówieśników pensjonariusze domów spokojnej starości ujawniają poczucie osamotnienia. Czynniki przyczyniające się do samotności w podeszłym wieku to przede wszystkim samotność kulturowa, przekonanie o nieuchronnej śmierci, styl życia czy strata najbliższych.

O ile o osamotnieniu wśród seniorów mówi się od kilkunastu lat, to jednak ten problem nie dotyczy tylko ich. Coraz więc młodych ucieka w świat wirtualny, nie potrafi odnaleźć się w społeczeństwie...

Do źródeł samotności należy zaliczyć współczesne tempo życia, anonimowość, postęp technologiczny, zjawisko globalizacji, transformacje ustrojową w wielu krajach, bezrobocie oraz inne przeobrażenia gospodarcze, które przyczyniły się do migracji i emigracji zarobkowej wielu ludzi. Czynniki te wpływają na rozluźnienie więzi międzyludzkich, przyjmujących coraz częściej formę bezosobową i instrumentalną, życzliwość i empatia zanikają. I te czynniki odnoszą się do wszystkich. Młodzi osamotnieni nie realizują swoich pasji, zainteresowań, zapominają o ważnych dla nich wartościach, kontakt z innym człowiekiem rekompensują w sieci. Na czatach, portalach randkowych, których okienka szybko można zamknąć, jeżeli coś nam nie pasuje.

Młodzi ludzie mają setki znajomych, rozmawiają, pokazują, gdzie byli i co jedli. Jednak robią to głównie w świecie wirtualnym. W rzeczywistości nie mają zaufanej osoby. Widać to niestety po coraz tragiczniejszych doniesieniach w mediach. I to jest problem. Gdy brak lajków czy negatywny komentarz tak ich frustruje. Kiedyś ludzie między sobą wylewali złe emocje, teraz to się wylewa w internecie. Nie mam oczywiście nic przeciwko wykorzystywaniu nowoczesnych narzędzi, ale zaczynamy zbliżać się do punktu krytycznego. A inni to wykorzystują: powstają portale dedykowane samotnym czy testy na sprawdzenie partnera idealnego, a potem wysyłamy płatnego smsa, by zyskać do czegoś dostęp, dostać wynik, dowiedzieć się, co jest z nami nie tak. Ktoś na tym zarabia. I co jest ważne, odwrócił się kierunek naszych znajomości. Kiedyś poznawaliśmy się w realu i dodawaliśmy do kontaktów w sieci, teraz jest odwrotnie. Ludzie kolekcjonują znajomych, dodają ich na oślep. A przecież chodzi o jakość, a nie ilość. Lepiej mieć trzech bliskich przyjaciół. Nagle się okazuje, że jak jest źle, nie mamy do kogo się odezwać. Jak to? Przecież mamy 900 znajomych. No tak, teoretycznie.

Czy wiek i płeć mają tutaj jakieś znaczenia?

Osamotnienie nie ma płci i wieku, nie dotyczy tylko starszych ludzi. Dotknąć może każdego, nawet tych, którzy otoczeni są wianuszkiem znajomych. A także… noworodki. Malutkie dzieci pozbawione kontaktu i bliskości również mogą odczuwać osamotnienie. To taki stan, gdy zaczyna nam się chwiać równowaga. Żadnemu człowiekowi nie wystarczy do życia powietrze i jedzenie. Komfort psychiczny, poczucie, że ktoś nas kocha i potrzebuje, są równie obowiązkowe. Zatem szczególnie narażeni są ci, którzy izolują się społecznie. Taka izolacja transformuje w końcu w samotność fizyczną, potem psychiczną i ostatecznie w osamotnienie.

Z tego, co pani mówi, granica jest nieraz bardzo cienka. Czy możemy sami nie zdawać sprawy z naszego stanu? Gdy na przykład powtarzamy sobie, że wszystko jest ok, przecież mamy rodzinę, znajomych…

Często żyjemy obok siebie. Siedzimy przy stole, ale nie jesteśmy razem. Dzisiejsze czasy determinują takie zjawisko, jesteśmy zagonieni, wpadamy do domu i wypadamy, a nasze relacje są bardzo powierzchowne. A przykład, który pani podała, to faza wyparcia.

Czyli osamotnienie postępuje etapami. Możemy je wyszczególnić?

Oczywiście, to nie jest tak, że budzimy się osamotnieni. To jest proces, a my możemy na niego wpływać. Na początku pojawia się zastanowienie, że coś nie jest w porządku. Orientujemy się, że chcemy z kimś pogadać, ale nie mamy z kim. To faza niepokoju, ale nie jest jeszcze negatywnym stanem psychicznym. To takie neutralnie odczucia, ale zaczynamy się wahać. Później następuje faza lekceważenia, samookłamywania się, wyparcia: „nie, wydaje mi się, jestem przewrażliwiony, każdy tak ma”. Machamy ręką i odkładamy problem na półkę. Te dwie fazy są bardzo szybkie i płynne, trudno wyznaczyć ich granicę.

