Węgierski film z nominacją do Oscara. "Dusza i ciało" zachwyca, ale i zaskakuje, zwłaszcza doborem miejsca akcji

"Dusza i ciało" to romans, ale zdecydowanie niekonwencjonalny
"Dusza i ciało" to romans, ale zdecydowanie niekonwencjonalny Fot. materiały prasowe
Gdyby nagle, jakimś niespodziewanym zrządzeniem losu, z powierzchni bibliotek zniknęły wszystkie harlequiny, w których pojawia się motyw “wyśnionej miłości”, wolne do zagospodarowania półki możnaby liczyć w kilometrach. Wydawać by się więc mogło, że temat rozwałkowany na miliony kawałeczków, nie ma prawa stać się podstawą intrygującego scenariusza. A jednak, nuta węgierskiej melancholii, szczypta brutalnego realizmu okraszonego subtelną dawką odpowiednio dopracowanego humoru czynią cuda. Szczególnie kiedy miłość śnią wspólnie pracownicy rzeźni.

Reżyserka “Duszy i ciała”, Ildiko Enyedi za kamerę powróciła po 18 latach i lepszego comebacku nie mogłaby sobie wyśnić. Podobnie jak przed laty “Mój wiek XX” (w którym główną rolę zagrała Dorota Segda), tak dzisiaj “Dusza i ciało” zdobyło serca festiwalowych jurorów w Europie. Cztery nagrody na Festiwalu w Berlinie, w tym Złoty Niedźwiedź i nagroda FRIPESCI, cztery nominacje do Europejskich Nagród Filmowych i statuetka dla najlepszej aktorki - Alexandry Borbély, oraz nominacja do Oscara w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego nie pozostawiają wątpliwości, że przez niemal dwie dekady Enyedi nie próżnowała.
Troskliwe podejście do produkcji widać w każdym dopracowanym ujęciu, w braku przypadkowych postaci, w lakonicznych, ale trafiających w punkt dialogach, w spójnym scenariuszu, którego Węgierka jest jednocześnie autorką.

“Dusza i ciało” to historia o miłości, jaka powoli, nieoczekiwanie i zdecydowanie niekonwencjonalnie rozwija się pomiędzy dwójką pracowników rzeźni - technolożką Marią i dyrektorem Endrem.
Grana przez Alexandrę Borbély, Mária, to postać na pierwszy rzut oka eteryczna i delikatna, idealna kandydatka na węgierską Amelię - zwłaszcza dla tych, którzy na seans wybiorą się oglądając uprzednio trailer filmu. Nie można nie zauważyć podobnie zdziwionego spojrzenia padającego z wielkich, zielonych oczu. Podobnie znajoma wydaje się scena, w której przez powoli zaciskające się palce przepływa ziemniaczana maź. Czyżby Maria, podobnie jak Amelia, starała się czerpać radość z małych, romantycznie niecodziennych przyjemności? Już pierwsze sceny filmu z jej udziałem skutecznie te podejrzenia rozwiewają.
Węgry to nie Francja, sterylna zakładowa stołówka to nie przytulna kafejka, a na twarzy Marie, w przeciwieństwie do Amelii, próżno szukać słodkich, wywołanych uśmiechem dołeczków. Tak naprawdę na twarzy Marie próżno szukać uśmiechu w ogóle. Sztywna postawa, lakoniczne zdania wypowiadane z jednostajną pewnością, chorobliwe wręcz przestrzeganie narzuconych odgórnie reguł - to, wraz z pewnymi cechami fizycznego podobieństwa sprawia, że pierwowzoru Marii zaczynamy szukać bardziej na północy - w skandynawskiej bohaterce serialu “Most nad Sundem”. Saga Noren ma w sobie podobnie autystyczny pierwiastek, ale w przeciwieństwie do węgierskiej technolog żywności, znalezienie osoby, dla której warto zburzyć swoją uczuciową barykadę zajmuje jej znacznie więcej czasu.

Maria ma łatwiej - miłość znajduje ją sama. Problem w tym, że uczuciowe zawiłości, w normalnym trybie i tak dostatecznie skomplikowane, tutaj ukryte są nie tylko pod warstwą społecznych konwenansów, ale dodatkowo przesłonięte oniryczną kurtyną. Mówiąc prościej: spotkania Marii z kochankiem mają miejsce w ich śnie.
Osobą, która dzieli z Marią senną przestrzeń jest Endre. To właśnie cichy i opanowany dyrektor rzeźni jako pierwszy dostrzega Marię podczas jej pierwszego dnia w pracy. Niezrażony przestrogami zaprzyjaźnionego HR-wca, który mając już za sobą pierwsza interakcję z Marią, kategoryzuje ją jednoznacznie jako “zołzę”, Endre przysiada się do jej stolika. Maria, przytłoczona emocjonalnym ciężarem poruszania się w konwencji small-talku, całą interakcję traktuje z właściwą sobie dosłownością. Kiedy Endre pyta, czy Maria domyśla się, dlaczego zawsze kiedy w menu pojawia się potrawka z dyni wybiera właśnie to danie, kobieta stwierdza: - Ma pan sparaliżowaną rękę. Miękkie potrawy łatwiej się je.


Celne, brutalne, komiczne. W tym krótkim dialogu zawiera się właściwie istota uczucia, które rodzi się pomiędzy Marią, a Endrem. Każde z nich jest na swój sposób nieprzystosowane do konfrontacji z miłością: Marię blokują neurozy i lęki, Endrego - maskowane spokojem kompleksy.
Nawiązania więzi pomiędzy dwójką głównych bohaterów nie ułatwia nieprzyjazne otoczenie. Wybór ubojni na miejsce akcji jest krokiem o tyle ryzykownym, co przemyślanym. I choć w filmie pojawiają się sceny, które niektórych wegetarian wprawią pewnie w zakłopotanie, zabieg ten pozwala odciąć się od ckliwej bajkowości, w którą w innym wypadku mogłaby zmierzać akcja.

Należy tu podkreślić, że Enyedi nie epatuje brutalnością, jej zamiarem nie jest również wywołanie w widzach uczucia odrazy - raczej niepokoju i niepewności. W wykafelkowanych wnętrzach nie uświadczymy agresywnego migania świetlówek, a spokojny, leniwy wręcz montaż zastępuje zwyczajową w podobnych okolicznościach, serię krótkich gwałtownych ujęć. Ten zabieg stanowi ważny przypis do całej historii. Bo jeśli da się pięknie sportretować rzeźnię, to spotykać w snach z ukochanym - tym bardziej.

Artykuł powstał we współpracy z Aurora Films.

Trwa ładowanie komentarzy...