10 rzeczy, których dowiedziałam się w 2017. Zadziwiły, ułatwiły życie, albo nie przydały się zupełnie do niczego

Po skończeniu oficjalnej edukacji nowe informacje zdobywamy najczęściej w sposób mniej usystematyzowany. 123rf zdjęcie seryjne / Kitz Corner
Rok w rok lwia część z nas zasiada na lekkim, posylwestrowym kacu z kartką papieru i snuje fantasmagorie na przyszły rok. Podłoga połyskuje lepiąco, a piętrzące się w szklankach pety, podobnie jak odbicie w lustrze, nie wyglądają apetycznie. No ale przecież ten kolejny z rzędu nienajlepszy rok należało zakończyć po tzw. warunach. Oczywiście warunach roku, bo my dopiero mamy pokazać na co takiego nas stać.

Chcemy być przeważnie zdrowsi (Ścieżka zdrowia! Morsowanie w Jeziorku Czerniakowskim!), a przy okazji nieco szczuplejsi i młodsi (efekt uboczny tego całego zdrowia). Do tego przydałaby się jakaś lepsza fryzura, fajne wakacje i naprawa cieknącego od 2 lat kranu. A że mamy gest, zwłaszcza nad kartką papieru, dopisujemy drobnym druczkiem „zacząć segregować śmieci” albo „zapoznać się z sąsiadami”. Nie trzeba być adeptem psychologii, żeby wiedzieć, że jeśli chce się coś zmienić, nie trzeba zaczynać od nowego roku, od początku miesiąca, ani nawet od poniedziałku. Co nie zmienia faktu, że lepszy jest miesiąc diety wegetariańskiej czy dwa chodzenia na siłkę niż takich miesięcy zero.



Jeśli chodzi o podsumowania, jesteśmy znacznie gorsi, niż kiedy trzeba sobie coś zwizualizować. Jednak niezależnie od tego, czy rok 2017 przyniósł nam śmierć kota i 4 dodatkowe kilogramy, czy upłynął pod znakiem brokatowej pozłoty i szampana, są takie rzeczy, których się dowiedzieliśmy. Nic nie zdoła już zatrzymać lawiny wywołanej poznaniem przez nas właściwości żyworódki i gatunku zwanego Wodoryjek wytworny (tak, jest coś takiego).

Treści lifestyle’owe mają to do siebie, że pisanie ich obfituje w zdobywanie wiedzy całkiem praktycznej, lub wręcz przeciwnie – zupełnie bezużytecznej. W tym roku w pracy dowiedziałam się między innymi, że istnieje coś takiego jak kuchnia makrobiotyczna, że Loda Halama była jedną z najciekawszych, choć zupełnie zapomnianych postaci 20-lecia międzywojennego, a także, że w Wólce Kosowskiej można zjeść najlepsze wietnamskie jedzenie w mieście, a do demakijażu lepiej niż wacik nadaje się mały kompres. Poniżej odrobinę rozbudowana lista nowości, którymi wypychałam sobie głowę w mijającym roku.

1) Poświatowska i Sylwia Plath studiowały na tej samej uczelni

Mimo że Halina Poświatowska nie znała zupełnie angielskiego, jej podanie na prestiżową uczelnię Smith’s College, którą kilka lat wcześniej kończyła Sylwia Plath, zostało rozpatrzone pozytywnie. Wakacje przed rozpoczęciem nauki spędziła Poświatowska u zaprzyjaźnionej polskiej rodziny w Nowym Jorku, gdzie umawiała się z autorem skandalizującej powieści „Malowany Ptak” – Jerzym Kosińskim.

Być może ciekawostka to średnio porywająca. Jednak jeśli przez lata uczy się tego i owego o Plath i tego i owego o Poświatowskiej, mając w dodatku w głowie entourage obu postaci różny o 180 stopni – z jednej strony Gwyneth Paltrow w sukienkach z lat 50. i zadymionych pomieszczeniach, z drugiej szara, powojenna Polska i obłożna choroba Poświatowskiej, fakt, że obie kobiety dzieliło czasowo i odległościowo naprawdę niewiele, eksploduje w głowie z głośnym pyknięciem „woooow”. Historię Haliny Poświatowskiej przeczytacie tutaj.

