Testowałyśmy tusze popularnej marki. Czy dorównują tym z najwyższej półki? Zobacz efekt przed i po

Fot. na:Temat
Kiedy słyszymy stwierdzenie: uwodzić wzrokiem, myślimy przede wszystkim o nich. Piękne, długie, wypielęgnowane, czarne jak heban rzęsy to niekwestionowany atrybut kobiecości. To element, który w jednej chwili sprawia, że z szarej myszki przobrażamy się w pewną siebie, elegancką kobietę. Nic dziwnego, że na tusz do rzęs potrafimy wydać fortunę.

I tu pojawia się podstawowe pytanie, które raz po raz powraca w naszych redakcyjnych dyskusjach: czy warto? Czy warto wydać 100 i więcej złotych na tusz, który daje ten sam efekt, co jego 10 razy tańszy odpowiednik? Opinie bywają podzielone. Zwolenniczki tych droższych używają zwykle argumentu pod tytułem “marka” - im bardziej “luksusowa” tym większy kredyt zaufania dostaje od nas na starcie.

Warto jednak dokładniej przyjrzeć się sytuacji, jaka na drogeryjnym rynku panuje. Konkurencja na poziomie średniej półki cenowej jest bowiem znacznie większa, niż ta, na poziomie najwyższym. Producenci tańszych kosmetyków nie mają więc innego wyjścia, jak ścigać się we wprowadzaniu kolejnych innowacji, nierzadko na długo przed tym, zanim nowy kształt szczoteczki czy specjalistyczny pigment dostrzegą marki luksusowe. Z drugiej strony, muszą to robić bardzo ostrożnie, bo jedna wpadka może ich kosztować utratę sporej grupy klientek.
Tyle teorii, która jak wiadomo, nie zawsze sprawdza się w praktyce. Dlatego kiedy do redakcji dotarła paczka z tuszami od Eveline, testerek nie trzeba było daleko szukać. Oczekiwania w stosunku do idealnej mascary większość miała podobne: nie może sklejać rzęs i zostawiać grudek; ma szybko wysychać i nie “odbijać się” nad powiekami; idealnie, gdyby wytrzymywała cały dzień bez poprawek. O sprawdzenie, czy tusze Eveline spełniają te kryteria oraz indywidualne potrzeby testerek, poprosiłyśmy dziewczyny, które wcześniej nie miały z produktami marki do czynienia.

Big Volume Cat Eyes
- Jeszcze nigdy nie byłam w pełni zadowolona z tuszu do rzęs, więc pewnie będę okropnie krytyczna - zastrzegła koleżanka i, zaskakująco jak na delikatną blondynkę, która makijaż oka ogranicza właściwie tylko do tuszu, wybrała tusz o nazwie “Volume Cat Eyes”.
- Chciałam sprawdzić, czy poradzi sobie z moimi trudnymi rzęsami. To dziwnie brzmi, ale ja naprawdę mam z nimi problem, bo są jasne, ale gęste i długie. Więc żeby je dokładnie pokryć tuszem, muszę nakładać dwie-trzy warstwy, co czasem kończy się tak, że zamiast rzęs mam czarne “firany” - ciężkie i opadające - tłumaczyła jeszcze przed pierwszą aplikacją.
- Szczerze? Byłam zaskoczona, bo tusz od okazał się bardzo dobry. Ostatnia mascara, której używałam miała w logo nazwisko znanego francuskiego projektanta, więc poprzeczka była ustawiona dość wysoko - padł werdykt po tygodniu stosowania. - Konsystencja mascary jest lekka, powiedziałabym nawet że taka oleista. Na rzęsach zostaje tyle tuszu, ile powinno. A że w miarę szybko schnie, nakładanie poszczególnych warstw nie zajmuje mi całego poranka. Bardzo mnie rozbawiła natomiast szczoteczka - kiedy ją zobaczyłam, pomyślałam: “To się nie może udać”. Ale koniec końców - zwracam honor, bo ten kształt rzeczywiście pomaga “wyciągać” te zewnętrzne włoski, tak że oczy wydają się bardziej “kocie”.

Volume Celebrities
- W życiu nie czytałam składu tuszu do rzęs - przyznała koleżanka, która wybrała złote opakowanie z napisem Volume Celebrities. - Szczerze, pierwsze co robię, to sprawdzam, jak tusz pachnie. Niektóre mają tak intensywny zapach, że nie jestem w stanie ich używać. Eveline pachnie w porządku, jestem więc skłonna sądzić, że skład też ma w porządku - tłumaczy.
W przypadku Volume Celebrities skład ma spore znaczenie, bo to właściwie produkt typu “dwa w jednym” - tusz i serum odbudowujące z D-Panthenolem, woskiem Carnauba i olejkiem Jojoba.

- Używałam tuszu przez tydzień, więc nie jestem w stanie ocenić, czy rzeczywiście moje rzęsy stały się mocniejsze. To co jednak zauważyłam, to konsystencja tuszu - jest lekka, nie “ciągnie się”. Nie chcę powiedzieć, że jest wodnista, ale na pewno lekka. Tusz szybko wysycha, więc można nakładać warstwy praktycznie jedna po drugiej i, co dla mnie dość istotne, bo maluję się zwykle jeszcze przed pierwszą kawą - ziewnięcie nie spowoduje, że pod oczami odcisną mi się czarne “łapki”.
- Spodobała mi się też szczoteczka: silikonowa, lekko zaokrąglona na końcach. Bałam się, że przez to zagłębienie nie uda mi się rozprowadzić tuszu równomiernie, ale okazuje się, że żadna ze mnie inżynierka - wszystkie rzęsy są pokryte równomiernie i do tego ładnie porozdzielane.

