Mimo ogłaszanego co jakiś czas kryzysu męskości, „fajny facet” to nie oksymoron. Poznajcie trzech zwykłych–niezwykłych

Łukasz, 25 lat fot. Maciej Stanik
Reserved wrzucając do mediów swoją kampanię z udziałem amerykańskiej modelki, która grała zakochaną w Wojtku z Warszawy dziewczynę, wywołała burzę. Gromy posypały się nie tylko ze strony internautów i ludzi z branży, ale finalnie nawet ze strony Rady Etyki Reklamy. W tym zalewie oburzenia nikt nie zwrócił uwagi na ideę, która stała za kampanią. Chodziło (poza, nie oszukujmy się, wywołanie szumu, który miał przełożyć się na wyniki sprzedaży) o medialne dowartościowanie polskich facetów.

W ostatnich latach łatwiej było wszak natrafić na artykuł dotyczący kryzysu męskości, niż taki, który by męskość w jakiś sposób opiewał. Z okazji Dnia Chłopaka, w Polsce obchodzonego tradycyjnie 30 września, przedstawiamy wam trzech niesamowitych facetów. Nie uświadczycie ich na pierwszych stronach gazet, ani nie usłyszycie na listach przebojów. Nie odziedziczyli fortun, ani nie jeżdżą limuzynami. To mężczyźni w różnym wieku, o których każda i każdy z nas powie bez wahania „fajny facet”



Łukasz, 25 lat

Łukasz to postać, która przyciąga uwagę – sposobem mówienia, ubiorem. Tym bardziej, jeśli spojrzeć w jego metrykę, na którą zupełnie nie wygląda. Kiedy nie trenuje mieszanych sztuk walki, czyta teksty filozoficzne, jeśli w ogóle nie jest akurat w podróży. Od kilku lat celowo samotny. Pytam w ilu krajach był w tym roku. Chwilę liczy i odpowiada, że w 25. Z tym podróżowaniem zaczęło się niewinnie i trochę przez przypadek. Trzy lata temu Łukasz zaczął więcej zarabiać i pomyślał, że może dobrym pomysłem byłaby podróż do Azji, bardzo modnego wówczas kierunku. Jako że niewielu 22-latków stać na takie wyprawy i nie mógł znaleźć towarzystwa postanowił pojechać sam.

– Wybrałem Tajlandię, nie ukrywam, że trochę w ciemno. Widzisz te wszystkie zdjęcia na Facebooku i myślisz „wow, fajnie, też chciałbym to zobaczyć”. Wcześniej jeździłem zawsze ze znajomymi, na wyjazdy w rodzaju tydzień last minute w Turcji czy weekend w Rzymie, ale pomyślałem, że samotna podróż to przecież nic takiego. Tym bardziej, że nie miałem nigdy problemów ze spędzaniem czasu sam ze sobą. Tyle że podróż do tak odrębnej strefy kulturowej to coś zupełnie innego. Najpierw podoba ci się, jest przecież pięknie, kolorowo... Po kilku dniach zaczynają się pierwsze problemy, których nie masz z kim omówić, coraz częściej łapiesz się na wrażeniach, którymi chciałbyś się natychmiast i koniecznie z kimś podzielić.

Przychodzi taki moment, że myślisz, pardon le mot, „co ja tu ku**a właściwie robię”. Gdybym wiedział wcześniej z czym wiąże się podróżowanie w pojedynkę, na pierwszą samotną wyprawę postawiłbym na Europę. W Azji nawet jeśli miejscowi mówią po angielsku, to raczej nie po to, żeby się z tobą zaprzyjaźnić. Z jednej strony szok kulturowy, z drugiej brak towarzystwa i jakiś rodzaj obawy o swój dobytek i stan fizyczny. Tu nie chodzi wcale o to czy lubisz wygody, ale o bycie przyzwyczajonym do czegoś krańcowo innego. Jeśli nie zapętlasz się w swoim lęku, dajesz sobie przestrzeń na ten dyskomfort i oswojenie się z nim z czasem zauważasz, że ok, spałeś na ziemi, ale nic takiego się nie stało, dzień jest piękny, przeżyłeś, może trochę boli cię kark, ale rekompensuje ci to widok. Zaczynasz akceptować to, że stan rzeczy, otoczenia jest zmienny. W tym roku byłem w Iranie. Zależało mi, żeby jak najwięcej zobaczyć i nie miałem wykupionych żadnych noclegów – spałem w meczetach, w nocnych autobusach, które wiozły mnie po bezdrożach od jednego miasta do drugiego. I już nie miałem z tym najmniejszego problemu – opowiada Łukasz.

