Ile osób projektowało twoją bluzkę? Strzelaj, nie będziesz nawet blisko. Sprawdziliśmy, jak robi się dzisiejszą modę

Sukienka to praca zespołowa - nad wykonaniem dowolnego elementu kolekcji pracuje co najmniej kilku różnych specjalistów
Sukienka to praca zespołowa - nad wykonaniem dowolnego elementu kolekcji pracuje co najmniej kilku różnych specjalistów Fot. na:Temat
Popatrz na swój strój. To może być t-shirt w kaczuszki, elegancka koszula czy sukienka zaprojektowana zgodnie z najnowszymi trendami - nie ma znaczenia, bo pod warunkiem, że zdjęliście je z wieszaka ulubionej sieciówki, odpowiedź na następujące za chwilę pytanie, będzie zbliżona. Ile osób pracowało nad tym projektem? Podpowiedź: więcej niż jedna.

Wyobrażenia o tym, że popularne ubrania powstają w głowie projektanta, a następnie materializują się za jednym pociągnięciem jego magicznego ołówka, należy włożyć między bajki. Kreowanie mody, przynajmniej tej w popularnym ulicznym wydaniu, to efekt pracy sztabu ludzi. - Jesteśmy jak naczynia połączone. Projektant, grafik, technolog i ja, jako kupiec - nie jesteśmy w stanie bez siebie funkcjonować - tłumaczy Magdalena, starszy kupiec w LPP.
Jeśli w kontekście stanowisk pracy w największej polskiej grupy odzieżowej potrafilibyście pobieżnie wymienić właściwie tylko zakres kompetencji projektanta, nie jesteście jedyni. Przeświadczenie, że w świecie mody to najbardziej prestiżowa ścieżka kariery, panuje również wśród wielu “insiderów” - Dziwię się, że młode osoby, jak jeden mąż, chcą być projektantami. A niesamowite jest przecież to, jak ubrania powstają. Nadawanie im życia - to jest najciekawsze - przekonuje Gabriela, starszy technolog.
Aby przekonać się, jak zróżnicowane są ścieżki kariery w realiach dzisiejszego polskiego przemysłu modowego, trzeba udać się do jego “epicentrum”, które dzisiaj znajduje się w jednym z gdańskich biurowców.
Korporacja kreatywnych
Zaraz, zaraz, zapyta czujny czytelnik, w jakim biurowcu? Czy projekty ubrań nie powstają z reguły w jakimś atelier na poddaszu starej kamienicy? Jasne - kolekcję liczącą kilkanaście sztuk można zaprojektować na kilkudziesięciu metrach kwadratowych, jednak w przypadku serii liczących kilka tysięcy sztuk nie byłoby to możliwe. Kreatywność potrzebuje przestrzeni - takie wniosek nasuwa się po wejściu do przestronnego hallu LPP Fashion Lab - jednej gdańskich siedzib odzieżowej spółki.
Wysokie sufity, surowe, betonowe ściany z pluszowymi detalami, korytarze zastawione nowoczesnymi meblami, salki wszelakich rozmiarów, taras z widokiem na panoramę miasta, przestronna stołówka ze wspólnymi stołami, ogólnodostępne barki kawowe - na pierwszy rzut oka LPP Fashion Lab wygląda jak każda nowoczesna korporacja, która tym wnętrzarskim szaleństwem pragnie zrekompensować pracownikom codzienne znużenie związane z zapełnianiem cyframi tych samych arkuszy kalkulacyjnych.
Wystarczy jednak przystanąć na chwilę i poobserwować. Tuż obok przemyka ktoś z naręczem wieszaków. W narożnym, przeszklonym pokoiku oprócz biurka i komputera stoi para manekinów. Na biurkach “typowego” open-space piętrzą się skrawki materiałów, koszulki, czapki. Próżno też rozglądać się za sztampowymi “garsonkami”, które zwykle przechadzają się korporacyjnymi korytarzami - spodnie moro, spódnice maxi, bluzki we wszystkich kolorach grzywy jednorożca - tego w zwykłym korpo raczej się nie uświadczy.
Stanie w miejscu i spokojna obserwacja nie są jednak zbyt efektywną taktyką, jeśli chce się znaleźć rozmówców, którzy opowiedzą, jak dokładnie wygląda proces projektowania spodni, bluzek i innych rzeczy dla marek LPP. - Okej, możemy porozmawiać, tylko ja o 13 uciekam, więc szybko - Krzysztof - grafik - nerwowo spogląda na zegarek. Obok niego siada Ewa - product head designer męskiego Reserved i podobnie niecierpliwie wierci się na krześle. Pewnie dlatego, że wbrew kolejnemu stereotypowi, ani modowy grafik, ani projektantka, wcale nie spędzają całej puli roboczogodzin na przesuwaniu myszką po monitorze.
Kreacja chodzi po ulicy
Czasy kiedy projektant traktował trendbooki jak pisma święte, których przypowieści można dowolnie interpretować, pod warunkiem, że nie przekracza się ich “przykazań” na konkretny sezon - mijają. I chociaż Ewa ma pod ręką grube tomiszcze, w którym zapowiedziano, jakie kolory i materiały zdominują sklepowe półki zimą 2018/2019, to znaczna część jej projektów, a może i charakter całej kolekcji, powstaną w oparciu o to, co przywiezie z podróży.
Ewa
product head designer

