Transatlantyk Batory – na jego pokładzie rozgrywały się gorące romanse II RP, a kapitan rzadko kiedy trzeźwiał

Statek Batory, zdjęcie archiwalne
Izabela Stachowicz, ekscentryczna przyjaciółka Gombrowicza i pierwowzór Heli Bertz z „Pożegnania jesieni” Witkacego chciała zostać oficjalną maskotką statku, żeby tylko uczestniczyć w pierwszym rejsie. Na jego pokładzie swój najpiękniejszy, ale i najkrótszy romans przeżyła Hanka Ordonówna. Melchior Wańkowicz, wysłany przez jedną z warszawskich redakcji, żeby opisać dziewiczy rejs statku mówił złośliwie, że podróż Batorym to nie materiał na reportaż, a co najwyżej na pikantną kronikę towarzyską.

Z kolei Loda Halama płynąc na podbój Stanów zastawiła część biżuterii, wierząc, że podróż „zaledwie” klasą turystyczną byłaby dla gwiazdy jej formatu dyshonorem i złą wróżbą. Gdyby istniał do dziś, na bilety trzeba by długo czekać, o zainwestowaniu bajońskiej sumy nie wspominając. Na pokładzie najbardziej znanego polskiego statku w 20-leciu międzywojennym małżonki pierwszych polskich milionerów spotykały się z działaczami politycznymi i gwiazdami estrady. Niektórzy tak polubili modernistyczny wystrój, wystawne obiady i charyzmatycznego kapitana Eustazego Borkowskiego, że Atlantyk w jego towarzystwie pokonywali kilka, a nawet kilkanaście razy. Batory naszą dumą i wizytówką był jednak zaledwie 4 lata, a na ostatni rejs do Nowego Jorku jako ekskluzywny liniowiec, „salon polski na Atlantyku” (jak tytułowała go prasa) wypłynął 26 sierpnia 1939. Przytaczamy kilka anegdot z jego najlepszych lat.

Polska brazylijska

Nowy wspaniały świat wolnej Polski nastawał bardzo powoli. Trudnej sytuacji, zwłaszcza na wsiach, nie ułatwiał imponujący przyrost naturalny. W 1925 roku na świat przyszło aż 545 tysięcy Polaków, w całej Europie więcej dzieci rodziło się tylko w Holandii. Krach na giełdzie w Stanach dodatkowo pogorszył sytuację na Starym Kontynencie. Pokój i wolność dla wielu oznaczały skrajną nędzę. Polskie wioski w latach 30. zaczęły wyludniać się w zdwojonym tempie. Celem była w większości przypadków mityczna Ameryka, gdzie ziemię można było dostać za bezcen. Setki tysięcy, często niepiśmiennych chłopów, którzy dotychczas nie byli dalej niż w najbliższym miasteczku powiatowym sprzedawało dobytek i kupowało bilety na statki. Początkowo niemieckie. Przeważnie w jedną stronę.

Młody kraj zmagał się z problemami poważniejszymi, niż brak floty. Pierwsze plany budowy polskiego liniowca podyktowane były niczym innym, jak chęcią wzbogacenia się na masowym exodusie. W 1923 roku w Gdyni, wówczas zamieszkanej przez garstkę osób (głównie Kaszubów i robotników) prezydent Stanisław Wojciechowski otworzył drewniane molo połączone z kilkoma barakami, również z drewna. Zabudowa zyskała miano „przystani i tymczasowego portu wojskowego”. O dziwo, po jego otwarciu Gdynia zaczęła rozrastać się w zastraszającym tempie – w 3 lata liczba mieszkańców potroiła się, a w 1929 został zakupiony pierwszy statek – fregata Dar Pomorza, która miała służyć studentom.
Plany dotyczące rozbudowy portu i zakupu statków rosły wraz z ambicjami kolonialnymi młodego państwa. Zakupiono ziemię w Brazylii, gdzie w 1930 wyjechało 135 rodzin polskich osadników. Usiłowano kolonizować również tereny w Togo, Kamerunie, Liberii, a także w Paragwaju i Angoli. W przededniu wybuchu II wojny światowej podstawione przez polski rząd osoby kupiły 20 tysięcy hektarów w Mozambiku. Miały zostać zasiedlone wiosną 1940.

