Uwielbiała zakupy, umierając nosiła najlepsze suknie, o Polakach pisała "schłopiałe prostaki". Tej Kossakówny nie znacie

Lilka w swoim mieszkaniu fot. NAC Sygnatura: 1-K-1735-3
Miała własną wiewiórkę, uwielbiała zakupy, a na operację szyjki macicy wystroiła się "jak do teatru". Niechcianych amatorów własnej urody straszyła duchami, potrafiła wmówić ludziom, że jej siostra jest upośledzona, a o Polakach pisała "schłopiałe, ogłupiałe, rozpustne prostaki". Mimo zmienności, nie była neurotyczką. Najlepsze wiersze pisywała na kolanie, wśród gości, na byle serwetkach. Dla miłości gotowa była uciec z domu i odwrócić się na pięcie od wszystkich Kossaków. Była wrażliwą poetką i silną, odważną kobietą. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska Lilką nazwała siebie sama.

Urodziła się w Krakowie gdy mijała la belle époque. Kiedy była dzieckiem wyglądała jak jasnowłosy barokowy aniołek o niebieskich oczach, a magicznej aury dodawał jej wrodzony literacki talent. Lilka już w wieku sześciu lat pisała wiersze dla dzieci, których nie powstydziłby się dorosły twórca. Poza tym, ku uciesze ojca malarza, potrafiła równie zgrabnie co słowem, posługiwać się pędzlem. Była niezwykle precyzyjna, a na jej dziecięcych obrazkach często pojawiały się greckie nimfy. Wiedziała, jak się ubierały, jakie nosiły koafiury. Mitologię znała lepiej niż można byłoby się w tamtych czasach spodziewać po kimkolwiek – nie było jeszcze wówczas słynnych mitologii Jana Parandowskiego. Nic dziwnego, że jej matka wierzyła, że ukochana córka stworzona jest do celów najwyższych. Romantycznego tragizmu nadawała jej życiu choroba kręgosłupa, która naznaczyła całe jej dzieciństwo.



To jak wyglądała, gdzie się wychowywała i jaka była stanowiło bardzo spójną całość. Przeglądając dziewiętnastowieczne księgi swojej babci, trafiła na tomy o gwiazdozbiorach i planetach – do Wenus wzdychała najczęściej. Poza tym interesowała się botaniką, znała zioła, kochała kwiaty. W ogrodzie sadziła bratki i stokrotki. Z Zakopanego przywiozła cebulki krokusów, które od tamtej pory kwitły w ogrodzie przed domem przez kolejne dekady. Jej siostra nazywa ją we wspomnieniach wróżką, która rozumie mowę ptaków. Jako dorosła kobieta miała... wiewiórkę. "Zanim pojawił się Florek, był Sorek. Pierwsza wiewiórka Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej podczas spaceru po lesie wybrała życie wśród rudych koleżanek. Florek był bardziej lojalny. Podróżował z poetką do Zakopanego, a nawet do Nicei. Lubił szczotkowanie, jadał rogaliki i popijał mlekiem, a wierszy słuchał, złożywszy łapki na brzuchu", pisze Małgorzata I. Niemczyńska w Gazecie Wyborczej. Tuwim mówił o niej: "staroświecka młoda pani z Krakowa". Jej siostra jako o istocie "z krwi gorącej i cienkich kości, i kobiecego ciała, które tylko pragnęło kochać".