Oprócz stałych tematów i trendów, które przewijają się w kolekcjach, musimy łowić też te najnowsze, które pojawiają się na fashion weekach. Wyjeżdżamy też na targi do Florencji czy Paryża oraz na tak zwane “wyjazdy inspiracyjne”, podczas których oglądamy, co nosi się na ulicach największych miast - tam dzisiaj rodzą się trendy. W praktyce wygląda to tak, że lecimy na przykład do Tokio, czy Kopenhagi i obserwujemy. Czasem robimy zdjęcia, a czasem po prostu chłoniemy to, co się dzieje dookoła. To wystarczy, żeby wrócić za biurko z całą masą nowych pomysłów.

Na “zwiady” w poszukiwaniu świeżych pomysłów wyjeżdża również Krzysztof, bo przy obecnym tempie pracy, jakie narzucają fashion-influencerzy i instagramowe wyrocznie modowe, spostrzeżenie trendu, który “zażre” zanim przechwyci go konkurencja, ma gigantyczne znaczenie: - Nasz rekord na dystansie od pomysłu do półki w sklepie? Dwa tygodnie - potwierdza Krzysztof.
Rekordem zaprojektowanych elementów dziennie ani Krzysztof, ani Ewa nie chcą się chwalić, ale potwierdzają, że i w tej kwestii tempo pracy jest dość szybkie. Jeśli komuś wydaje się, że wymyślenie projektów grafik na kilka t-shirtów dziennie jest wymagające - ma świętą rację, ale wcale nie dlatego, że w pewnym momencie kreatywne muzy odmawiają współpracy. - Nieee, pomysłów nam nie brakuje, to się chyba nie zdarza. Brakuje najwyżej czasu żeby zrealizować wszystkie, które przychodzą do głowy - to na pewno - śmieje się Krzysztof, który w finalizowaniu niekonwencjonalnych pomysłów ma sporą wprawę: miał być chemikiem, został grafikiem. - Tak jakoś wyszło - śmieje się. - Miałem dobre portfolio, złożyłem tu CV, dostałem się i pracuję, ponad 10 lat już - mówi, a Ewa dodaje, że kolega z teamu po amatorsku zajmuje się również head-huntingiem: - To Krzysztof mnie zainspirował podczas warsztatów, które prowadził na mojej uczelni. Opowiadał jak wygląda praca tutaj, mówił że jest fajnie. A że brzmiał wiarygodnie, postanowiłam spróbować - śmieje się projektantka, która już pięć lat tworzy męskie kolekcje Reserved.
Spore staże pracy mają również dziewczyny z działu dziecięcego. Magdalena, dzisiejsza dyrektor departamentu re-Kids właśnie w LPP dostała pierwszą pracę po studiach i przeszła praktycznie wszystkie szczeble kariery. - W życiu nie powiedziałabym, że będę pracować w modzie, a zwłaszcza tak wymagającym departamencie, jak ubrania dla dzieci. Zaczynałam od stanowiska “merchandisera”, czyli współpracowałam z działem projektowym i kupieckim. I mimo, że nie musiałam mieć doświadczenia stricte modowego, to pewne obawy pod tytułem: “Co ja tu tak naprawdę będę robić?” na początku się pojawiły - śmieje się Magdalena, dodając, że wszystkiego nauczyła się w praktyce i, jak się okazuje, była to najbardziej efektywna szkoła z możliwych.