Polska jako państwo kolonialne potrzebowała rzecz jasna własnego transportu do zamorskich przyczółków. W 1930 roku powstaje Polskie Transatlantyckie Towarzystwo Okrętowe, które kupuje od Duńczyków trzy archaiczne liniowce, będące niemal równolatkami Titanica. Statki oprócz polskiej bandery otrzymują patriotyczne imiona – Polonia, Pułaski i Kościuszko.


Towarzystwo, żeby się rozrastać musiało na siebie zarabiać. W ruch ruszyła machina propagandowa. Państwo przez wieki pozbawione dostępu do morza wyrastało na kraj wielbicieli Bałtyku. Po Warszawie jeździły tramwaje przybrane w dyktowe makiety statków, ulice w całym kraju zapełniły się plakatami z hasłem „Pracujesz na lądzie, wypoczywaj na morzu”, a pisarz Antoni Wójcicki pisał, że „podstawowym obowiązkiem obywatelskim jest wykąpać się nad polskim morzem”. Polacy połknęli bakcyla – modne stały się wczasy w Juracie i wycieczki na rodzimych statkach, pływających początkowo głównie na Islandię i norweskie fiordy. Wypoczywający nad Bałtykiem przywozili rodzinie i znajomym butelki z wodą morską jako pamiątki.

W 1933 polskimi statkami podróżowało zaledwie 4300 pasażerów. Dwa lata później liczba pasażerów wzrosła do 28 tysięcy. W 1935 roku do portu w Gdyni (wówczas już nie z drewna) wpłynął po raz pierwszy Piłsudski, wcześniej oddany bliźniak Batorego. Oba statki zostały zbudowane we włoskiej stoczni nieopodal Triestu, gdzie tworzenie nowoczesnego wystroju nadzorowała śmietanka polskich artystów. Aranżacja wnętrz miała być świadectwem „wysokiego poziomu polskiej kultury artystycznej” i „dążności ku pięknemu”. Na statku zawisły obrazy Zofii Stryjeńskiej, co pomogło jej podreperować budżet – mimo wielkiej sławy pieniądze nie bardzo trzymały się artystki.
Oprócz 26 luksusowych kabin z własnymi łazienkami, sali balowej, dwóch eleganckich jadalni na mierzącym 160 metrów długości i 22 metry szerokości statku znalazło się miejsce na kilka barów, basen, a nawet salę gimnastyczną wyposażoną w mechanicznego konia i takiegoż wielbłąda. W kuchni pracował 60 osób i to mimo takich rewolucyjnych, jak na tamte czasy, udogodnień jak automatyczna krajalnica czy maszyna parząca i cedząca herbatę na sto szklanek. Batory miał też własną piekarnię i cukiernię, a nawet porcelanową zastawę i specjalne szkło do ostryg i owoców morza. Kuchnia szczyciła się, że podaje na śniadanie płatki z mlekiem – wówczas kompletną nowość, wymyśloną w Stanach przez lekarza nazwiskiem Kellogg, wegetarianina, który utrzymywał, że taki posiłek odwodzi od masturbacji (z tego dość oryginalnego poglądu na statku raczej nie zdawano sobie sprawy). Ponieważ ponad połowę podróżujących stanowili Żydzi, kuchnia opracowała także specjalne, koszerne menu i zatrudniała kucharza specjalizującego się w czulencie i bajglach.

