Jakiego Greka nie należy udawać i co to za Marek, który lubi pracować nocą? Czyli skąd się wzięły znane powiedzenia

Grigorij Miasojedow, "Czytanie oświadczenia 19 lutego 1861 roku" (1873) commons.wikimedia.org
Związki frazeologiczne są nieodłącznym elementem naszych wypowiedzi. Lubimy wyskoczyć jak „filip z konopi”, wytknąć komuś, że „udaje Greka” czy obiecać miłość „do grobowej deski”. Cały czar jednak pryska, gdy zabawimy się w kwiecisty styl w złym kontekście lub ktoś dopyta nas, nawet z czystej ciekawości, co to właściwie oznacza. Albo czy wiemy, dlaczego Zabłocki na mydle wyszedł na tak, a nie inaczej. To, jak mówimy składa się na językowy obraz świata, odzwierciedla nastroje, zwyczaje i historię.

Na polskiej wsi
Chociaż wszyscy zdajemy sobie sprawę, że "do grobowej deski" to wyznanie z najwyższej półki, oznaczające niesłabnące uczucie aż po sam grób, nie każdy wie, że w tym przypadku „deska” nie odnosi się jedynie do materiału, z którego wykonane jest miejsce ostatecznego spoczynku. Obrządek po śmierci bliskiego był na polskiej wsi w XIX wieku związany z wieloma rytuałami. Jednym z nich było ubieranie zmarłego w białą koszulę i kładzenie go na ławie lub właśnie desce, które otaczano świecami. Tak przygotowane i wystawione ciało odwiedzała rodzina, a nieraz i cała wieś. W nocy opłakiwały je zebrane wokół kobiety. Dopiero po tym ceremoniale zmarłego umieszczano w trumnie i przechodzono do właściwych czynności pogrzebowych.

W dziejach polskiej wsi należy również szukać odpowiedzi na pytanie, co to był za Marek, który jest nocnym lub tłucze się po piekle. Znane wszystkim określenie na osobę, która późno kładzie się spać lub lubi pracować w nocy, tak naprawdę nie odnosi się do żadnego historycznego Marka, a „marki” – słowa oznaczającego dawniej potępieńca, duszę pokutującą. Czarownice, postaci demoniczne i wszelkie mamidła pełniły, jak pisał Bohdan Baranowski w „Życiu codziennym wsi między Wartą a Pilicą w XIX wieku”, ważną rolę w wierzeniach ludowych. Do tej grupy należała również zmora, czyli dusza wychodząca z człowieka w czasie snu. W ludach słowiańskich występowała pod wieloma nazwami: mora, morawa, mura, mara, które prawdopodobnie pochodzą z tego samego pnia co „morzyć” lub „zmarły”. Jakiejkolwiek by jednak nazwy nie użyć, ich przeznaczeniem było nocne dręczenie ludzi. W tym wysysanie krwi, a nawet duszy, dlatego za znak obecności tej dziwnej istoty uznawano znaki na ciele – najczęściej były to po prostu ukąszenia pluskiew lub innych insektów.
Źródła w Biblii i starożytnym Rzymie
Nie tylko demonologia ludowa stanowi kopalnię wiedzy o współczesnym języku. Jest nią również Biblia, z której wywodzi się jedno z bodaj najbardziej znanych powiedzeń – kraina mlekiem i miodem płynąca. Używamy go do określenia miejsca-raju i nawiązuje do obietnicy złożonej przez Boga Mojżeszowi. „Zstąpiłem, aby go wyrwać z rąk Egiptu i wyprowadzić z tej ziemi do ziemi żyznej i przestronnej, do ziemi, która opływa w mleko i miód (…)”. To opis Ziemi Obiecanej ze Starego Testamentu, kraju żyznego i urodzajnego, do którego wędrowali Izraelici.