Potem pojawia się faza, którą nazwać możemy podejmowaniem prób. Chcemy zmiany sytuacji, a podjęte kroki mogą być udane lub nieudolne. Ten etap jest bardzo długi, może trwać nawet latami i często braki rekompensowane są przez media społecznościowe - to jedna z najczęściej podejmowanych prób. Oczywiście, w tym momencie pomocy może nam udzielić ktoś bliski, bardzo ważne jest wsparcie społeczne. Rzadko zdarza się bowiem, by ktoś sam, poprzez np. realizowanie hobby, aktywność czy kupienie zwierzaka, umiał powrócić do stanu równowagi. W tej fazie pojawiają się zmiany negatywne: negatywny stan psychiczny, obniżenie nastroju. Nadal jednak nie oznacza to, że mamy do czynienia z zaburzeniem.

Po czym poznać, że jesteśmy na tym etapie?

Zły nastrój nie będzie trwał kilka godzin. Jeżeli coś wcześniej nas cieszyło, bawiło, a nagle staje się dla nas bez znaczenia, mamy sygnał, że coś się dzieje. Zatem jeżeli nie potrafimy znaleźć szczęścia w małych aspektach i jest to stan długotrwały, to może nas to niepokoić. Są osoby, które same lub z pomocą bliskiego z tego wyjdą. Ale większość niestety sobie z tym nie poradzi.

To faktycznie trudne, zawsze zdaje się, że mogłoby być gorzej. Czy towarzyszą temu objawy biologiczne?

Mniej więcej już w środku trzeciej fazy, podejmowania prób, można obserwować zmiany biologiczne, np. ból, obniżoną odporność, zaburzenia rytmu snu i czuwania, bezsenność, niedosypianie lub nadmierną senność zależnie od jednostki. A problem ze snem to obciążenie pracy serca, prowadzące w konsekwencji do chorób układu krążeniowo-naczyniowego. Inne symptomy zależą w dużej mierze od naszych skłonności i stylu życia. Jedni będą smutki zajadali, głównie słodyczami, które dostarczają tryptofanu, którego ludzki organizm samodzielnie nie wytwarza. Jest niezbędny do produkcji w ośrodkowym układzie nerwowym serotoniny, zwanej hormonem szczęścia. A nadmiar słodyczy prowadzi do tycia, a to powoduje spadek samooceny, poczucie nieatrakcyjności, a w konsekwencji zamknięcie się w czterech ścianach. Inni zaczną zaglądać do kieliszka. Dlatego osamotnienie, jak się nagle okazuje, nie tylko wpływa na naszą duszę, ale i ciało.

Mnie to zastanowiło, gdy w mojej grupie pacjentów miałam takich, którzy cały czas chorowali. Ci osamotnieni przez obniżoną odporność, byli bardziej narażeni na przeziębienie.

Trzecia faza jest już momentem krytycznym?

Nie, nadal mamy przed sobą dwie drogi. Skręcając w jedną możemy wrócić do normy. Jak to zrobić? Nieraz wystarczy zmienić jeden element, poznać nowego znajomego, udać się po pomoc, chociażby do lekarza pierwszego kontaktu.

Druga ścieżka prowadzi niestety do fazy ostatecznej, którą nazwać możemy fazą wyczerpania zasobów. Każdy człowiek ma zasoby: uwarunkowania genetyczne, ale i środowiskowe. Na tym etapie czujemy wyczerpanie fizycznie i psychicznie, specjalista mógłby zdiagnozować depresję, jednak u każdego mogą pojawić się inne objawy. Bardziej skrajne, jak choroba alkoholowa, problemy nerwicowe lub mniej kategoryczne, jak nadwrażliwość czy demonstrowanie złych emocji. Problemem jest również wciskanie innym przycisku „delete” – coraz częściej traktujemy ludzi jak rzeczy, rezygnujemy z nich, usuwamy z życia, bo nas denerwują. Zatem z jednej strony pragniemy więzi, a z drugiej odrzucamy innych. Zamykamy się w kokonie swoich przekonań i nie dopuszczamy, że mogłoby być inaczej.

To zjawisko jest bardzo widoczne w internecie...

Nie jestem przeciwna nowym technologiom, wszyscy z nich korzystamy. Jednak ludzka psychika trochę nie nadąża za tym postępem. Bo przecież nie jest tak, że kiedyś ludzie nie mieli problemów. Oczywiście, że mieli, tylko albo nie zdawali sobie z nich sprawy, albo nazywali je inaczej niż my współcześnie. Nasze życie się wydłuża, i to dobrze, ale wiąże się to też z innymi wyzwaniami, na które musimy szukać rozwiązań. Internet, w którym popularne jest życie na pokaz, chwalenie się, udawanie, obserwowanie tych, którzy mają więcej, czym ucieleśniają nasze marzenia jest polem, które niejednokrotnie staje się idealną ucieczką. Nie wychodzi mi w życiu, ucieknę do świata wirtualnego. Tam za pomocą jednego zdjęcia mogę siebie wykreować.