Kto nie chciał chodzić mógł korzystać z windy. Zrezygnowano z typowego w tamtych czasach przepychu – złoceń i ciemnego drewna na rzecz funkcjonalnego modernizmu. Meble w jednej z jadalni były zielone, a podłogę z linoleum ozdabiały zaprojektowane przez grafików konstelacje gwiezdne. Największą konsternację wzbudził nowoczesny bar udekorowany wymodelowanymi w srebrzystej masie postaciami nagich kobiet. Mimo wszystkich tych smaczków podróżujący i tak najchętniej fotografowali się na tle kopii obrazu Matejki wyobrażającej Stefana Batorego.

Szlak południa

W dziewiczy rejs, mocno reklamowany na łamach ówczesnej polskiej prasy, statek popłyną ze stoczni trasą Dubrownik-Barcelona-Casablanca-Funchal na Maderze-Lizbona-Londyn-Gdynia. Wyruszył 21 kwietnia 1935 roku rano, a już wieczorem odbył się pierwszy bal. Każdej z pań został wręczony przez kapitana, Eustazego Borkowskiego, „bukiecik patriotyczny” składający się z przywiezionych z Polski i przetrzymywanych w chłodni chabrów i kłosów. Następnie kapitan złożył na dłoniach każdej z obdarowanych siarczysty pocałunek. Po kilku oficjalnych toastach, między innymi za zmarłego kilka miesięcy wcześniej marszałka Piłsudskiego orkiestra zaczęła grać, a zabawa rozkręciła się na dobre. Na statku zebrała się cała ówczesna śmietanka towarzyska. Potoccy, Tarnowscy, Olizarowie, polityków i dygnitarzy przedstawiały głównie małżonki, między innymi Paulina Starzyńska, ówczesna prezydentowa Warszawy.

W pierwszym rejsie brał również udział Melchior Wańkowicz wysłany przez Polskie Radio. Początkowo niezbyt zachwycony towarzystwem pisał: „Na dziewiczy rejs najpiękniejszym i najnowocześniejszym transatlantykiem Bałtyku wybrało się 620 burżujów wyładowanych grubszą forsą, którzy obżerali się, pili, werandowali i byczyli za wszelkie czasy”. Serwowane od rana do nocy wino i wspaniała pogoda zrobiła jednak swoje i dziennikarz szybko zintegrował się z współpasażerami. Pewnego wieczoru po dniu spędzonym w barze postawny 44-latek postanowił wdrapać się na maszt. Traf chciał, że statkiem zaczęło akurat mocniej bujać. Ściągnięcie Wańkowicza na dół zajęło kilka dobrych godzin – na górze dostał ataku paniki i za nic nie chciał się ruszyć. Dziennikarz, który jako oficjalny korespondent otrzymał przestronną, jednoosobową kajutę szybko zaczął być nagabywany przez znajomych, którzy koniecznie musieli „poprawić fryzury” w towarzystwie spotkanych na dansingu dziewcząt. Koniec końców rozumiejący aż nazbyt dobrze tę dbałość o elegancję Wańkowicz kończył budząc się nad ranem na pokładowym leżaku wśród pozostałości szampańskiej zabawy dnia poprzedniego.

Demoniczna Hela Bertz

Na statku płynęła także córka Stefana Żeromskiego – studentka ASP Ewa, która w pamiętniku opisywała głównie charyzmatycznego kapitana Borkowskiego i niechęć do Izabeli Stachowicz (przed wojną wciąż jeszcze Beli Gelbard). Niewykluczone, że Ewa, mimo że była bez dwóch zdań wielką pięknością zazdrościła starszej koleżance tupetu. Bela, mimo czterdziestki na karku miała mnóstwo młodzieńczej energii. Przyjaźniła się z mężczyznami, głównie artystami, jej najbardziej znanymi kompanami byli Witkacy i Gombrowicz.