I taką Lilkę znamy z jej wierszy. Jednak pośmiertnie dała się poznać swoim czytelnikom z zupełnie innej strony. "(...) dotąd nie przepadałem za twórczością Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. W swych poetyckich uniesieniach była dla mnie zbyt landrynkowa, zbyt efemeryczna. Nie widziałem w tej twórczości człowieka z krwi i kości. Wiele zmieniło się po lekturze jej wojennych zapisków. Najpierw był szok, potem niedowierzanie, a obecnie – szacunek i uznanie. Moim zdaniem to literatura faktu z najwyższej półki, która ustawia Marię obok Kapuścińskiego, Warneńskiej i Krall", mówi w wywiadzie dla Gazety Wyborczej Rafał Podraza, dziennikarz i poeta, autor książek o rodzinie Lilki oraz redaktor jej zapisków pt. "Wojnę szatan spłodził".
Historia Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej zaczyna się w słynnej Kossakówce, a jej krewni to plejada gwiazd polskiej kultury. Ojciec – Wojciech Kossak, malarz, syn Juliusza; siostra Magdalena Samozwaniec, pisarka słynąca z ciętego języka zwana "jedyną satyryczką w Polsce" i uważana za najdowcipniejszą kobietę w kraju (za to krakowska elita uznawała wymawianie jej imienia za faux pas), stryjeczna siostra Zofia Kossak-Szczucka, kolejna pisarka, założycielka dwóch tajnych organizacji w okupowanej Polsce; Simona Kossak, kuzynka, znana profesor nauk leśnych, która zamieszkała w środku Puszczy Białowieskiej w leśniczówce bez prądu, jej ojciec Jerzy Kossak, ostatni malarz rodu. Ponadto, w ich rodzinnym domu bywali przedstawiciele polskiej elity intelektualnej i artystycznej, m.in. Henryk Sienkiewicz, Ignacy Jan Paderewski czy Wincenty Lutosławski. I mimo że byt rodziny Kossaków opierał się na dziedzictwie i sławie, jaką w tej dziedzinie zyskali mężczyźni, prawdą jest, że wyjątkowe osobowości rodu Kossaków to specjalność kobiet. Lilka bez dwóch zdań jest jedną z nich.

Miłość i poezja
Maria z Kisielnickich, matka Lilki, Magdy i Jerzego, odrzucała oświadczyny przystojnego Wojciecha Kossaka aż dwa razy. Pytana dlaczego, odpowiadała: ''Żeby mnie bardziej szanował i cenił''. Zarówno Magdalena, jak i Lilka uznawały to za wyrafinowanie. Podobnie jak przekonanie własnych rodziców o wyższości swoich pociech nad innymi. Cała trójka zwana była "cudownymi dziećmi" o cudownych umiejętnościach. Dlatego Maria dbała o bezbłędną kindersztubę dziewczynek, za to nigdy nie nauczyła ich nawet parzyć herbaty. Karol Estreicher wspominał, że ''obie siostry miały szczególne wykształcenie. Były ostatnimi przedstawicielkami pokolenia kształconego domowym sposobem przez guwernantki, nauczycielki, a potem na kursach przygotowawczych".

Lilka zdumiewała naiwnością poglądów. Gdy zakochała się po raz pierwszy, była gotowa z wybrankiem swego serca uciec na koniec świata. Miał na imię Egon i według jej siostry był "rasowym playboyem (...) tenisowym bubkiem, takim złotym młodzieńcem, a Lilka pensjonarką, która powinna była się uczyć, a nie zawracać sobie głowę amantami". Ponieważ rodzice nie pozwolili Lilce widywać się z chłopakiem młoda para zaczęła pisywać do siebie namiętne listy, które wciskali do kanapy w domu Jerzego Kossaka, gdzie Egon często przychodził z wizytami. "Wtajemniczony służący przynosił listy od amanta i zabierał te, które były pisane do niego. Poste restante w kanapie trwało jakiś czas, póki młodzieniec nie stracił cierpliwości, nie postanowił porwać ukochanej z rodzicielskiego domu i wziąć z nią potajemnie ślubu. Porwanie miało się odbyć za pomocą zdezelowanego samochodu ojca Egona, którym syn zwykle jeździł, zupełnie jak dzisiejsza bananowa młodzież. Lilka, powiadomiona listownie, spakowała małą walizeczkę i czekała z bijącym sercem na wielką przygodę swojego życia – na próżno. Lilce założono dziesięciodniowy areszt domowy, a do jej „celi” wolno było wchodzić tylko mamie i pokojówce z posiłkami", wspomina Magdalena Samozwaniec. W tych warunkach powstał cykl młodocianych wierszy Lilki pod zbiorowym tytułem "Niewolnica".