A dlaczego mówimy „zrobić kogoś na szaro”? Źródeł należy szukać w starożytnym teatrze rzymskim. Musiał być on tak skonstruowany, żeby widzowie nawet z najodleglejszych miejsc mogli zrozumieć przedstawienie. Stąd odpowiednio skonstruowane maski poprawiały akustykę, a kolory strojów musiały być zdecydowane i różniące się od siebie, by widz bez problemu identyfikował postaci. Kolorystyką określano funkcję aktora w danym przedstawieniu – szary przypisany był akurat złodziejom i oszustom. I dlatego obecnie niecne czyny nazywamy „robieniem kogoś na szaro”. Również w starożytności odnajdziemy źródło popularnej współcześnie palmy. Tej, która komuś odbiła. Dawniej nazwa ta odnosiła się do symbolu zwycięstwa i była synonimem wyrazów laur, wieniec, berło, korona czy wawrzyn. Nimi nagradzano wybitnych uczonych czy sportowców na igrzyskach. Jednak czasem, jak podobnie bywa i dzisiaj, sukces powodował zbytnie zadowolenie i przyjęcie pozycji pogardliwej względem innych. W skrajnych przypadkach nagrodzony nie mógł poradzić sobie psychicznie ze zwycięstwem, tracił zmysły i wpadał w szaleństwo. Stąd pozytywne określenie zmieniło się w pejoratywne i teraz mówimy, że komuś odbiła palma (za: Maciej Malinowski, „Obcy język polski”).
Średniowieczne tortury
Wielu językoznawców nawołuje, by miast grzebać psa, powiedzieć „w tym jest sęk” czy „sedno sprawy”. Nie zmienia to jednak faktu, że w mowie potocznej często posługujemy się frazeologizmem „i tu jest pies pogrzebany”. Jak pisze Stanisława Cieślak-Duda na stronie edusens.pl, jednym z wyjaśnień, dlaczego powiedzenie dotyczy akurat naszego domowego pupila jest nawiązanie do pogańskiego zwyczaju składania symbolicznych ofiar. Niektóre źródła wskazują, że jeszcze w XVIII wieku Holendrzy na zakończenie budowy wałów przeciwpowodziowych zakopywali w nich żywego psa. Potwierdzają to wykopaliska archeologów, którzy często podczas prac w fundamentach średniowiecznych budynków czy murów znajdują psie szczątki.


Bardziej romantyczna anegdota, często przywoływana jako geneza tego powiedzenia dotyczy psa Stuczela, który w XVII wieku miał przenosić listy swojego zakochanego pana z Turyngii do zamku ukochanej w Gotha. Pies okazał się wybitnym kurierem. Nie tylko posłusznie dostarczał listy, ale i przynosił odpowiedzi. Gdy w 1830 roku zdechł, w podzięce za wierną służbę został uroczyście pogrzebany w pięknej trumnie. Miejscowy pastor nie zgodził się jednak na pochówek na chrześcijańskim cmentarzu, dlatego zwierzę ostatecznie spoczęło w okolicy zamku. Na kamiennym nagrobku wyryto napis "Da liegt der Hund begraben" (tu leży/jest pies pogrzebany).

Czy historia o bohaterskim czworonogu jest prawdziwa – trudno ostatecznie orzec, na pewno jest poruszającą anegdotą. Tym bardziej ciekawą, że w średniowieczu zwierzęta często były sądzone i karane jak ludzie (mogły być aresztowane czy torturowane). Najcięższą karą była śmierć przez powieszenie lub ścięcie. Przykładem może być proces świni w 1386 roku we Francji. Została oskarżona o zamordowanie niemowlęcia i skazana na śmierć po uprzednim odcięciu ryja i nogi. Podobne sytuacje miejsce miały chociażby we Włoszech, Niemczech czy Polsce. Przed sądem stawiano owce, konie, szczury, ale najczęściej właśnie psy. Niekiedy były również stygmatem dla powieszonego człowieka – miały dodatkowo poświadczać jego odrażający czyn, symbolicznie podkreślać, że skazany nie zasługiwał na miano człowieka. By dodać im bólu nieraz rozpalano pod nimi ognisko lub wieszano psa głową w dół, by mógł kąsać skazańca. Z czasem średniowieczne praktyki nabrały bardziej metaforycznego znaczenia i obecnie „wieszać na kimś psy” oznacza potępienie, oczernienie kogoś.