2) Lygrys i tyglew

Czyli niezłe genetyczne szaleństwo. Lygrys to krzyżówka samicy tygrysa i samca lwa, natomiast tyglew – lwicy i tygrysa. Jakkolwiek tyglew nie będzie wyglądał dla laika dziwnie, lygrys robi wrażenie. Przede wszystkim ze względu na olbrzymie rozmiary, przekraczające wagę i wzrost, który mogą osiągnąć rodzice. Samce lygrysów i tyglewów są bezpłodne, za to samice mogą mieć potomstwo, co wprowadza kolejną modyfikację rasy (znany jest przypadek samicy Noelle, która urodziła „ti-tyglewa”).

Kolejna idiotyczna ciekawostka o lygrysach i tyglewach jest taka, że lygrysy (te wielkie) kochają pływać. Do tego rodzaju krzyżówek ma szanse dojść jedynie w niewoli, bowiem w środowisku naturalnym tygrys i lew, nawet jeśli spotkanie będzie możliwe geograficznie, będą walczyć o terytorium. Pierwsze okazy powstały, mówiąc eufemistycznie, z „niedopilnowania” zwierząt przez pracowników ogrodów zoologicznych, które w XIX wieku masowo postawały w europejskich miastach.

3) Jak złapać dobry kontakt z ludźmi widzianymi pierwszy raz w życiu na oczy?

Z badań przedstawionych szczegółowo w książce „Efekt kameleona” autorstwa Wojciecha Kuleszy z SWPS, wynika między innymi, że najczęściej naśladujemy osoby, które są atrakcyjne fizycznie, cieszą się wysokim statusem społecznym, ale także takich, których odbieramy jako przedstawicieli tej samej, co my, grupy. Co najciekawsze, robimy to zupełnie nieświadomie. Takie zachowanie sprawia, że jesteśmy lepiej odbierani przez naśladowaną osobę, która w efekcie sama może zacząć imitować nas, pieczętując tym samym wzajemną sympatię i wrażenie, że oto poznaliśmy kogoś, z kim świetnie się dogadujemy.

Tyle mówi teoria. „Efekt kameleona” przeczytałam jakoś w lutym na potrzeby jednego z tekstów, z ciekawości zaczęłam wcielać drobne naśladownictwa w życie. Muszę porozmawiać o edukacji seksualnej z osobą, którą widzę po raz pierwszy w życiu? Siadam przy stoliku w identyczny sposób, co ona. Jeśli ona poprawia włosy i ścisza głos – robię to samo. Kontakt wydaje się płynniejszy, więzi zadzierzgnięte jakby szybciej. Być może to tylko rodzaj efektu placebo, ale po przeczytaniu ponad 300 stron, na których omawiano badania, pocieszam się, że oto stosuję nowinki naukowe do usprawnienia funkcjonowania w świecie.

4) Najtańszy podkład najlepszej jakości

Przez ostatnie dwa lata zdążyłam zrobić kilkanaście przeglądów kosmetyków. A czego nie przejrzałam, pieczołowicie wklepywałam i wcierałam offline. W ten oto sposób odkryłam podkład Catrice HD Liquid Coverage, cudo z Hebe za około 30 zł, które z powodzeniem zastępuje używany przeze mnie bez mała od 4 lat Double Wear Estee Lauder (Kosmetyk jakieś 5 do 7 razy droższy). Cenowo-jakościowy hit dla kobiet, które nie lubią skóry „naturalnie świetlistej”, ale mocny mat i solidne krycie.

5) Dlaczego matki wiążą na nadgarstkach noworodków czerwone wstążeczki?

Dziwożona, kojarzona z tytułem wiersza Leśmiana, a przez wnikliwych czytelników „Harry’ego Pottera” także z tłumaczenia Polkowskiego, to demon, którego działaniem tłumaczono narodziny dzieci niepełnosprawnych czy dysmorficznych. Dziwożony miały być kobietami zmarłymi w trakcie ciąży albo w połogu, które po śmierci zamieszkiwały brzegi jezior.

W nocy podkradały się do domów i podmieniały dopiero co narodzone dzieci na swoje szkaradne potomstwo. Żeby odzyskać zdrowe niemowlę należało porzucić w lesie zostawionego przez demona odmieńca. Jego płacz miał obudzić w Dziwożonie matczyne uczucia i sprawić, że zaczynała uspokajać szkaradnego potomka, a na jego miejscu zostawiała porwane dziecko. Jeśli podobnie jak ja, dziwiliście się kiedyś czerwonym tasiemkom na przegubach noworodków, to pokłosie ludowych wierzeń w Dziwożonę, które przetrwały do naszych czasów jako nieokreślony lęk przed urokiem.