Pierwsze małżeństwo poetki było równie naiwne i tak samo nieudane jak młodzieńcza miłość. Lilka wyszła za porucznika Władysława Janotę Bzowskiego, który kontuzjowany leżał w Kossakówce i był tam pielęgnowany przez najstarszą córkę. Maria chciała udowodnić, że ma powodzenie u mężczyzn, jednak według Magdaleny Samozwaniec, ich związek z góry skazany był na porażkę. Lilkę nazywała Orlicą, a jego Kogutem. On był przeciętnym, porządnym i uczciwym ułanem, a ona wielką poetką. To nie mogło się udać. Kiedy rozwód był już nieunikniony, Maria poznała Jana Pawlikowskiego, który był "równie poetyczny i intelektualnie wyrobiony jak ona". Zakochali się w sobie do nieprzytomności. Tuż po rozwodzie z załamanym emocjonalnie Bzowskim, biorą ślub i są "najzupełniej szczęśliwi".
Jest rok 1922 i jak się okazuje, wielka miłość służy poezji Pawlikowskiej. Wydaje wówczas swój debiutancki tomik "Niebieskie migdały", który jej siostra recenzuje jako "smakołyki dla znawców". Niestety, krakowianie wychowani na Asnyku nie docenili liryki Lilki i całe stosy "Niebieskich migdałów" zwróconych poetce przez wydawnictwo zalegały latami strych na Kossakówce. Dopiero Tuwim i Lechoń swymi pochlebnymi recenzjami wprowadzają Lilkę w poczet najwybitniejszych poetów polskich, a kolejny jej tomik "Pocałunki" wchodzi do klasyki. Te czterowersy znamy dziś wszyscy: "Nie widziałam cię już od miesiąca./I nic. Jestem trochę bledsza,/trochę śpiąca,/ale widać można żyć bez powietrza", "Gdy się miało szczęście, które się nie trafia:/czyjeś ciało i ziemię całą,/a została tylko fotografia,/to – to jest bardzo mało."

Drugi cytowany wiersz przepowiadał cierpienie. Jan Pawlikowski szybko nudzi się swoją żoną i zaczyna ją zdradzać. Lilka rozpacza i pisze. Powstają jej najlepsze, najbardziej doceniane, najdojrzalsze wiersze, a największa miłość wciąż na nią czeka.

Maria i Magdalena
Pisząc o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej nie sposób nie opowiedzieć o jej siostrze – były ze sobą wyjątkowo zżyte. Sama Magdalena mawiała, że Lilka była miłością jej życia, choć kłóciły się wiecznie. "(...) o pończochy, o suknie, o drobiazgi – a potem wypominały sobie nawzajem grzechy. Byłem raz świadkiem takiej kłótni i uciekłem przerażony. Lilka z górnych schodów na Kossakówce oblała Madzię przed pójściem na zabawę brudami, aby zepsuć jej wieczór. Za godzinę zjawiły się w największej zgodzie na dancingu w Esplanadzie, wyglądając piękniej niż zwykle", opowiadał Karol Estreicher.

Bo stroić się i chodzić na zakupy uwielbiały obie. Magda na nową suknię gotowa była sprzedać obrazy dziadka czy ojca. Z kolei Maria pisała do siostry: "Kupuj sobie, Madziu, rzeczy – w nich jest siła i radość życia''. Wszyscy Kossakowie byli rozrzutni. Na hipotekę nie raz wchodził komornik. "Po I wojnie światowej zarobki Wojciecha Kossaka z trudem starczały na utrzymanie wymagającej rodziny, na auto, szofera, pracownię w Warszawie, willę w Juracie, kosztowne przyjaciółki. Na przyjęcia jego córki zapraszały młodzieńców z ziemiańskich rodzin i wytwornych wojskowych, bo to byli potencjalni klienci Wojciecha i Jerzego. Madzia mówiła dowcipnie, że dopomagają firmie Tatki pod nazwą Kossak i Spółka'', pisze Małgorzata Czyńska na łamach Wysokich Obcasów.