Studia, socjologię i prawo rzucił przed pierwszą sesją. Zaraz po maturze poszedł do pracy. Nie chodziło tu nawet o to, że jego rodzicom źle się powodziło, ale uważał, że powinien sam na siebie zarabiać. – Zabrzmi to idiotycznie, ale chyba chodziło o to, że chciałem poczuć się mężczyzną, a w moim domu było wówczas miejsce tylko dla jednego mężczyzny – mojego ojca – opowiada.

Kiedy trafił do pracy w sprzedaży szybko okazało się, że ma do tego dryg – miał gadane i zupełnie nie wyglądał na swój wiek. Ze studiów na UW zrezygnował nawet nie tyle dlatego, że nie miał czasu na łączenie ich z pracą, co ze względu na towarzystwo. – Bardzo chciałem się czegoś dowiedzieć, a ludziom w głowie były te wszystkie piwka z sokiem, najebka w piątek i byle zaliczyć semestr. Pamiętam zajęcia z logiki na które nikt oprócz mnie i dwóch dziewczyn nie przeczytał tekstu. Tyle że dziewczyny, które go przeczytały nie bardzo cokolwiek zrozumiały. Chyba wtedy postanowiłem, że nazywanie studiów wyższą edukacją jest mocno umowne i że czas je rzucić – opowiada.

Wśród znajomych Łukasz uchodzi za podrywacza. – To nie do końca tak, że naprawdę jestem z natury kobieciarzem. Na pewnym etapie życia wymyśliłem sobie raczej, że taki będę, bo to coś, co młodym chłopcom wydaje się fajne, oczywiście o ile ma się powodzenie – komentuje.

Na studia wrócił dwa lata temu. Wybrał filozofię. Trochę pod wpływem podróży. Zauważył, że im dłużej nie ma kontaktu ze znajomymi, którzy go znają, tym bardziej odrywa się od myślenia o sobie w ściśle określonym kontekście, czy w ogóle od myślenia o sobie. Samotne podróżowanie uczy akceptować wszystko wokół, podchodzić do ludzi z większą otwartością i zrozumieniem, unikać schematów poznawczych. Na pewnym poziomie do tego zmierza także, choć innymi środkami, filozofia.

Michał, 30 lat

Nie znam chyba osoby, która obejrzałaby tyle filmów, co on. I jakkolwiek fakt, że ktoś ogląda dużo filmów nie wydawał mi się nigdy jakimś szczególnym powodem do dumy – można wszak całe życie oglądać filmy o superbohaterach i wysokobudżetówki sci-fi, to Michał jest kinomanem starej daty. Bo cóż innego można powiedzieć o osobie, która czwartkowy wieczór spędza jeden na jeden z 4-godzinnym filmem niemym z lat 20.

– Pytasz czy zmuszam się do oglądania takich rzeczy. Jasne, że tak. Mam wrażenie, że kiedy zmuszasz się do rozrywki, która wymaga od ciebie wysiłku intelektualnego, zawsze musisz przełamać rodzaj oporu materii, ale robisz to raz za razem, bo jak pies Pawłowa uczysz się, że warto. Siadasz do takiego, że posłużę się twoim przykładem, 4-godzinnego niemego filmu i twoje całe ciało się przed tym broni. Zerkasz na telefon, idziesz po picie, do łazienki, wiercisz się. W kinie, podobnie jak w wytrawnym winie czy kuchni trzeba się rozsmakować. Na jakimś poziomie odbieram to w sposób zmysłowy. Wysublimowana przyjemność – estetyczna czy emocjonalna jest dla tych, którzy na pewnym etapie się zmusili. Ostatnio zastanawiam się nad tym ile z rzeczy, które robię, czy które robią ludzie wokół, robilibyśmy, gdybyśmy nikogo o tym nie informowali. Myślę, że znalezienie pasji polega w znacznym stopniu na odkryciu czegoś, co sprawia ci głęboką przyjemność, nawet jeśli z nikim się tym nigdy nie podzielisz – opowiada.