Volumix Volume Lift & Separation
Testerka Volumixa była zwolenniczką ppoglądu, że mascary tańsze w niczym nie ustępują swoim ekskluzywnym odpowiednikom. - Nie powiem, że drogie mascary są złe, bo nie są. Ale nie są też jakoś spektakularnie lepsze od tych dużo tańszych. Ja nie wymagam od tuszu nie wiadomo czego. Ma się nie “sypać” po całym dniu, bo nic bardziej mnie nie denerwuje, niż te drobinki, których nie da się strzepnąć spod oczu - tłumaczyła.
Producent obiecuje, że Volumix pogrubi i uniesie rzęsy, a tusz będzie się trzymał nawet 16 godzin. - Tego nie wiem, bo nigdy tak długo nie miałam na sobie makijażu - śmieje się. - Zmywam oczy zaraz po przyjściu do domu. Ale tusz zdał egzamin 10-cio godzinny, co mi z powodzeniem wystarczy.
Jeśli chodzi o aplikację, zastrzeżeń również nie było: - Szczoteczka jest fajna, dobrze rozdziela poszczególne włoski, chociaż nie wiem czy aż tak “spektakularnie” podnosi rzęsy. Owszem, są lekko podkręcone, ale żeby osiągnąć pełnię szczęścia musiałam im trochę pomagać zalotką. Jeśli chodzi o efekt pogrubienia, to rzeczywiście jest dobrze. Dawno nie miałam tuszu, który dawałby taką objętość i nie sprawiał, że moje rzęsy wyglądały by jak z kreskówki - sklejone w trzy grubaśne kępki.

Big Volume Dark Balm
- Biorę! - rzuciła koleżanka z działu sprzedaży, niemal w locie łapiąc zielone opakowanie, czym wzbudziła podejrzenia, czy aby nie próbowała wcześniej tego konkretnego tuszu. - Nie, skąd. Ale tyle o nim słyszałam, jestem strasznie ciekawa, czy rzeczywiście się sprawdzi - uzasadniła.
Po tygodniu testów werdykt był jednoznaczny: - Rewelacja. Ta trójkątna szczoteczka to genialny wynalazek. Zawsze miałam problem, żeby pomalować dolne rzęsy i te najkrótsze włoski w kącikach. Nie ma szans, żeby dotrzeć tam normalną szczoteczką. A ta poradziła sobie super.
- Co do samej mascary, to też nie mam się do czego przyczepić. Nie trzeba nakładać trzech warstw, żeby efekt był widoczny, a w moich ustach to spory komplement bo rzęsy mam wyjątkowo cienkie i dość jasne. Z reguły więc nakładam sporą warstwę tuszu, a potem przez 10 minut robię wszystko, żeby nie przypominać bohatera “Mechanicznej Pomarańczy”. Z tym tuszem nie miałam tego problemu, bo ta precyzyjna końcówka pozwala malować właściwie każdy włosek oddzielnie. No widzisz, ja znowu o tej szczoteczce, ale strasznie mi się spodobała.

Extension Volume Objętość i Blask
- Niedawno miałam iść z koleżanką do kosmetyczki zrobić rzęsy, więc pewnie dlatego akurat ten tusz rzucił mi się w oczy - stwierdziła koleżanka testująca Extension Volume, zastrzegając: - Przyznam, że raczej sceptycznie podchodzę do sloganów typu “efekt sztucznych rzęs” - zastrzegła.
Po tygodniowym teście mascary od Eveline przyznała, że nadal nie umówiła się na wizytę w salonie : - To bardzo dobry tusz, bardzo fajnie pogrubiający. Pomyślałam sobie, że właściwie nie muszę sobie tych rzęs doklejać, bo taki efekt w pełni mnie satysfakcjonuje. Nie jest oczywiście identyczny z tym, jaki dają sztuczne rzęsy, ale jest znacznie lepszy od przeciętnego pogrubiającego tuszu - twierdzi.
- W składzie jest olejek arganowy, więc może dlatego efekt jest lepszy? Nie wiem, ale w sumie chyba wcześniej nie spotkałam się, żeby producent mascary opisywał na opakowaniu składniki, albo w ogóle dodawał jakieś “odżywki” do tuszu. To mnie pozytywnie zaskoczyło - dodała.

Nie wszystkie dziewczyny były zadowolone, że wzięły udział w teście: - Chętnie nadal żyłabym w błogiej nieświadomości, że słusznie wydawałam fortunę na drogie mascary. A tak - trochę mi żal - śmiała się jedna z testerek. - Na początku nie byłam w ogóle przekonana, czy ten eksperyment się uda - przyznała inna. - Jasne, nie raz słyszałam od koleżanek o cudownym tuszu w cudownej cenie, ale myślałam, że one są jak jednorożce, o których każdy słyszał, ale nikt nie widział. Od dzisiaj zaczynam w nie wierzyć.

Artykuł powstał we współpracy z Eveline.

POLUB NAS NA FACEBOOKU