Nie żałowała sobie alkoholu, a do tego swoim zwyczajem opowiadała niestworzone historie – a to, że miała kilkudziesięciu mężów, a to o jakichś szalonych zakopiańskich przygodach ze sobą w roli głównej. Podczas podróży jej nieodłącznym kompanem stał się młody literat Arkady Fiedler, któremu udało się zaprzyjaźnić również z Wańkowiczem. Ewa Żeromska zapisała w dzienniku, że dostaje już szału od słuchania Beli, która znowu zgubiła towarzystwo, więc biega po pokładzie jak wariatka i zawodzi przeciągle „Arkaaaady”.

Znana z opowiadanych bez mrugnięcia okiem kłamstw Bela była jednak o wiele bardziej prostolinijna, niż można było przypuszczać. Podczas postoju w Barcelonie wraz z Fiedlerem, Wańkowiczem, dziennikarką Jadwigą Kiewnarską i Wilmą Różycką zeszła na ląd, żeby zjeść obiad w portowej tawernie. Po kilku butelkach czerwonego wina rozchichotane panie zaczęły naciskać na Wańkowicza, żeby wymyślił dla nich kolejną atrakcję. Ten nie zastanawiając się długo zarządził wyprawę do lupanaru. Taksówka zawiozło towarzystwo do miasta. Szanujący się dziennikarze, literat i żona przemysłowca wynajęli dwoje dziewcząt, którym nakazali się rozebrać i czule obcałowywać. Bela nie kryła rozgoryczenia, naburmuszona stała z boku z założonymi rękami, a kiedy ktoś do niej podchodził ciągnęła dramatycznie nosem i burczała pod nosem o „przedmiotowym traktowaniu kobiet”.

Nie był to koniec quasi erotycznych przygód podróżujących w odwiedzanych miastach, choć towarzystwo nieco się przegrupowało. Fiedler z Belą, zmęczeni towarzystwem statecznych pań, które bez wspomagania procentów bywały ciężkie do zniesienia, w Casablance natychmiast zniknęli w tłumie. Zdezorientowana napierającymi z każdej strony ciałami Bela zaczęła recytować zawartość spiżarni swojego mieszkania na Złotej, ponieważ czuła, że otoczona ciżbą „przestaje być sobą”.

Wańkowicz również spacerował sam. On z kolei nie był w stanie zdzierżyć Kazimierza Rudnickiego, prowincjonalnego ziemianina. We wspomnieniach napisał: „Należał do tak zwanej półtorej szlachty, skaczącej i niemogącej doskoczyć do pełnej krwi arystokracji. Cóż więc mogło być dla niego lepszym wyjściem, jak znaleźć się z kupą hrabin i księżnych w tak intymnej przygodzie?”.

Pod wieczór dziennikarz spotkał Rudnickiego w towarzystwie nobliwych pań w pobliżu Bousbir, olbrzymiego burdelu traktowanego jako rodzaj atrakcji turystycznej. Do ziemianina doskoczyła skąpo ubrana młoda Arabka, która błyskawicznie wczepiła się w jego krocze. Rudnicki czerwony ze wstydu, tym bardziej, że wysiłki dziewczyny zaczęły najwyraźniej przynosić skutki, zaczął wydzierać się wniebogłosy. Jedna z matron dostrzegłszy Wańkowicza, zaczęła przywoływać go gestem i poprosiła, żeby pomógł zaatakowanemu. Ubawiony kuriozalną sytuacją dziennikarz odmówił, twierdząc, że ma zbyt wiele do stracenia.

W końcu dziewczynę udało się oderwać francuskim żandarmom. Przy kolacji Wańkowicz pytany o zajście, o którym zdążyło się już zrobić głośno na statku odparł, że jego zdaniem zabiegi Arabki były wymierzone nie tyle w Rudnickiego, co w stronę pań, dla których ta poczciwa dziewczyna chciała „ekshumować obiekt znany z zamierzchłych wspomnień”.