Po licencjacie z dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim wyjechał z ówczesną dziewczyną na rok do Włoch. Zamieszkali w Rzymie. – Może to i brzmi jak super romantyczna przygoda, ale pamiętam, że byłem momentami przerażony. Pieniądze topniały w oczach, zatrudniłem się w hotelu, gdzie na początku szorowałem toalety. Nie tak wyobrażasz sobie wymarzony gap year, kiedy masz 22 lata. Wiedziałem na pewno, że chcę wrócić do Polski, ale nie, żeby robić magisterkę na dziennikarstwie. Zdecydowałem się na grafikę, zawsze trochę rysowałem, w tamtym okresie sporo też fotografowałem, przez jakiś czas miałem, zresztą jak wiele osób, fetysz studiów artystycznych. Wydawało mi się, że skończę studia i będę projektował plakaty z które będę brał niebotyczne pieniądze – śmieje się Michał.

Dwa lata temu razem ze znajomym poznanym w redakcji jednego z magazynów lifestyle’owych otworzyli agencję kreatywną na_ty zajmującą się głównie content marketingiem i identyfikacją wizualną. Bez pieniędzy od rodziców i bez kredytu. Przez pierwsze miesiące pracowali we dwóch z kanapy w jego mieszkaniu. Dziś zatrudniają 5 osób, mają biuro na Nowym Świecie i nie narzekają na brak zleceń, choć klientami nie lubią się chwalić.

– Nie będę teraz opowiadał, że to było moje wielkie marzenie. Wyglądało to raczej tak, że byliśmy z Jakubem stale niezadowoleni z tego co i z kim robimy. Myślę, że zaliczyliśmy w krótkim czasie cały pakiet na który natyka się młody człowiek w tym mieście – mobbingujący zwierzchnicy, korporacyjny styl pracy, mało ambitne, nieciekawe projekty. Nienawidzę gadania, że praca w korpo niszczy, a freelance jest ekstra, bo możesz pracować w pidżamie, abstrahując już od tego, że wcale tak nie uważam. To są po prostu różne style pracy. Stwierdziliśmy w pewnym momencie, że ile można narzekać i czekać, że będzie lepiej. Teraz pracujemy z ludźmi z którymi się przyjaźnimy, lubię przychodzić do biura. Nagle przestały mi przeszkadzać nadgodziny, bo projektuję to pod swoim nazwiskiem, dla klienta z którym mam bezpośredni kontakt. Z drugiej strony możemy robić rzeczy na własnych warunkach, raczej unikamy marketingu nastawionego tylko i wyłącznie na słupki sprzedaży, skupiamy się na budowaniu opowieści marki, jakości – opowiada.

Chłopaki im więcej dowiadują się o branży, tym bardziej cieszą się, że mogą coś robić w Polsce. – Mamy nie tyle nawet krótkie, co mało kultywowane tradycje, jeśli chodzi o design. Jeśli tutaj zrobię jakiemuś miejscu identyfikację graficzną na wysokim poziomie, to to jest moja cegiełka, która z zmienia przestrzeń publiczną, na pewno trochę też edukuje odbiorców. W zalewie brzydoty i byle jakich projektów, nie tylko graficznych masz wrażenie, że to co robisz jest ważne. Myślę, że gdybym pracował w Londynie to miało by bardziej walor walki o klienta z konkurencją – mowi.

Michał jest związkowym długodystansowcem, z przeświadczeniem, że nic na siłę. Między innymi dlatego nie przyjaźni się z żadną ze swoich byłych dziewczyn, chociaż potrafi pięknie mówić o przeszłych relacjach. Każdy związek był dla niego krokiem milowym w zrozumieniu czego tak naprawdę oczekuje od partnera.

– Wszystkie kobiety do pewnego stopnia mnie fascynują, chyba po prostu dlatego, że nigdy żadnej do końca nie zrozumiałem. Nie znoszę w facetach tego tępienia kobiecej wrażliwości, ustawiania sobie kobiet emocjonalnie, bez poszanowania ich, w moim odczuciu całkowicie innej wrażliwości. Jeśli chodzi o kobiety, to chyba najbardziej mi wadzi znajdowanie przyjemność w oczernianiu byłych – i tych własnych i byłych swoich facetów. Źle mówiąc o osobie z którą się był,o źle mówi się tak naprawdę o sobie. Jeśli moja dziewczyna wyśmiewa moją byłą, to nie jej sprawia przykrość, tylko mnie. Zawsze mnie zaskakiwało i trochę przerażało jak często kobiety tego nie łapią – opowiada Michał.