I jak sieć daje nam duże możliwości do nauki czy wygodnego kontaktowania się, tak również jest zagrożeniem. Nie brakuje oszustów, którzy naciągają osoby osamotnione, wykorzystują czyjąś frustrację i brak perspektyw. Powiem jeszcze jedną rzecz, za którą wszelkiej maści motywatorzy internetowi mnie zjedzą. Ciągła presja społeczna, powtarzanie, że możemy wszystko napędza wyścig szczurów, zapominamy o tym, by możliwość realizacji celu oceniać przez pryzmat naszych możliwości. Jest to bardzo szkodliwe, bo przecież nie zawsze musimy być pierwsi.

Zdaje się, że coraz głośniej mówi się o tym, jak internet zmienia stosunki społeczne, nadwyręża kody kulturowe, które znamy od lat. Jakiś czas temu trafiłam na program o hotelach, które oferują cyfrowy detoks, dwa lata temu w kinach pokazywany był film "Szwedzka teoria miłości", który ujawnił brutalną prawdę o skandynawskim społeczeństwie, które zrezygnowało z bliskości drugiego człowieka.

Problem, który obecnie nasila się w Polsce, np. w Niemczech jest powszechny od około 10 lat. Właściwie jest już globalny. Według badań około 42 milionów Amerykanów w wieku 45. i więcej, doświadcza chronicznego poczucia osamotnienia. Z kolei brytyjska Fundacja Zdrowia Psychicznego donosi, że 30% ludzi pomiędzy 18. a 35. rokiem życia jest dotkniętych tym problemem. To jest tzw. paradoks internetu - niby miał łączyć, ale zaczyna dzielić. W Chinach już organizuje się specjalne obozy dla dzieci uzależnionych od internetu, które mają podobne symptomy jak alkoholicy przy odstawieniu.

W Polsce problemem może być tendencja, na którą zwróciłam uwagę pewien czas temu – lubimy narzekać, ale na drobne sprawy. Na pogodę, na pracę, na kolegę. Ale kiedy jest naprawdę źle nie mówimy o tym, bo nie wypada. Miałam kiedyś koleżankę, która bała się przyznać, że ma raka, bo po co inni mają wiedzieć. A ja powtarzam: kiedy dzieje się coś niepokojącego, mówmy o tym, bo tylko tak zbudujemy trwałe relacje. A jak ktoś się zniechęci i odejdzie? Dobrze, to znak, że nie był gotowy na to, że w życiu jest nie tylko dobrze. Dobry partner, znajomy, to taki, który będzie z nami na dobre i na złe, który pomoże nam wyjść z problemów.

Jak zatem samodzielnie możemy radzić sobie w sytuacji, gdy coś nas zastanawia i nie wiemy, czy zwierzać się koleżance, czy od razu biec na terapię?

Może to wydać się dziwne, ale ja polecam… kartkę i długopis. Niepokoi nas, że zbyt wiele czasu spędzamy przed komputerem? Zapiszmy, ile godzin dziennie zajmują nam media społecznościowe, ile wolnego poświęcamy na wirtualną rozrywkę. Jeżeli jest to ponad 5 godzin może być to już objaw przedchorobowy. Kiedy szukamy pocieszenia w internecie, w jakich chwilach, jakie stany temu towarzyszą? Dlaczego tak robimy? Może czujemy się nieswojo z ludźmi? Dlaczego wsparcia szukamy w sieci, a nie bezpośrednio u znajomych? Ile dni w tygodniu mieliśmy nieudanych? Dlaczego były nieudane? Zacznijmy zadawać sobie pytania. Po miesiącu wnioski mogą zaskoczyć nas samych. Udawanie i tłumienie męczy i nie przynosi pozytywnych skutków.

Napisała pani, że „osamotnienie to największa choroba XXI wieku”…

Jeżeli nie zaczniemy podnosić głów ponad nasze telefony i komputery, dostrzegać drugiego człowieka i doceniać, że dobre relacje ze światem równają się ze szczęśliwym życiem, to tak. Może za chwilę zdarzyć się, że wszyscy wpadniemy w pułapkę. Nowe technologie raczej nie zagrażają tym, którzy są dobrzy w podtrzymywaniu relacji, w ich przypadku zwykle przekłada się to na częstsze spotkania na żywo. Gorzej z tymi, którym wchodzenie w relacje przychodzi z trudem, którzy żyją w odosobnieniu albo są bardzo nieśmiali. Ci zapłacą za to najwyższą cenę. Ich izolacja będzie się pogłębiać. Innymi słowy: bogaci staną się jeszcze bogatsi, a biedni zbiednieją. Wiele osób dzisiaj bezwiednie wpada w tę pułapkę. A badania pokazują, iż wszyscy potrzebujemy kontaktów z ludźmi. To taka sama biologiczna potrzeba. Jak głód czy pragnienie.

Polub BLISS na Instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...