Captain, oh captain

Po przybyciu do Gdyni, Batory szybko wypłynął w swój pierwszy rejs do Stanów, z ładownią wypchaną polskimi szynkami, serami, a także modnymi giętymi meblami i…cementem. Czym byłby jednak statek bez swojego kapitana. Jeśli chodzi o Batorego niewątpliwie najbardziej charyzmatyczną postacią był Eustazy Borkowski. Gorący patriota i katolik, ale tylko w teatralnym, pełnym dramatyzmu wydaniu, ulubieniec dziennikarzy po obu stronach oceanu i uroczy egocentryk. Morze ciągnęło go tak bardzo, że na statki uciekł ze szkoły jako nastolatek, by potem skończyć Akademię Morską w Petersburgu. Władał biegle kilkunastoma językami, a do tego miał nieoceniony talent psychologiczny, który sprawiał, że był w stanie skraść serce dowolnie wybranej osobie. Jego załoga była nie mniej niezwykła niż on sam – w maszynowni pracował były ogrodnik papieski, biedujący aktor został tymczasowo stewardem, podobnie jak pilot, który podczas jednego z pokazów lotniczych zrzucił ładunek na publiczność.
Borkowski nade wszystko uwielbiał pozować na maga, zaklinacza oceanów. Kiedy podczas jednego z pierwszych rejsów do Stanów Batory przepływał przez środek ogromnego sztormu, a stewardzi byli zmuszeni poustawiać na korytarzach rzygawki w metrowych odstępach dla cierpiących bez wyjątku na chorobę morską pasażerów, kapitan tylko czekał aż będzie miał sposobność odegrania roli zbawiciela. Kiedy radiotelegrafista odebrał wiadomość, że niż słabnie, Borkowski ubrał się w elegancki sztormiak, kazał wylać sobie na głowę kubeł wody i chodził od kajuty do kajuty zapewniając pasażerów, że już niedługo wypłyną na spokojne wody.

Po obchodzie udał się do kapelana, przed którym padł na kolana i błagał o modlitwę, zapewniając, że jest bezsilny, ale pokłada wiarę w panu. Ksiądz zmówił z nim kilka modlitw, a po godzinie morze było spokojne. W Nowym Jorku podczas dziękczynnej mszy pół kazania poświęcone zostało Borkowskiemu, który został nawet skontrastowany z ewangelickim kapitanem Piłsudskiego jako wzór cnót. Zawsze powtarzał, że w życiu trzeba żyć w zgodzie z prasą, księżmi i Żydami.

Borkowski rzadko kiedy trzeźwiał, co nie przeszkadzało mu kierować statkiem - miał w końcu pierwszego, drugiego i trzeciego oficera, którzy zazwyczaj obsługiwali za niego przyrządy pomiarowe. Dzień zaczynał od otwarcia butelki koniaku Hennessy, swojego ulubionego trunku – pół szklanki na czczo, potem pięć jaj na miękko, sok pomarańczowy i czarna kawa. Butelka starczała do wczesnego wieczora.

Borkowski, mimo że co wieczór bywał na dansingu, tańczyć nie lubił. Być może dlatego, że znał tylko jeden taniec (a lata 30. wciąż były czasami w których tańczyć trzeba było potrafić). Tym tańcem była rumba. Kiedy orkiestra zaczynała ją grać załodze zawsze udawało się namówić jakąś młoda i ładną pasażerkę, aby wyciągnęła kapitana na parkiet. Wtedy wysoki, niemal dwumetrowy Borkowski prostował się nienaturalnie i robił drobne kroczki z wielkim zaangażowaniem. Zazwyczaj przed końcem piosenki wokół kapitana i partnerki zbierała się w kółku cała sala. Jeśli akurat Borkowski miał dobry dzień, mimo deklarowanej niechęci do tańca zostawał wodzirejem. Pewnego razu do wspólnej polki nakłonił nawet księdza i rabina. Nie był to zresztą bynajmniej szczyt jego możliwości perswazyjnych.