Grzegorz, 40 lat

– Jeśli u kogoś nastąpi nagłe zatrzymania krążenia, szanse na przeżycie takiej osoby z minuty na minutę drastycznie maleją. W Polsce, rocznie umiera na skutek nagłego zatrzymania krążenia około 40. tysięcy osób. Dla porównania w wypadkach samochodowych ginie do 3500. Użycie defibrylatora AED w ciągu dwóch pierwszych dwóch minut, daje osobie poszkodowanej ponad 70% szans na przeżycie – opowiada mi Grzegorz. 6 lat temu porzucił po kilkunastu latach pracę w korporacji, żeby założyć firmę zajmującą się dystrybucją defibrylatorów, a z czasem także innych sprzętów ratujących życie. Kariera Grzegorza była modelowa – wczesny start, jeszcze przed ukończeniem studiów na wrocławskiej politologii, łut szczęścia – początki zbiegające się z przemianą ustrojową, która otwierała przed młodymi nieznane dotąd możliwości. Praca we Wrocławiu, przeniesienie do kolejnej korporacji w Warszawie i wreszcie praca na rynku europejskim. Można powiedzieć, że to były tak zwane ciepłe posadki – dobre pieniądze, firmowy samochód, socjal.

W przypadku Grzegorza nie doszło jednak do żadnego z, tak chętnie opisywanych przez media, spektakularnych wypaleń zawodowych. Z jednej strony chciał spróbować czegoś nowego, z drugiej zauważył na rynku niszę, która miała szanse przynieść zysk, a jednocześnie sprawić, że zajmowałby się rzeczami którego były jego pasją i na które od lat schodziło mu większość czasu wolnego. Jeszcze we Wrocławiu był członkiem, a później dowódcą Grupy Ratownictwa Specjalnego PCK, należał również do Ochotniczej Straży Pożarnej, a po przeprowadzce do Warszawy był współtwórcą Jednostki Ratownictwa Specjalistycznego s12, jednocześnie cały czas zajmował się również edukacją innych w dziedzinie pierwszej pomocy – w większości nieodpłatnie uczył udzielania pierwszej pomocy w szkołach czy na piknikach.

– Świadomość w Polsce wciąż jest przerażająco mała, ludzie nie chcą pomagać, bo boją się, że komuś zaszkodzą, tymczasem w polskim prawie nie ma zapisów mówiących o sankcjach dotyczących nieudolnego udzielenia pomocy. A za jej brak w obliczu zagrożenia życia grozi natomiast do trzech lat pozbawienia wolności. Wyjmowania telefonu komórkowego w obliczu wypadku w ogóle już nie jestem w stanie zrozumieć – komentuje Grzegorz, któremu w tej akurat kwestii szczególnie trudno jest powściągnąć oburzenie. Po przeprowadzce do Warszawy również poszukiwał jakiegoś sposobu na zaangażowanie społeczne. Tak powstała funkcjonująca do dziś Warszawska Linia Edukacyjna - projekt edukacyjny, którego był inicjatorem wraz z grupą s12 i Tramwajami Warszawskimi. Co piątek po ulicach miasta jeździł specjalnie przystosowany tramwaj, gdzie zapisane wcześniej klasy ze stołecznych szkół mogły uczyć się między innymi jak udzielić pierwszej pomocy.

– Chodziło nam o to, żeby wychować pokolenie, które wie jak reagować i nie boi się pomagać, prowadzone często po łebkach lekcje tak zwanego PO wcale tym nie skutkowały – mówi 40-latek. Po kilkunastu latach obracania się wśród osób zajmujących się ratownictwem Grzegorz miał wiele kontaktów, kiedyś zaczął rozmawiać ze znajomym na temat niechęci do defibrylatorów AED, które mimo że znacząco zwiększają szanse osób z zatrzymanym krążeniem na przeżycie wciąż są traktowane jako sprzęt dla profesjonalistów.