Fakt, że projekty dla młodszej klienteli to projekty bardziej wymagające, potwierdza Monika, starsza projektantka: - Ubrania dla dzieci muszą być w trendach i dobrej jakości - to oczywiste, ale najważniejsze by były wygodne, dostosowane do wieku dziecka, komfortowe - do turlania po przedszkolnym dywanie, do zwisania na drabinkach. Ważne też, by były bezpieczne. Normy określają, jak długie mogą być troczki w pasie, albo zabraniają stosowania pętelek, żeby dziecko się o nic nie zahaczyło. Czasem trzeba się w związku z tym wykazać sporą kreatywnością. Poza tym duże pole do popisu ma w naszym departamencie technolog, bo kwestie związane z konstrukcją i rozmiarami są tu dużo bardziej skomplikowane, niż w modzie dorosłej - dodaje Monika, wskazując jednocześnie kolejną ważną osobę w projektowym łańcuchu produkcyjnym.
Projekt: ożywienie
Gabriela od zawsze chciała szyć. I wbrew pozorom, jest to w modowym światku marzenie nietypowe - adepci uczelni z ze sztukami pięknymi w nazwie chcą “tworzyć”. I choć nikt nie powie, że to pójście na łatwiznę, obalanie tezy dotyczącej wytrzymałości papieru nie ma sensu: kartka, a właściwie kanwa komputerowego programu, przyjmie wszystko - plisy w losowo wybranym miejscu, marszczenia pod pachami, zamki w okolicach dekoltu, a wykonany zgodnie z zasadami kroju i szycia oraz prawami fizyki prototyp ubrania - niekoniecznie. Zadaniem technologa jest trzymanie galopującej kreatywności projektantów na wodzy i tłumaczenie, co i z jakiego materiału uszyć się da, a co nie.
Gabriela
starszy technolog

U nas trzeba być tak naprawdę i technologiem, i konstruktorem. Technolog zajmuje się specyfikacją rozmiarową, zadawaniem wymiarów, tworzeniem dokumentacji. Kompetencje typowego konstruktora to z kolei tworzenie szablonów. Mówiąc prościej: moje zadanie polega na tym, że na podstawie rysunku projektanta muszę stworzyć krój ubrania. To jest oczywiście bardzo trudna praca, ale jednocześnie niesamowicie ekscytująca, bo polegająca - dosłownie - na tworzeniu, na nadawaniu “życia” ubraniom. I kiedy widzę, że rzeczy “żyją” na ulicy, że ludzie w nich chodzą - jestem niesamowicie szczęśliwa. Tym bardziej, że znam ten proces, bądź co bądź, od podszewki: wiem, ile wysiłku, prób i błędów kosztuje stworzenie każdego z elementów, który wychodzi z naszej pracowni.