Przywiązanie sióstr i wspólne przygody opisuje sama Samozwaniec. "(...) w latach poprzedzających wojnę potrafiłyśmy się znakomicie bawić i brać z życia pełnymi garściami. Dużo czytałyśmy Czechowa, Dostojewskiego, Twaina, Balzaka, słuchałyśmy Chopina, Gershwina – szczególnie Lilka zasłuchiwała się w jazzie. Często wpadałyśmy do stolicy, korzystając z pokoiku przy pracowni ojca w Bristolu. Tam obracałyśmy się wśród cyganerii. Prawie codziennie punkt dwunasta piłyśmy kawę w kawiarence na Mazowieckiej z Tuwimem, Iwaszkiewiczem, Iłłą [Kazimiera Iłłakowiczówna] – nie piło się wówczas aperitifów, tylko pół czarnej w szklance, a do tego pączek; to przed obiadem. Na spotkania w samo południe przychodził też Żeromski. Bardzo byłyśmy wzruszone, kiedy poznałyśmy go osobiście. Z Lilusią szalenie się kochałyśmy i zarazem szalenie kłóciłyśmy. Biłyśmy się, rzucałyśmy w siebie książkami, a potem się przepraszałyśmy, i to nie jako smarkule, ale dorosłe kobiety. Jak któraś drugą porządnie uderzyła, dokuczyła, to czym prędzej szła do miasta i kupowała jej prezent, żeby przebłagać, przeprosić. Pogodzone znowu płakałyśmy z rozczulenia. Zupełnie jak dwie wariatki..."
Ówczesna elita intelektualna Krakowa patrzyła na zachowanie dziewczyn z niemałym zdziwieniem i oburzeniem. Ich ukochana mama wciąż słuchała krytyki na temat za krótkich spódnic, odważnych fryzur i towarzystwa, w jakim siostry się obracały. Uwielbiały wycinać sobie wzajemnie oraz innym numery. Podczas wakacji w Nicei, Lilka siedząc samotnie na ławce i czekając na siostrę przyciągnęła wzrok przystojnego młodzieńca, który spytał, co tu robi sama. Niewiele myśląc, Maria odpowiedziała, że jest pielęgniarką i przyjechała tu z umysłowo chorą podopieczną. Kiedy po chwili do pary dołączyła Magdalena, mężczyzna przyjrzał się jej ze zdziwieniem i uciekł w popłochu.

Innym razem w Kossakówce odwiedzili ich młodzi ułani. "Chłopcy malowani, jeden piękniejszy i milszy od drugiego, a niby jacy odważni, waleczni; ale nie wierzyli w duchy", pisze Magdalena. Siostry postanowiły utrzeć im nosa. Lilka przekupiła kilku znajomych, którzy weszli na szklany dach pracowni i przez uchylone w dachu okno spuścili sznurki i przywiązali je do wielkiego manekina konia. "Koń był sprowadzony specjalnie z Wiednia, cały ze skóry, z ruchomą głową, ruchomymi nogami, takimi, które można było dowolnie ustawiać. Oprócz konia był też szkaradny manekin człowieka, który dopiero ubrany w mundur nie straszył… Manekin był z białej skóry, a zamiast twarzy miał dziwną maskę (...) Zebrało się całe towarzystwo: my, dwie nasze znajome i trzech ułanów. Tymczasem znajomkowie Lilki siedzieli na dachu, czekając na odpowiedni moment. W pracowni panował półmrok, tak więc sznurków przywiązanych do konia i manekina nie było widać. Zrobiłyśmy odpowiedni nastrój. Świece, stolik na środku pracowni. Nagle jedna z uczestniczek zbladła i wyszeptała: – Ten koń ruszył głową… – Na to ułan niedowiarek mówi: – No wiecie! – Teraz ruszył nogą… – wyszeptała druga. I jak się zaczęły te postacie ruszać, tak nasze biedne znajome z miejsca omdlały, a ułani zamiast je ratować, pouciekali. Zostałyśmy same, konając ze śmiechu i cucąc nasze przyjaciółki, które nie miały, jak się okazało, takiego poczucia humoru jak my…", opisuje Samozwaniec.