Bracia więksi

Z inicjatywy prezydenta Mościckiego pod Tomaszowem Mazowieckim powstał ośrodek hodowli żubra, żeby odzyskać znajdujący się na granicy wymarcia gatunek. Żubrobizony z Białowieży miały być krzyżowane z bizonami. Te zaś do Polski miały przypłynąć na pokładzie Batorego z kanadyjskiego Halifaksu. Klatki zwierząt zamontowano na zewnętrznym pokładzie statku. Borkowski często do nich zaglądał i szeptał coś pod nosem mimo skonsternowanych min pasażerów.

W końcu wymyślił, że zwierzęta trzeba ochrzcić – „Sam rozumiesz, że podobnie jak poganie ochrzczeni przez ciebie przeszliby pod twoją opiekę, tak samo i bizony, ochrzczone byłyby pod twoją duchową ochroną. Jeśli zdajesz sobie sprawę z ważności sytuacji, to dokonasz chrztu tych królewskich zwierząt!” – grzmiał. Kapelan opierał się temu pomysłowi, w końcu stanęło na odprawieniu mszy na pokładzie nieopodal klatek. Pod koniec Borkowski podkradł się od tyłu do księdza i zaczął szeptać, że chyba mógłby pokropić zwierzęta wodą święconą, wszak kropi się jajka. Zrezygnowany kapelan sięgnął po kropidło, a wtedy do klatek podbiegła grupa ubranych na biało studentów, którzy opiekowali się zwierzętami. Podniosłymi głosami recytowali: „Alberto, ja ciebie chrzczę…”. Z Borkowskim umówili się, że zostaną ich rodzicami chrzestnymi.

Statek w swej karierze przewoził nie tylko największe znakomitości Polski międzywojennej. Podczas II wojny światowej statek wywiózł z okupowanej Polski arrasy wawelskie, a także przewiózł zawartość rezerw żelaznych skarbu brytyjskiego w złocie z Londynu do Kanady. Pierwszy w historii rejs do Australii odbył z grupą 480 dzieci ewakuowanych z zagrożonych bombardowaniami obszarów Wielkiej Brytanii. Po kilku tygodniach załoga tak zżyła się z dzieciakami, że bądź co bądź niebezpieczna podróż zaczęła przypominać bardziej letnie kolonie – oficerowie dawali dzieciakom lody, ku zdziwieniu zachowawczych Anglików bawili się z nimi i wygłupiali, a nawet urządzali imprezy jak chrzest morski z okazji przekroczenia równika. Mali pasażerowie opuszczali statek z płaczem, czepiając się nogawek co bardziej lubianych „wujków z Polski”.
Historia transatlantyku Batory to tak naprawdę historia olbrzymich aspiracji Polaków po odzyskaniu niepodległości w 1918. Nieokiełznana chęć dobrej zabawy czy duma mieszają się z wielkimi nadziejami. Niemą częścią tej opowieści pozostają jednak emigranci – ci, którzy wsiadali na pokład nie dla dancingów, eleganckich dekoracji i smacznej kuchni. Stanowili większość pasażerów, choć zostało po nich najmniej wspomnień. Najpewniej zamiast beztrosko cieszyć się podróżą martwili się o tych, którzy zostali za nimi i o to jaki los czeka ich w Ameryce. To gorzka strona historii najbardziej znanego polskiego transatlantyku, która nigdy nie zostanie opowiedziana.

W 1971 roku statek mimo licznych protestów zezłomowano w Hong-Kongu. Nie był to jednak ten sam okręt, co w 1935, kiedy wypływał z włoskich doków – większość zdobień i dawnego wystroju zniknęło z Batorego już podczas przystosowania go do roli transportowca podczas II wojny światowej. W polskiej flocie zastąpił go liniowiec Stefan Batory, który pływał aż do późnych lat 80.


Korzystałam z książki Bożeny Aksamit „Batory. Gwiazdy, skandale i miłość na transatlantyku”
Trwa ładowanie komentarzy...