Trzy powody dla których ludzie nie znoszą Mariny Łuczenko-Szczęsnej. Winne są portale plotkarskie czy sama celebrytka?

Twarz-wakacje-stylizacja, czyli triada, którą można znaleźć na większość kont na Instagramie. Instagram / marina_official
„Nie chcę żyć w cieniu, nie mam tego w swoim menu” – śpiewała Marina Łuczenko-Szczęsna w jednym ze swoich, nie tak znowu licznych, utworów. Co jak co, ale akurat wyjście z cienia udało się jej znakomicie. Z maturzystki, która w 2008 roku pojawiła się, nie do końca wiadomo skąd, w „Tańcu z gwiazdami”, poprzez rólkę w serialu „39 i pół” i niezbyt ciepło przyjętą debiutancką płytę, aż po małżeństwo z jednym z najlepiej zarabiających polskich piłkarzy – Wojciechem Szczęsnym. Tak w ogromnym skrócie wyglądają poczynania Mariny w polskim show biznesie.

Patrząc na to, co dzieje się każdorazowo pod artykułami na jej temat, nie trudno zauważyć, że 28-latka nie jest, delikatnie mówiąc, najbardziej lubianą polską gwiazdą. Pytaniem pozostaje dlaczego? Standardowe wyjaśnienie, którym posiłkują się celebryci i ich obrońcy, mówiące że „trzeba być miernotą, żeby nie być krytykowanym” odsuńmy na bok. To oczywiste, że każdy, kto robi cokolwiek publicznie wystawia się na krytykę. Podobnie jak to, że ta krytyka niezależnie od nakładu pracy, okoliczności i talentu zawsze w końcu się pojawi. Jednak jeśli większość komentarzy wyraża niechęć, zazwyczaj chodzi o coś więcej, niż o to, że sfrustrowani Polacy chcą komuś anonimowo dokopać po pracy.



Kolejnym często pojawiającym się w takich przypadkach argumentem jest rzekoma zazdrość ludu. Tyle że w mediach pełno jest pięknych-młodych-i-bogatych. Nie wszyscy zbierają takie cięgi, jak Marina. Ewa Chodakowska trafiła niedawno na listę 50 najbogatszych Polek magazynu „Forbes” z majątkiem szacowanym na bagatela 49 milionów złotych i nie obniżyło to szczególnie jej notowań. Z kolei Anna Lewandowska – inna prowadząca światowe życie WAG, może i jest czasem krytykowana za niezbyt przemyślane posty (polecanie śniadania za 40 zł czy sugerowanie, że dopiero kiedy się schudnie jest się „naprawdę sobą”), ale mimo to jest postacią całkiem lubianą.

Podeszłam do postaci Mariny bez większych uprzedzeń, a nawet z nutą sympatii. Wychodzę z założenia, że gwiazdki kolorowych magazynów są też trochę „do wyglądania”, a Marinie nie sposób odmówić urody. I to urody, która, jak to w przypadku wielu celebrytek bywa, nie jest dziełem chirurga, ale natury. Do tego całkiem podobają mi się jej nowe stylizacje, a jako nastolatka zachwycałam się musicalem „Romeo i Julia”, w którym Łuczenko-Szczęsna grała główną rolę. Słowem – kojarzyła mi się raczej na plus, niż na minus. No a potem trochę zwiedziłam internet za przewodnika mając hasło „Marina Łuczenko”.
Pierwsze, co rzuca się w oczy w przypadku Mariny to niemal zerowa odporność na krytykę. Kilka dni temu wokalistka gościła na kanapach Dzień Dobry TVN. Kiedy Piotr Kraśko zasugerował, że powodem dla którego ludzie za nią nie przepadają jest być może wrzucanie do sieci zdjęć, na których widać modne dodatki warte czasem kilka średnich krajowych, Marinie trudno było ukryć złość. Zmienił się jej ton głosu, tempo wypowiadanych słów, mimika. Marina nazwała wrzucane na publiczne konto na Instagramie zdjęcia „ prywatnymi sprawami”, po czym dodała „Nie wiem o co chodzi, tak się nosimy, każdy ma swój styl”, w tonie delikatnie mówiąc impertynenckim. To nie jedyna jej reakcja tego typu. Nieumiejętność wysłuchania przykrych słów to w mediach grzech ciężki. Odbiorcom kojarzy się z niedojrzałością, a w przypadku wypierania faktów także z samouwielbieniem. Tymczasem w przypadku Łuczenko to stała praktyka. Po premierze debiutanckiego albumu z niezbitą pewnością opowiadała, że jeśli płyta komuś się nie podoba znaczy to tylko, że jej nie słuchał, ponieważ wszyscy, którzy to zrobili tylko ją chwalą i to niezależnie od gustu.

