Dlaczego milenialsi kochają, a jednocześnie nienawidzą aniołków Victoria’s Secret i pokazów amerykańskiej marki?

Zdjęcia z tegorocznego pokazu Victoria's Secret, który odbył się 20 listopada w Szanghaju Instagram / victoriassecret
– Dla faceta z mojego pokolenia to bardzo naturalne powtarzać kobietom, nawet tym małym, że są ładne. Beztrosko mówiłem Poli jaka z niej śliczna dziewczynka, a potem, kiedy mała miała już jakieś sześć lat, nagle doszło do mnie jaki fatalny to komunikat – pierwszy facet jakiego poznajesz w życiu zwraca uwagę przede wszystkim na to jak wyglądasz, tak jakby to było najważniejsze. Nie wydaje mi się, żeby ojcowie chłopców miewali analogiczne problemy – opowiadał mi niedawno z przerażeniem znajomy, zadeklarowany feminista.

Tak to już jest, że niezależnie od tego, jakie poglądy świadomie rozpoznajemy jako swoje, jesteśmy też nieodrodnymi dziećmi społeczeństwa, które nas ukształtowało. Ja, moje znajome czy pokolenie naszych matek w takim urodo-centrycznym, jeśli chodzi o kobiety, społeczeństwie wyrosłyśmy.



Kiedy byłam w przedszkolu jedynymi audycjami dla dorosłych, które oglądałam z zainteresowaniem były konkursy piękności. Wypowiedzi idealnie dopasowane do możliwości poznawczych 5-latki, panie do złudzenia przypominające ulubione lalki, i suknie księżniczek jak z klasycznych bajek Disneya. Nauczyło mnie to jednego – porównywania kobiecych ciał i twarzy, co wcześniej jakoś nie przyszło mi to do głowy. Pamiętam, że po pierwszej takiej transmisji poszłam do przedszkola i zaproponowałam zabawę w konkurs piękności.

I choć odrobinę wstyd mi dziś się do tego przyznawać bycie miss wydawało mi się wówczas całkiem sensownym zawodem. Na pewno lepszym niż bycie lekarzem – wiecznie suszące się fartuchy mojej mamy w paskudnych kolorach nie były nawet w połowie tak ciekawe, jak lśniące w świetle reflektorów suknie z cekinami. Do tego dużo roześmianych koleżanek chodzących w szpilkach i kolorowych kostiumach kąpielowych.

Z czasem to szlachetne zainteresowanie mi przeszło. Oglądanie kobiet „idealnych” to średnie hobby dla ciapowatych nastolatek ogolonych w porywie buntu na jeża własną ręką (liczyłam naiwnie na efekt w stylu Demi Moore w „G.I. Jane”).
Dzisiaj ta dziecięca fascynacja przypomina mi się raz w roku, przy okazji pokazów Victoria’s Secret. Szczerze powiedziawszy, uważam bieliznę marki (zarówno tę dostępną w sklepach, jak i pokazywaną na wybiegu) za dość szkaradną, a bez wkładu w postaci aniołków w zasadzie za średnio, w porównaniu do oferty innych sklepów z bielizną, ponętną (jak tu być ponętną we wściekle różowych bawełnianych figach w panterkę). Co nie powstrzymuje mnie bynajmniej przed oglądaniem kolejnych pokazów marki. Nie uważam wcale aniołków Victoria’s Secret za osobisty wzór kobiecego piękna, dużo bliżej mi do doceniania tyle wychudzonych, co tradycyjnie naburmuszonych modelek high fashion. Z tej prostej przyczyny, że wygląd tych dziewczyn zostawia pole dla wyobrażeń, opowiada jakąś historię.

Historia aniołków jest co roku taka sama i można by ją streścić jako „jestem amerykańską dziewczyną, radosną, wesołą i beztroską flirciarą”. Jeśli zaś chodzi o pole dla wyobrażeń, trudno uwierzyć mi, że dziewczyny Victoria’s Secret działają na wyobraźnię w sposób inny, niż erotyczny. Mimo to, na swój sposób uwielbiam te pokazy. Z jednej strony chodzi zapewne o to, że ludzie od zawsze kochali podziwiać idealne ludzkie ciała (choć oczywiście te ideały zmieniały się na przestrzeni wieków). Nie jestem pod tym względem wyjątkiem, a że wyrosłam w kulcie określonej estetyki, chcąc nie chcąc bardziej podobają mi się uda Lais Ribeiro, niż Leny Dunham (i to mimo bezbrzeżnej sympatii dla tej ostatniej). Nie zwykłam jednak google’ować zdjęć ulubionych modelek, żeby popatrzeć na piękno kobiecego ciała ,myślę więc, że ten uniwersalny zachwyt jest tu kwestią drugorzędną.

