Też oglądałeś ten sam film kilka czy nawet kilkanaście razy? Wiemy dlaczego wracamy do tych samych tytułów

Brad Pitt w filmie „Fight Club” ( 1999) kadr z filmu
Robimy to wszyscy. Bywa, że czujemy coś na kształt wyrzutów sumienia. Przecież moglibyśmy w tym czasie obejrzeć wreszcie klasyk klasyków, którego nieznajomości się wstydzimy, albo serial, polecany już przez czwartego znajomego. Po świetnie znane tytuły sięgamy nie tylko dlatego, że je „po prostu” lubimy.

Zaczynamy fiksować się na punkcie jednej bajki już jako kilkuletnie dzieci. Niemal ćwierć wieku temu tę rolę spełniała „Pocahontas” (na VHS), dzisiejsze 5-latki oglądają z uporem maniaka „Krainę lodu”. Podobnie zresztą rzecz ma się z książkami. Z czasem tytuły do których wracamy odrobinę się dywersyfikują. Oczywiste powody „rekonsumpcji” filmów to m.in. sezonowość (ulubiona komedia romantyczna na Walentynki, „Kevin sam w domu” / „Love actually” na Gwiazdkę) czy przypadek. Ot, lubiany film leci w telewizji i traktujemy go jako przyjemniejsze tło do prasowania, niż teleturnieje z rodzaju „rozbij czołem 10 jajek w minutę”. Do tego dochodzi jeszcze odrobinę bardziej skomplikowany walor towarzysko-relacyjny.



Niektóre filmy oglądamy po raz drugi, żeby skłonić do ich obejrzenia znajomego z którym spędzamy akurat czas, czy krnąbrną drugą połówkę rozmiłowaną w kryminalnych zagadkach i krwawych strzelankach. Oglądanie filmów, które się już widziało z bliskimi ludźmi, to rodzaj przyjemności w której jak w lustrze odbija się nasz stadny charakter. Któż z nas nie odczuwał zadowolenia widząc, że osoba, której pokazujmy film śmieje się, wzrusza czy boi. Działa to też w drugą stronę – jeśli z dalszym znajomym, lub z nową randką idziemy na film, na którym się wzruszamy czy boimy, najczęściej nie czujemy się z tym komfortowo.
Z badań opublikowanych w „Journal of Consumer Research” („Magazyn badań konsumenckich”) wynika, że powroty do tych samych filmów (ale i książek) motywuje też kilka innych, nieco mniej oczywistych czynników. Cristel Antonia Russell i Sidney J. Levy z Uniwersytetu Stanu Arizona przeprowadzili serię pogłębionych wywiadów z osobami, którym zdarzyło się sięgać w samotności po filmy, seriale lub książki, które dobrze pamiętały.

Okazało się, że doskonale znane fabuły miały za zadanie stymulować emocjonalnie, nie inaczej, niż np. wypijany w samotności alkohol. Tak jak sięgamy po drinka, żeby zrelaksować się czy wyluzować po ciężkim dniu, tak używamy filmów żeby stymulować się emocjonalnie. Mają poprawić humor, bawić lub wręcz przeciwnie – doprowadzić do łez, ale tym samym rozładować napięcie. Oglądanie nowego filmu, nawet określonego gatunkowo, nie daje nam gwarancji stymulacji w pożądanym kierunku.

Kolejnym nieoczywistym powodem ciągłego wracania do tytułów, które znamy jest potrzeba retrospekcji. Rzadko sięgamy w samotności po tytuły, które widzieliśmy dwa tygodnie czy nawet pół roku wcześniej. Są to raczej filmy związane w jakiś sposób z naszą przeszłością. Powracanie do nich z jednej strony pozwala na przypomnienie sobie jakiegoś momentu – czasem ściśle określonego, jak zerwanie z chłopakiem, innym razem po prostu czasów liceum czy studiów. Oglądanie filmu we wspomnieniowy sposób łączy się, zdaniem badaczy, z analityczną introspekcją, a także służy logicznemu połączeniu przeszłości z teraźniejszością.

Jeśli „Miasto aniołów” z Nicolasem Cage’m i Meg Ryan było dla 16-latki, która ma dziś lat 30 definicją miłości, oglądając film po latach taka kobieta może poniekąd prześledzić swoje dojrzewanie emocjonalne. To, że byliśmy młodzi i naiwni z jednaj strony nastraja nostalgicznie, z drugiej zaś napawa dumą. Z oglądaniem filmów, które świetnie znamy, jest trochę tak (uderzając w górnolotne porównania), jak z rzeką Heraklita. Filmy niby ten sam, ale widz już inny.


PRZECZYTAJ TEŻ: Nie umiesz zliczyć ile razy widziałaś „Dirty Dancing”, a ile „Amelię”? Typujemy co oglądane w kółko filmy mówią o tobie

Jesteśmy też na Instagramie!
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...