Mimo tak odważnego poczucia humoru, Pawlikowska-Jasnorzewska nie śmiała się często. Jej nastrój zawsze zależał od chwili i od tego, co działo się w jej życiu uczuciowym, które było bardzo burzliwe. Trzeci mąż Lilki, Lotek (bo lotnik) Stefan Jerzy Jasnorzewski był jej oddany aż do ostatniej chwili życia. Jeszcze 20 lat po jej śmierci, mówił o żonie z taką czułością, jakby nadal żyła. „Lilusia lubi to”, „Lilusia tamto”. Mimo to, rodzice Lilki i Magdaleny byli przeciwni ich związkowi. Powód? Kolejny nie-szlachcic. "Ojciec wymusił na mnie, żebym też oponowała przeciw temu małżeństwu, Lilka z miejsca odebrała to jako zdradę z mojej strony; ale jak mogłam stanąć przeciwko rodzicom?!", pisze Samozwaniec. Bez zgody i udziału rodziny Lilka i Lotek pobrali się w 1931 roku. Podobno jej matka przez kilka dni nie wychodziła z kościoła, modląc się o losy córki i jak na ironię, to właśnie on kochał ją do końca.

Lilka mawiała, że śmiech to zmarszczki. Była skryta, nikomu się nie zwierzała mimo że ojciec uczył córki, by zawsze mówić co im leży na sercu. "Była tak dobra, że aż czasami bardzo zła." Jak wspomina Magdalena, wstydziła się swojej wrażliwości. Potrafiła być oschła i złośliwa. Jednak zdaje się, że najprawdziwsze jej oblicze poznajemy z zapisków wydanych pt. "Wojnę szatan spłodził", które sama uznała za przeznaczone na spalenie. Wyłania się z nich obraz kobiety bardzo świadomej, dojrzałej, doświadczonej i krytycznej.

Lilka umiera
Sama pisze, że na emigracji spotyka ją kara za lekkie życie przed wojną. Jest samotna. Tęskni za bliskimi i martwi się ich losem. Żyje w męskim, szowinistycznym środowisku, w którym, jak twierdzi, kobieta sprowadzona jest do roli "materaca, erotycznej poduszki". Najgorzej znosi towarzystwo "Polactwa": "Rano o 10.30 obudził mnie polski głos, głos w moim małym radiu Lutin z Lyonu przywiezionym, które zapaliłam w nadziei usłyszenia czegoś ciekawego. (…) I chce mi się 'rzygać' i dziękuje naszemu radiu za wszystkie jego wysiłki i trudy. Więcej nie czytam polskich gazetek wstrętnych (patriotyczna odmiana dawnego 'Detektywa', tym gorsze, że codzienne). Nie słucham radia: 'Tu mówi Lą-dyn', i tak samo nie biorę do ręki 'Mośków' ["Wiadomości literackie" - przyp. red.] z ich lotniczymi impresjami i unikam rozmów z rodakami i rodaczkami”, pisze w 1942 roku. Czuje, że się starzeje.
Można powiedzieć, że wojna zabiera jej wszystko, co do tej pory nadawało jej życiu sensu i kolorów. Umierają jej rodzice, upada kariera, małżeństwo przechodzi poważny kryzys. „Lotkowi stale za głośno chodzę, za głośno mówię, czytam z przesadą i nie może nic zrozumieć, robię bałagan, piszę wierszę do niczego i bez sensu, bo nie to, co teraz każdy chce i rozumie coś. Najlepsze wiersze mi osądza jako nic i nie radzi mi drukować. Czyżby to nie obraz kliniczny czasem?”, żali się w 1940 roku. Najgorsze jednak przed nią – rak szyjki macicy. Ona i jej chirurg mówili na kobiecy narząd "pani matka".