6) Kły nie świadczą o tym, że jesteśmy mięsożerni, ale o zamiłowaniu do monogamii

Jeśli znacie jakichś prawdziwych mężczyzn, którzy za punkt honoru stawiają sobie dietę opartą na schabowych i kiełbasach, z pewnością spotkaliście się z „naukową” próbą dowiedzenia, że mięso jest człowiekowi do życia i szczęścia niezbędne wcale nie mniej, niż woda czy powietrze. Koronnym argumentem są kły. A raczej fakt, że każdy z nas posiada zęby tego typu w uzębieniu, co ma „na logikę” świadczyć o tym, że jesteśmy gatunkiem mięsożernym.

Tymczasem ten typ zębów jest charakterystyczny dla większości ssaków, mają go między innymi konie. Kły służyły człekokształtnym raczej do walki między sobą o partnerki, niż do rozszarpywania mięsa. Rozmiary zębów przy pomocy których nasi przodkowie warczeli na wrogów zmniejszyło dopiero wynalezienie broni (trwało to jedyne 6 tysięcy lat). W tym świetle można powiedzieć, że pozostałość kłów znamionuje nie tyle mięsożerne skłonności, co zamiłowanie do monogamii.

7) Logo firmy sportowej Jordan to w istocie zdjęcie z 1984

Kojarzycie buty do kosza z symbolem skaczącego koszykarza? To tzw. Jordany Air, submarka Nike’a. Jakiś czas temu, ale pamiętam, że było to w tym roku oglądałam na stronie magazynu „The Time” galerię 100 zdjęć, które w sposób szczególny zapisały się w historii. I jakkolwiek obrazy wielkich konfliktów zbrojnych widziałam już wcześniej, o istnieniu tego zdjęcia nie miałam pojęcia.

Fotografia przedstawiająca Michaela Jordana została zrobione przez Jacobusa Co Reentmestera na zlecenia magazynu „Life”. Być może nie przeszłoby do historii i zostało sklasyfikowane po prostu jako przyzwoite zdjęcie sportowe, gdyby nie pewien znak graficzny. Krótko po publikacji, Nike szukając inspiracji do stworzenia logo dla nowego subbrandu kupiła od fotografa prawa do czasowego użycia zdjęcia za 150 dolarów. Nie trzeba być wybitnym wzrokowcem, żeby zauważyć podobieństwo do logo Air Jordan. Marki, która w 2014 roku przyniosła bagatela 3,2 miliarda dolarów.

8) Magiczne ziółka na włosy

Wczesną wiosną pisałam tekst o ziołolecznictwie – o tym, jak działają poszczególne napary, ale też o tym, że można sobie nieodpowiedzialnym podejściem do ziół zaszkodzić. Przy okazji odwiedziłam sklep zielarski, gdzie ekspedientka bardzo chciała dobrać mi mieszankę, która wzbudziłaby we mnie jakieś emocje (trudno, żeby ekscytowały mnie ziółka na hemoroidy i chorobę wieńcową). W końcu zaproponowała mieszankę pokrzywowo-skrzypową, czyli napar stosowany przez nasze babcie na mocne i błyszczące włosy. Można kupić po prostu opakowanie skrzypu i opakowanie pokrzywy, parzyć w oddzielnych kubkach, łączyć i wypijać (kubek codziennie, z dłuższą przerwą po dwóch miesiącach). Już po pierwszych dwóch miesiącach okazało się, że włosy mam rzeczywiście w o wiele lepszym stanie. Być może trycholog zaśmiałby mi się w nos na te babcine sposoby, jednak póki działa, zdaję się na magiczne moce ziela.

9) Płatki śniadaniowe zaczęto jeść na śniadanie, żeby walczyć z masturbacją

Will Keith Kellogg, amerykański lekarz, który został potentatem płatków śniadaniowych, był też zagorzałym piewcą diety bezmięsnej. Powodem nie była jednak miłość do zwierząt, ale pragnienie wstrzemięźliwości seksualnej. Zdaniem Kellogga zamiana ciężkich, amerykańskich śniadań na płatki zbożowe z chłodnym mlekiem miała hamować popęd seksualny, a przede wszystkim chronić przed niebezpieczeństwami masturbacji. A ta przez lata uznawana była za nawyk niebezpieczny dla zdrowia, a nawet życia.