Do dawnych tortur odnosi się również powiedzenie „pal to sześć”, którego używamy w znaczeniu "mniejsza o to, wszystko jedno, dajmy spokój". Najprawdopodobniej sięga czasów inkwizycji, stosowanych przezeń tortur i ich reguł. A według nich cały proceder mógł składać się z maksymalnie sześciu sesji, z których każda mogła trwać najdłużej 30 minut. Przeżycie sześciu tur gwarantowało wolność, jednak tortury wiązały się z przypalaniem ogniem, dlatego niewielu wychodziło z tego cało. Profesor Jan Miodek wskazuje na trochę inną interpretację, według której słowa „pal go sześć” były najprawdopodobniej kierowane do kata, który przypalał skazanego żelazem. Przyjmuje się, że było to zatem polecenie, które ustalało liczbę przypaleń – sześciu nikt nie był w stanie wytrzymać, dlatego taki okrzyk oznaczał wyrok śmierci.
W średniowieczu znajdziemy również tłumaczenie dlaczego komuś coś ujdzie płazem – płaz to boczna, płaska strona miecza. Etymologia pochodzi zatem z pojedynków i przekręcenia broni w decydującym momencie, dzięki czemu przeciwnik nie otrzymywał śmiertelnego ciosu. Takie zagranie rozstrzygało spór, a przegranemu „uchodziło płazem”, unikał konsekwencji, odchodził jednak upokorzony. Z perspektywy zwycięzcy powiedzielibyśmy zaś, że „puścił on (coś, komuś) płazem”.

Ah, ta polska szlachta
Wracając na trop kolorów zastanawia, dlaczego „koniec” jest szary – tymi słowami określamy, że ktoś jest w czymś ostatni (np. w wyścigu był na szarym końcu). Jak wskazują autorzy na stronie edusens.pl, źródeł owego związku szukać należy w szlacheckiej obyczajowości.Antoni Krasnowolski, autor wydanych w 1905 roku "Przenośni mowy potocznej" wyjaśniał, że powiedzenie odnosi się do hierarchii, która panowała podczas uczt i biesiad. Najważniejsi goście zajmowali najlepsze miejsca przy stole. Poznać ich można było po dostojnych szatach, często w kolorze karmazynowym - świadczył on o zawartości portfela, bowiem aby go uzyskać potrzebny był drogi barwnik. Na końcu stołu siadali co biedniejsi szlachcice, których ramiona zdobiły stroje mało barwne i poszarzałe. Stąd też nazywano ich „szarakami”. O tym jak przestrzegano tej etykiety pisał nasz wieszcz narodowy Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”: „Goście weszli w porządku i stanęli kołem./Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;/Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy,/Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży./Przy nim stał kwestarz, Sędzia tuż przy bernardynie. […] Pan Tadeusz, choć młodzik, ale prawem gościa/Wysoko siadł przy damach obok jegomościa;/Między nim i stryjaszkiem jedno pozostało/Puste miejsce, jak gdyby na kogoś czekało.”

Inne wyjaśnienie "szarego końca" zaproponowała Karolina z Potockich Nakwaska w poradniku "Dwór wiejski". Również związane jest z obyczajami i spożywaniem posiłków i dotyczy mniej zamożnych dworów. Gdy wszyscy domownicy zmuszeni byli jadać przy jednym stole, koniec przeznaczony dla służących przykrywano szarym, niewybielonym płótnem.