Wydawałoby się, że jednym z najważniejszych narzędzi pracy technologa są tabele rozmiarów i manekiny odzwierciedlające zadane proporcje. Sporym zdziwieniem jest więc obecność w pokoju pani, która na wizytówce w polu zawód może wpisać: “modelka techniczna”.
- Nasz modelowy rozmiar to 38. Takich ubrań sprzedaje się najwięcej i w takim powstają też nasze prototypy, ale ze znalezieniem modelek mamy, paradoksalnie spory problem - śmieje się Gabriela. Mimo, że na stronie LPP podane są pożądane wymiary, to kandydatki na to stanowisko bardzo często koncentrują się na słowie “modelka”, przymiotnik “techniczna” całkowicie ignorując. - Niektóre dziewczyny bywają zawiedzione, kiedy okazuje się, że to nie jest praca w błyskach fleszy i że nie mamy tu wybiegu - tłumaczy, dodając, że na ogłoszenia odpowiada sporo “typowych” modelek podczas gdy w pracowni technologa potrzebne są prawdziwe kobiety - takie, które w ubraniach z metkami marek LPP chodzą na co dzień i co więcej: czują styl danej marki. To własnie od ich uwag i spostrzeżeń zależy finalny kształt rzeczy, która trafi na wieszak. Dodatkowo, nauka zasad kroju i szycia "na własnej skórze" w wielu przypadkach okazuje się również świetnym punktem startowym do dalszej kariery w świecie projektowania mody.
Jeśli już przy prawdziwych kobietach jesteśmy, to aspekt na który każda z nich w kontekście mody zwraca uwagę, to metka a konkretnie trzy lub najlepiej dwie cyfry i następujące po nich litery PLN. Karkołomne zadanie spięcia wszystkich kosztów produkcji tak, aby efekt końcowy nie przyprawiał typowych kobiet i mężczyzn o debet, spada na kupca, w tym konkretnym przypadku na Magdalenę.
Moda przeanalizowana
- W mojej pracy trzeba mieć zdolności analityczne, to podstawa. Kupcami zostają głównie absolwenci ekonomii czy zarządzania. Kwestii technicznych dotyczących mody uczymy się w praktyce, - tłumaczy Magdalena, która od kilku lat odpowiada za to, aby ubrania marek LPP były szyte z jak najlepszych materiałów, w możliwie jak najlepszych cenach.
Magdalena
starszy kupiec mody

Kupiec mody zajmuje się wyszukiwaniem odpowiednich materiałów i fabryk. Negocjuje ceny i nadzoruje proces produkcji od samego początku, do złożenia gotowych rzeczy w naszych magazynach. Materiały sprowadzamy z Włoch, Hiszpanii, Francji, Niemiec, więc moją rolą jest też odwiedzanie dostawców, co wiąże się ze sporą liczbą wyjazdów. Podejrzewam, że jestem w podróży średnio trzy razy w miesiącu.

Jej praca może wydawać się niewdzięczna - znajduje się przecież między młotem projektanta, który wymarzy sobie, na przykład, jedwabie i pawie pióra, a kowadłem realiów rynku konsumenckiego. Magdalena zapewnia jednak, że jej współpracownicy, mimo że mentalnie bliżej im do artystycznych lekkoduchów niż ścisłych ekonomów, doskonale zdają sobie sprawę, dla kogo projektują. Ze swoją grupą docelową “spotykają się” praktycznie codziennie, bo każdy kupiec, grafik czy projektant regularnie dostaje informacje o sprzedaży ubrań, do których przyłożył “igłę”. Podgląd tego, jakie wzory, kolory czy projekty się sprzedają mają praktycznie na bieżąco.
Wiedząc, że projektowanie bluzki, spodni czy żakietu, to praca zespołowa, w której każdy członek teamu ma swoją działkę, praca często odbywa się na asapie, a wiele działań porządkują cyfry i targety do wyrobienia - skojarzenie z korporacyjnym ładem, znów powraca. W przeciwieństwie do “uzupełniaczy” tabelek, zapytani o satysfakcję z wykonywanej pracy, tutejsi projektanci, graficy, kupcy czy technolodzy, potwierdzą: nietrudno ją znaleźć - wystarczy wyjść z domu.
- Kiedy zobaczę na ulicy kogoś w naszym t-shircie, potrafię powiedzieć z jakiej jest kolekcji i, z dużym prawdopodobieństwem, kto go zaprojektował. Chyba że byłem wtedy chory i ten konkretny model mi umknął - śmieje się Krzysztof i dodaje, że pomimo długiego stażu, cieszy się za każdym razem, kiedy widzi kogoś na ulicy w ubraniu swojego projektu: - Jedna z przyjemniejszych to na przykład ta, kiedy spotykam kumpla z liceum, którego nie widziałem kilka lat i widzę, że jest ubrany w mój t-shirt. Kiedy pada sztandarowe: “I co ty teraz robisz?”, pokazuję palcem na jego koszulkę i mówię: “To”. Przyjemne uczucie.

Artykuł powstał we współpracy z LPP.

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...