Styl, którym wokalistka tłumaczyła Piotrowi Kraśko pozowanie z drogimi dodatkami, miała Marina i kilka lat temu. W wywiadzie dla portalu E-VIVE żaliła się, że nie może sobie pozwolić na wszystkie ubrania, a na dodatki od ukochanego projektanta, Alexandra Wanga musi oszczędzać. „Mam dwie torebki – poprzednia była w panterkę, nowa jest z konia” – plotła wesoło. W dalszej części rozmowy zdradziła, że podstawa to porządne jeansy – „Wiadomo Levis, mój ukochany, który od zawsze rządzi na mojej pupie, no i oczywiście dobra torebka i biżuteria, nie można oszczędzać na tym. To są takie aspekty, które są dla mnie ważne”. Widać w tych „aspektach” wiele się u Mariny nie zmieniło. Kolejnym tyle przerażającym, co zabawnym z perspektywy czasu szczegółem jest moment, w którym wokalistka poleca swój kanał na YouTubie – Marina Music Channel. Słowo „channel” czyta zaś jak nazwę znanej marki luksusowej…

Słuchając czy czytając jej wywiady trudno oprzeć się wrażeniu, że Marina non stop mówi to samo. Zero tematów kontrowersyjnych, podobnie jak zero tematów ważnych czy poważnych. Podkreślanie własnego talentu muzycznego, czy, jak określiła to ostatnio w wywiadzie dla „Vivy” – „daru”. Deklaracje miłości do muzyki, delikatnie mówiąc średnio poparte czynami: 2 albumy wydane przez 9 lat medialnej obecności, przebojów brak. Jej rekord to teledysk sprzed 6 lat z 2,6 milionami na YouTubie – dla porównania o dwa lata młodsza Margret będąca w show businessie od 5 lat bije ten wyniki niemal każdą wypuszczoną piosenką. Na tym tle wyznania Mariny z 2010 roku, że dla muzyki poświęciła rzekomo naukę (przerwała ją po maturze) brzmią kuriozalnie. Co zaś do samej muzyki, cóż…trudno zliczyć ile jest uzdolnionych muzycznie wokalistek, którym z różnych powodów nie udaje się zrobić kariery. Wszystko wskazuje na to, że do tej grupy zalicza się także Marina.

Jeśli w wywiadach non stop opowiadasz o sobie i nie dzielisz się żadnymi przemyśleniami, odbiorcy mogą w końcu zacząć przypuszczać, że nie masz (niespodzianka!) nic do powiedzenia oraz (niespodzianka vol.2) – że jesteś chorobliwie skupiona na sobie. No, chyba, że za przemyślenia uznamy opisy zdjęć na Instagramie „Kochani jak wiecie interesuję się trochę makijażem, a mój ulubiony to "make-up no make-up". A do tego typu make-up'u potrzebujemy zdrowej, gładkiej, świetlistej skóry dlatego odpowiednia pielęgnacja jest bardzo ważna” – to i tak jeden z dłuższych opisów Mariny (pisownia oryginalna).
Dodajmy do tego zdjęcia z których ponad połowa to fotki z egzotycznych wakacji, zdjęcia luksusowych stylizacji lub selfie. W zeszłym tygodniu portal Pudelek.pl opublikował pismo od prawników Łuczenko-Szczęsnej, w którym znalazł się fragment: „(…)Jest ukazywana jako osoba pusta, wyniosła, która cały wolny czas spędza na wydawaniu pieniędzy męża, promowaniu swojej osoby i kosztownych podróżach.”

Szczerze? To nie portale plotkarskie kreują taki wizerunek Mariny, ale ona sama. Być może TAK NAPRAWDĘ jest osobą ciepłą, inteligentną, pracowitą i utalentowaną, ale jakimś trafem żadne z wysyłanych przez nią komunikatów na to za szczególnie nie wskazują. Z całą pewnością przydałby się jej dobry specjalista od wizerunku, bo niestety cytaty z Pudelka nie tyle kreują na nią nagonkę, co opisują w złośliwy sposób to, co wokalistka pokazuje publicznie – „Drugoligowa celebrytka, która od lat krążyła po polskim show biznesie w nadziei na wypromowanie się, od tego momentu (ślubu ze Szczęsnym – red.) nie musi już nawet udawać, że ma jakieś większe ambicje poza drogimi zakupami i podróżami.”

W obecnym wydaniu magazynu „Viva” można przeczytać kolejny wywiad z Mariną. Zdjęcie celebrytki zdobi też okładkę. Kiedy Karolina Korwin-Piotrowska zapytała za pośrednictwem swoich mediów społecznościowych w czym gorsi od Mariny są Jakub Gierszał, Borys Szyc czy Joanna Kos-Krauze i nazwała ją „żoną piłkarza” oraz „piosenkarką bez przeboju” w jej obronie stanął Wojciech Szczęsny. Piłkarz napisał: „A ja się zastanawiam dlaczego na okładce nie ma Pani Piotrowskiej. Kompletna dyskryminacja ludzi z podwójnymi podbródkami. Jeśli tak bardzo Pani pragnie to chętnie Diora podeślę. Rozmiar 52?” Czego jak czego, ale szczodrej ręki nie można Wojtkowi odmówić. Tyle Diorów kobietom kupować.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...