Będąc przy szarakach, warto wspomnieć o miłych zwierzątkach, które zwykło się tak nazywać – zającach. Tak jak z nocnym markiem, podobnie w przypadku „filipa z konopi”, nie chodzi o żadnego znanego jegomościa o tym imieniu, a o gwarowe określenie zająca właśnie, który spłoszony hałasem wyskakiwał nagle z konopi sadzonych w pobliżu domostw. Obecnie określa się tak osobę, która zrobiła coś nie w porę, powiedziała coś niewłaściwego. Jednak pierwotnie mówiono tak o osobie zdezorientowanej i zaskoczonej. Pierwsza wzmianka o filipie z konopi pochodzi ze zbioru epigramów Mikołaja Reja „Źwierzyniec” z 1562 roku. I dotyczy zwierzęcia. W innym znaczeniu użył go zaś Benedykt Chmielowski w encyklopedii z 1745 roku – w jego wersji Filip jest właścicielem prowincjonalnego majątku Konopie i posłem na sejmik w Piotrkowie. Ten nieobeznany z sejmowymi procedurami ziemianin zwykł zabierać głos nie na temat, wypowiadać się nieadekwatnie do sytuacji, czym wywoływał rozbawienie dyskutantów. Prawdopodobnie właśnie stąd wynika nieporozumienie. Później wielu powoływało się na tę zmyśloną anegdotę - można ją znaleźć chociażby w „Panu Tadeuszu” Adama Mickiewicza.
Dzieci i Zabłocki dokładają cegiełkę
Zbijać bąki. Ten frazeologizm do czerwoności rozpala zarówno profesjonalnych językoznawców, jak i tych, którzy na znawców polszczyzny mianowali się sami. Chociaż w wymowie wydaje się trochę wulgarny, a w znaczeniu oznacza niechlubne cechy, leniuchowanie i marnowanie czasu, to szukanie jego genezy jest zgoła fascynujące. Jego różne możliwe genezy odnaleźć można na stronie edusens.pl.

Z informacji tam zawartych wynika, że istnieje kilka tez. Jedni odnoszą się do polowań na dużego wędrownego ptaka wodnego - Bąka zwyczajnego. Ich mięso nie należało do cennych, dlatego próby ich ustrzelenia plasowały się w kategoriach straty czasu. Inni źródła „zbijania bąków” szukają w dziecięcych zabawkach – drewnianych bączkach, które za pomocą uderzenia bata wprawiano w ruch wirowy. Kolejna grupa stawia tezę, że powiedzenie z pewnością odnosi się do tak zwanej końskiej muchy, która wypija krew ludzką i zwierzęcą. Odruch odpędzania owada ma być właśnie „zbijaniem bąków” i tym samym unikaniem pracy. Ostatni głos bezpośrednio odnosi się do problemów natury fizjologicznej po zjedzeniu ciężkostrawnego posiłku, gdy popularnym gestem było klepnięcie w okolicy nosa. Której jednak opcji byśmy nie wybrali, frazeologizm zawsze odnosi się do czynności trochę bezsensownych, związanych z nieróbstwem.

W zabawach dziecięcych można szukać również genezy powiedzenia „biegać jak kot z pęcherzem”, które obecnie odnosi się do nerwowego poruszania się, nie nadążania z załatwianiem spraw. Kiedyś dzieci, których rodziców nie było stać na piłkę, zmuszone były radzić sobie w inny sposób. A raczej rodzice uwalniali swoją kreatywność i po świniobiciu suszyli pęcherze moczowe zwierząt, z których później powstawała pożądana zabawka. Niestety nie była zbyt trwała, więc drugie życie nadawano jej poprzez przywiązanie do kociego ogona. Dzieci były rozbawione, a zwierzę usilnie próbowało pozbyć się przedłużenia, biegając niespokojne i zdenerwowane.

Europejczycy zaczęli doceniać walory mydła w XIX wieku. Wcześniej stosowane jedynie do prania i przemywania ran, stawało się produktem równie pożądanym do zachowania higieny. Postanowił wykorzystać to ziemianin i właściciel dworu koło Sochaczewa, Cyprian Franciszek Zabłocki. Plan na zbicie majątku wydawał się prosty: będzie produkował mydło i sprzedawał je za granicę, a tam przetransportuje je drogą wodną, Wisłą, na barkach. Gdy pierwsza z nich dopływała do granicy z Prusami, przedsiębiorczy i patriotyczny ziemianin postanowił, że nie będzie wspierał zaborcy opłatą celną. Nakazał zrzucić ładunek do wody i ciągnąć go tak, by był niewidoczny. Niestety, nie przewidział, że skrzynie z towarem mogą być nieszczelne. Gdy w Gdańsku otwarto pakunki, okazało się, że są puste. Mydło się rozpuściło, a Zabłocki został z niczym. A raczej jedyne co mu pozostało to nieśmiertelna sława w związku frazeologicznym "[wyjść] jak Zabłocki na mydle". Ot, taka romantyczna historia upamiętniająca wydarzenie, które nikomu nie przyniosło żadnego zysku.