Dziewczyny biorące udział w pokazach Victoria's Secret są do pewnego stopnia modelem kobiecości, w który większość kobiet chociaż raz w życiu żałowała, że się nie wpisuje. I nie mam tu wcale na myśli ich nieosiągalnych dla lwiej części dziewczyn wymiarów, czy perfekcyjnie umięśnionych, sprężystych pośladków. Chodzi raczej o pewną postawę – roześmianej flirciary, puszczającej oczka i puszącej się w swojej lekko przerysowanej kobiecości. Aniołki to czysta beztroska, dorosłe kobiety udające rozchichotane nastolatki, które właśnie dostały pierwszy biustonosz i śpiewają w nim do dezodorantu w swojej sypialni.
Pokazy Victoria’s Secret i wybory miss łączy niewinne podejście do bycia kobietą rozumianego jako seria zachowań i atrybutów. To wdzięczne teatrzyki. Moje rówieśniczki, kobiety z pokolenia milenialsów są zazwyczaj świetnie wyedukowane feministycznie. Wiemy, jakie były założenia pierwszej, a jakie drugiej fali feminizmu, o gender słyszałyśmy na długo przed żenującą debatą publiczną zdradzającą problemy ludzi z wyższym wykształceniem ze zrozumieniem prostego terminu akademickiego. To wszystko stanowi rodzaj filtru, który stety-niestety prowadzi do tego, że bardzo trudno spojrzeć nam na kręcące biodrami i odziane w skrzydła z kryształków kobiety jak na niewinny spektakl. A myślę, że czasem trochę byśmy chciały.

Ambiwalencję w stosunku do marki Victoria’s Secret wśród osób przed trzydziestką nasila także sposób w jaki firma jest zarządzana. Najstarsi milenialsi być może pamiętają jeszcze szał na Abercrombie & Fitch – niegdyś najgorętszą metkę, dziś odrobinę zapomniany brand ze średnio ciekawymi ciuchami sport casual. Marka nie poszła z duchem czasu, więc w kilka sezonów zleciała do drugiej ligi. Victoria’s Secret mimo że bardzo pragnie być definicją współczesnego sex appealu, dla młodej klienteli jest wybitnie nie-sexy. A przynajmniej nie jako brand. Milenialsi są pokoleniem stojącym na straży politycznej poprawności, otwartym na inności, nadewszystko wierzącym w równość, a do tego pokoleniem, które stworzyło jeden z najgorętszych hasztagów ostatnich lat – #bodypositivity, zaczęło odczarowywać owłosienie na kobiecym ciele czy krew menstrualną.

Tymczasem aniołki wyglądają jak lalki z jednej serii – promują jeden typ urody, jeden typ kobiecości, jeden typ ekspresji mimicznej. Do tego pozwy o rasistowskie traktowanie klientów w amerykańskich butikach, czy były już aniołek – Erin Heatherton opowiadająca o tym, jak to „kochająca kobiece kształty” marka kazała jej znacznie schudnąć przed pokazami. W czasach, w których na okładkę magazynu takiego jak „Sports Illustrated” trafiają modelki plus size, Kim Kardashian rehabilituje pełne kształty, a nieretuszowane uda wspomnianej już Leny Dunham zostają opublikowane w jednym z najpopularniejszych magazynów o modzie, Victoria’s Secret wydaje się ryczącą pięćdziesiątką, której wydaje się, że jest nastolatką na czasie. I choć z przodu i z tyłu liceum, to w głowie jakby muzeum. I z tą niezbyt przyjemną świadomością, 29 listopada i tak pewnie obejrzę pokaz, który odbył się w Szanghaju kilka dni temu.


Bliss – część lifestyle'owa na:temat jest także na Instagramie, obserwuj nas (jeśli chcesz)
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...