– Zawsze interesował się właściwie wszystkim, co związane z pierwszą pomocą i ratownictwem, więc postanowił i tym razem zgłębić temat dlaczego w Polsce jest tak mało sprzętu ratującego życie jak AED w miejscach publicznych i dlaczego ludzie boją się ich używać. Defibrylatory AED są bezpieczne dla poszkodowanego i osoby udzielającej pomocy, do tego są proste w obsłudze – wystarczy nakleić 2 elektrody zgodnie z rysunkami, a sprzęt sam przeprowadzi analizę i podejmie decyzję o zastosowaniu impulsu elektrycznego, do tego wydaje jasne komendy krok po kroku co mamy robić – opowiada Grzegorz.

– Kiedy zaczęliśmy budować firmę, znalezienie klientów było karkołomne, wciąż słyszeliśmy obiegowe opinie, że to niebezpieczny sprzęt, że przecież nie będą płacić za urządzenie do rażenia ludzi prądem, że jeszcze sobie ludzie tym krzywdę zrobią w firmie. Tyle że ten prąd leczy i „strzela” TYLKO osobę z zatrzymaną akcją serca. Na szkoleniach powtarzamy, odrobinę może drastycznie, przez co nie mniej prawdziwie, że nie można bardziej zaszkodzić osobie, która już nie żyje – mówi. Walka o firmę była tak naprawdę ogromnym przedsięwzięciem edukacyjnym, potrzebne były szkolenia i akcje uświadamiające, które jednak tylko potwierdziły Grzegorzowi, że porzucenie korporacji miało głęboki sens. – Oczywiście firmę prowadzi się w celach zarobkowych, ale fakt, że to, co robimy ratuje życie daje satysfakcję, którą trudno opisać. Wcześniej też się tym zajmowałem – jako wolontariusz, ratownik, strażak, ale tylko w czasie wolnym i nie na taką skalę – opowiada.

Niedawno Grzegorz i Karol, z którym prowadzi firmę Max Harter, robili zdjęcia na stronę. Nie pozują w garniturach, bo w nich po prostu nie chodzą, to nie taki typ firmy, częściej są w rozjazdach, na zawodach czy szkoleniach, które prowadzą niż siedzą za biurkami. Grzesiek ma też uprawnienia taternika, grotołaza i nurka, jeździ na motorze, strzela. Upodobania bezwzględnie męskie. Do tego jest ojcem dwóch córek – 3 i 9-latki. Kiedy mówi o nich rozpromienia się. Nie ma wątpliwości co do tego, że to rodzina jest w centrum uwagi, w domu ładuje akumulatory. Na tym etapie życia zawodowego pracuje już częściowo dla dzieci, a nie, żeby piąć się po szczeblach kariery. Z dumą opowiada o starszej córce, która zawsze uwielbiała tańczyć i właśnie dostała się do Państwowej Szkoły Baletowej.

– Co zabawne znajomi, kiedy o tym słyszą, wznoszą oczy do nieba i komentują, że nie rozumieją dlaczego chcemy tak ją męczyć. Tyle że to nie my wybraliśmy dla niej taniec i nie my wymyśliliśmy szkołę baletową. Do nie dawna nie miałem o tym wszystkim bladego pojęcia. Chodziła na różne zajęcia, z których wybierała, które się jej podobają, a które nie. Taniec klasyczny od pierwszych lekcji zaskoczył. Czasem kiedy patrzę na determinację mojej córki, która chciałaby się rozciągać i iść na zajęcia nawet kiedy jest przeziębiona myślę, że bycie pasjonatem to cecha charakteru, a nie jakaś tam iskra boża – opowiada.

Żona Grzegorza, podobnie jak i on jest bardzo aktywna zawodowo, ciężko jej usiedzieć w miejscu. Pasje mają inne, oboje poświęcają za to mnóstwo czasu dzieciom. Pytam jak to jest mieć korpo-żonę, Grzegorz śmieje się, że cudownie i że zawsze niezmiernie cieszyło go, że przed kobietami w Polsce coraz mniej jest barier zawodowych. – Nie znoszę tego pokutującego u nas modelu patriarchalnego. Z drugiej strony to też trochę tak, że podwójnie szanuję sukcesy zawodowe i własne zdanie mojej żony, bo nigdy kobiety bezbronne i potulne nie budziły mojego zainteresowania – mówi.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...