O Greku, którego Polak chciał udawać
„Nie udawaj Greka” znamy chociażby z piosenki „Nie zadzieraj nosa” zespołu „Czerwone gitary”. Określamy w ten sposób osobę, która udaje, że czegoś nie wie, nie rozumie. Warto podkreślić, że nie jest to udawanie nieuka. Dlaczego jednak akurat Greka nie mamy udawać? To chyba jedno z najbardziej tajemniczych powiedzeń. Dlatego hipotez na temat jego źródła można znaleźć wiele. Mylną na pewno jest ta, jakoby owym Grekiem był Sokrates, który zadawał zaczepianym ludziom pytania i udawał, że nie zna odpowiedzi. Kolejnym błędem jest pisownia „grek” – we wspomnianych przypadkach filipa z konopi i nocnego marka nie chodziło o imię, w tym jednak przykładzie Grek określa narodowość, a nie grekokatolika czy nauczyciela tego języka. Dlatego powinien być pisany wielką literą.

Inni zwracają uwagę na nie najlepszą opinię o Grekach, najpierw wśród Rzymian, a potem w całej Europie - Napoleon nazywał cara Aleksandra "chytrym grekiem”. Jednym z popularniejszych tłumaczeń jest również powojenna migracja komunistów z Grecji do Polski, w której nie potrafili się porozumiewać. Jak zatem wskazała Anna Tyrpa – Grek wśród Polaków nic nie rozumie, więc nie może się angażować. Dla niektórych takie „udawanie” mogło oznaczać próbę zmylenia przeciwnika, jednak wszelkie nadawanie Grekom cech przewrotnych i niechlubnych wynikało raczej ze stereotypowych i zapożyczonych od łacińskiej Europy opinii niż osobistych doświadczeń naszych rodaków.

Jerzy Bralczyk wskazuje, że „nierozumienie treści bywa w powiedzeniach wiązane z nieznajomością języka.” Mówimy zatem, że ktoś siedzi jak na tureckim kazaniu, wskazujemy, by nie mówił do nas po chińsku czy jak w swoim zawodowym slangu wskazują na nie reagującą widownię aktorzy, że „Węgrzy przyszli”. Na pytanie, dlaczego to akurat Greka udawać ma zdemaskowany przez nas Polak podszywający się pod cudzoziemca interesującą tezę wysuwa autor bloga Hellenopolonica. I ma silne argumenty.

Jak się bowiem okazuje, mamy w naszej narodowej historii jednego zapomnianego rodaka, który udawał Greka – był nim znany wśród mieszczan krakowskich w XVI wieku alchemik Baliński, który swoimi sposobami leczenia zaszkodził Aleksandrowi Jagiellończykowi. Podwójnie aresztowany, najpierw w Wilnie, a potem w Krakowie po śmierci króla, zbiegł i słuch po nim zaginął. A raczej mogłoby się tak wydawać, bowiem ten przyjął nazwisko Laskaris. W 1506 roku na naszych terenach greka nie była popularna, nie było u nas kupców greckich. Dlatego pod greckim nazwiskiem Baliński był bezpieczny, a dla pewności więcej nie pokazał się w Krakowie.

Korzystałam m.in. ze stron hellenopolonica.blogspot.com i edusens.pl, Słownika Języka Polskiego oraz szkicu "Dawne procesy zwierząt jako dramaty rytualne" Andrzeja Dąbrówki.


Polub BLISS na Instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...