Opis choroby z perspektywy pisarki to według specjalistek z ogólnopolskiej Fundacji Kwiat Kobiecości, która zajmuje się profilaktyką nowotworu szyjki macicy, ewenement i jedyny tak pełny opis objawów zewnętrznych. Mimo cierpienia i bólu Pawlikowska-Jasnorzewska do końca dba o siebie zupełnie jakby w pięknych strojach i fryzurach lokowała swoją kobiecość i siłę.
"Wojnę szatan spłodził"
fragment książki

"To" się wstrzymało, cerę mam piękną i ubieram się jak najładniej, aby nie być szarą osobą w poczekalni lekarza. Kładę suknię ceglastego koloru, kapelusz granatowy z wstążkami koloru sukni i woalkę rudą, artystycznie zawiązaną, nowe wysokie buty ciepłe, z lakierem, czarne jedwabne pończochy i nowe futro z oposów, miękkie jak puch.

Mimo choroby Lilka nie zatraca również zmysłu reporterskiej obserwacji i wciąż notuje. Także jej refleksje nad życiem wydają się być gorzkie i o wiele bardziej prawdziwe niż poetyckie opisy miłosnych uniesień. To z tego okresu pochodzą odważne cytaty wojennego dziennika: "Wstydzę się swojego plemienia. Schłopiałe, ogłupiałe, rozpustne prostaki. Możemy śmiało nie żałować, że to się nie rozpanoszyło na cały świat, ale że po łbie chamskim dostało. Polska profesorów krakowskich, Kossaków, Zamoyskich, Tarnowskich, tych typów kochanych Staffa i Boya, pięknych pań, cudownych aktorek to Polska – za to Polska rządowa to jakaś prowincja, to coś tak okropnego, że w gardle mi zasycha, gdy tylko myślę np. o takim Becku i jego żonie w Juracie (), o prywacie w wojsku, () o antysemityzmie brutalnym".

W dzień, w którym opuszcza hotel i udaje się do szpitala cały personel zerka na nią z lekkim przerażeniem. Wychodzi po wizycie u fryzjerki w czarnej sukni, futrze, amarantowej wełnianej czapce, w nowych czarnych wysokich butach, nowych rękawiczkach od p. Robaka i jedwabnych pończochach. Myśli: "Możesz coś zmienić, idź i zmień – a nie możesz, to idź i bierz przeszkodę". Lilka wciąż liczy, że coś się zmieni. "Od tej chwili zrzucam z siebie bunt, strach i drżączkę nerwową. Współpracuję z operacją. Przechodzę na stronę losu. Mam dobrą wolę", pisze. Na operację, której poddała się w lutym 1945 r., stroi się "jak do teatru" w "jedwabną kombinację pod spód, na wierzch koszulę różową, tę z wełny, i kaftanik jedwabny różowy, może na psa urok ostatni raz, siatka na włosy." Umiera kilka dni później w Manchestrze.

Prawa autorskie do swoich wierszy przekazuje w testamencie mężowi i siostrze, która broni pamięci o jej twórczości po wojnie, gdy do kultury "dobiera się" komunistyczny rząd. Dziś, gdy znów w podręcznikach zabrakło wierszy Lilki, zachować pamięć o tej wyjątkowej artystce będzie prawdopodobnie o wiele trudniej.

Korzystałam z artykułów opublikowanych na łamach Gazety Wyborczej oraz Wysokich Obcasów, a także książek: "Wojnę szatan spłodził" i "Lilka. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska we wspomnieniach i listach".

Obserwuj Bliss na Instagramie.
Trwa ładowanie komentarzy...