10) David Bowie był (naprawdę) dobrym aktorem

Bauhaus to, oprócz stylu w architekturze, taki brytyjski zespół grający na przełomie lat 70. i 80. Trochę brzmią jak glam rock, trochę jak melancholijny punk, chociaż najbliższym, jak i najprymitywniejszym skojarzeniem będzie tu chyba porównanie do Joy Division. Kilka miesięcy temu chciałam coś zmienić w playliście. Weszłam na YouTube, a tam do piosenki „All I ever wanted was everything” przewija się kompilacja scen z Davidem Bowie’m, które ewidentnie nie pochodziły z żadnego dokumentu o muzyku. Opis głosił, że to fragmenty z filmu „Man who Fell to Earth” z 1976, w którym główną rolę gra Bowie. I to rolę nie byle jaką. Po obejrzeniu tego filmu porwałam się także na „Zagadkę nieśmiertelności” (Bowie w parze z Catherine Denevue), a także „Ostatnie kuszenie Chrystusa” (Bowie jako Poncjusz Piłat). Żeby docenić kunszt Davida Bowiego jako aktora, nie trzeba być nawet jego psychofanką.

11) Dowiedziałam się jak bardzo ludzie nie kumają co to ten lifestyle

Kilka tygodni temu napisałam tekst o tym, że faceci, którzy mimo 30-tki na karku trzymają się dzielnie swojej ulubionej koszulki z czasów liceum, kojarzą się kobietom z niedojrzałością. Napisałabym, że był to tekst pół-żartem-pół-serio, ale to nawet nie jest prawda, bo był to po prostu tekst LIFESTYLE’OWY.

W Polsce z kategorią lifestyle wciąż kojarzą się przede wszystkim przepisy na kruche ciasteczka, domowe sposoby na rozstępy i rubryka plotkarska, czyli coś, co podchodzi pod kategorię już nawet nie lifestyle’u, a dziennikarstwa showbiznesowego. Lifestyle to w powszechnym ujęciu takie tam dyrdymały dla bab. Oprócz pogłębionych, merytorycznych porad na tematy, które dotyczą większości z nas (dobry przykład choćby tutaj) to przede wszystkim ukontekstowiona rozrywka. Nie czyta się tekstu „9 zachowań, których nienawidzą kelnerzy" albo „5 sygnałów, że jesteś zgrzybiałym dziadem i to niezależnie od metryki”, żeby poznać prawdy objawione. Czytelników Guardiana, The Independent czy The Washington Post, gdzie prężnie funkcjonują działy lifestyle’owe, nie szokuje fakt, że obszerny artykuł zostaje zatytułowany „Obawiałam się, że na randkę założy koszulę w kratkę”.

Lifestyle nie chce zbawiać świata, nie traktuje go nawet do końca poważnie. Ot, bierze wycinek rzeczywistości, który dla dobra ludzkości i przyszłych pokoleń nie ma żadnego znaczenia, obraca go na różne strony i zastanawia się, co on może sugerować. Nie ma tu najczęściej naukowych podstaw, nie ma badań, jest zabawa koncepcją. Im całość mocniej osadzona w popkulturze i popsychologii, tym lepiej dla tekstu.

12) Hentai i cuckold

Kiedy pisałam tekst oparty na danych statystycznych opublikowanych przez PornHuba z okazji 10-lecia funkcjonowania serwisu trochę namęczyłam się nad niektórymi terminami. Jako laiczce w dziedzinie pornografii wydawały mi się początkowo niedostatkami w znajomości angielskiego. Dziś natomiast, bogatsza w tę wiedzę, mogę zabawiać zgromadzonych na rautach i balach maskowych opowieściami o kategoriach w pornosach. „Czy słyszeli Państwo może o cuckold? Ach, wielka szkoda! To rodzaj pornografii, w którym żona poniża męża uprawiając seks z innym mężczyzną na jego oczach. A może wobec tego nieobcy jest Państwu koncept hentai? Ten szacowny gatunek to animowana pornografia w stylu japońskim! Często z udziałem dziewcząt w mundurkach i dostępna w odcinkach.” Wrażenie gwarantowane.

Wszystkiego dobrego w 2018 roku!
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...