Choruje prawie milion Polaków, ale mylimy ją z depresją. W tej chorobie najgorsza jest emocjonalna "góra"

Choć choroba dwubiegunowa dotyka wielu Polaków, wciąż ciężko ją zdiagnozować
Choć choroba dwubiegunowa dotyka wielu Polaków, wciąż ciężko ją zdiagnozować Fot. Pixabay
Wyobraź sobie, że jednego dnia możesz wszystko. A teraz pomyśl, że dzień, tydzień lub miesiąc później jesteś na samym dnie, pozbawiony energii i chęci to życia. Z takimi wahaniami zmagają się osoby z zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym, które w Polsce wciąż jest tematem tabu.

Z Piotrem Buckim, autorem książki "Złap równowagę" spotykam się w dość symbolicznym dniu, bo w Międzynarodowym Dniu Walki z Depresją. Bucki sam przez wiele lat zmagał się z zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym. Gdy udało mu się osiągnąć równowagę, postanowił podzielić się swoimi doświadczeniami ze światem. Tak powstała książka "Złap równowagę", do której stworzenie Bucki zaprosił również psychiatrę Wojciecha Pączka, który jest naukowym głosem publikacji. To pierwsza tego typu książka na polskim rynku, która może pomóc nie tylko chorym, ale również ich bliskim, którym często ciężko zrozumieć przebieg zaburzenia.
Zanim dowiedział się Pan o zaburzeniu afektywnym dwubiegunowym, wiele lat leczył się Pan na depresję. Jak to się stało?

Choroba afektywna dwubiegunowa składa się z dwóch epizodów – hipermanii oraz depresjii Ze względu na różny przebieg nie jest łatwa do zdiagnozowania. Wiele osób, tak jak ja, z początku nie zwraca uwagi na okresy manii, ale zaczyna niepokoić się, gdy dochodzi do epizodu depresyjnego. W długotrwałych okresach bardzo obniżonego nastroju zgłaszałem się do lekarza psychiatry, u którego dostawałem leki na depresję.

Leki szybko wyprowadzały mnie na górę, dość niebezpieczną, choć z początku nie zdawałem sobie z tego sprawy. Czasem wręcz mi pasowała, byłem wtedy produktywny, bardzo szybko myślałem, byłem kreatywny i podejmowałem dużo ryzykownych zachowań, które wówczas w pewnym stopniu mi się opłacały. Nie znaczy to jednak, że stan był korzystny – tak naprawdę był wręcz niebezpieczny. Właśnie podczas takiej "góry" miałem dosyć ciężki wypadek samochodowy. Ta "góra" powodowała również rozpad relacji z bliskimi i z przyjaciółmi. W hipermanii postrzegamy siebie przez pryzmat niemal nadludzkich cech, za co zawsze przychodzi zapłacić wysoką cenę.


Dopiero od lekarki, która była psychiatrą i terapeutą poznawczo-behawioralnym, dowiedziałem się, że wcale nie mam depresji, z którą – jak sądziłem – żyłem wiele lat. To właśnie od niej pierwszy raz usłyszałem o zaburzeniu afektywnym dwubiegunowym.

Wspomniał Pan o wysokiej cenie, którą przychodzi zapłacić za "pozytywne" okresy choroby. Co to znaczy?

Ceną są same te rzeczy, które dzieją się w hipomanii lub manii – u mnie, poza wypadkiem, nie skończyło się niczym złym, jednak był on efektem nadmiernego podejmowania ryzyka, które w epizodzie manii jest częste. Myślenie, że jest się niezniszczalnym, że można wszystko, że jest się wielozadaniowym. Inną ceną jest to, że w trakcie epizodów, w trakcie których umysł jest bardo obciążony, giną, często bezpowrotnie, miliony neuronów.

Nie można też zapominać, że każda "góra" kończy się "dołem", tak jak każda dobra impreza kończy się kacem. Może się to stać bardzo nagle, wskutek jakiegoś mocnego wydarzenia – tak jak u mnie było po wypadku samochodowym, kiedy ten jeden, metaforyczny i fizyczny strzał w bok samochodu przerzucił mnie na drugi biegun i długo nie mogłem wyjść z tego dołka. Oczywiście w jakiś sposób funkcjonowałem, ale było to bardzo trudne. Podczas jednego z takich okresów zupełnie straciłem siłę do życia i wtedy skończyło się to długim L4.
Jak zorientować się, że to, co się z nami dzieje, to coś więcej niż zwykła huśtawka nastrojów. Kiedy powinna zapalić się czerwona lampka?

Często, gdy mówi się o tej chorobie osobom zdrowym, spotykamy się ze zdziwieniem – no bo jak to, przecież każdy miewa wahania nastrojów, lepsze i gorsze dni? Jasne, gorsze i lepsze dni to norma i wahania nastroju w ciągu dnia to też nic nienormalnego, mamy prawo do różnego rodzaju emocji. Gdy zauważymy u siebie przedłużone okresy obniżonego nastroju, a nawet czegoś, co można nazwać anhedonią, czyli zupełną niemożnością odczuwania przyjemności, należałoby zasięgnąć opinii specjalisty. Kiedyś złapałem się na tym, że próbowałem coś zjeść i wszystko smakowało jak papier, nie było niczego, cały mój organizm odmawiał. To też sygnał.

Symptomem może być też fakt, że nagle wszystko idzie bardzo szybko, ale tylko nam. Wydaje się, że ludzie zbyt wolno jeżdżą samochodami, zbyt wolno do nas mówią. Wszystko trwa zbyt długo, podczas gdy my sami mamy milion pomysłów na minutę i wszystko wydaje nam się możliwe. Taka sytuacja również powinna nas zaniepokoić. Zwłaszcza, jeżeli idą za tym głosy naszych bliskich, którzy dają nam do zrozumienia, że staliśmy się drażliwi, agresywni, trudni do zniesienia. Trzeba przyjąć tę prawdę i pójść po diagnozę. Nie można się bać – albo jesteśmy chorzy albo nie. Jeśli nie – świetnie, jeśli tak – im szybciej poznamy diagnozę, tym szybciej będziemy mogli zacząć się leczyć.

Czy bliscy mogą zrozumieć jak czują się osoby, które borykają się z chorobą? Co powinni zrobić?

Bliscy mogą wspierać, mogą mieć najlepsze intencje, ale nie mają kompetencji, aby pomóc tak jak pomaga terapeuta. Muszą mieć tego świadomość i nie mogą mieć z tego powodu do siebie pretensji. Być, rozumieć, ale też wiedzieć kiedy odejść – to brzmi okrutnie, ale myślę, że w pewnym momencie osoba chora może zostać sama w procesie terapeutycznym i dopiero później wrócić do swojego środowiska. To na pewno trudne, ale nie dziwiłbym się osobie, która jest z kimś chorym, że nie może wytrzymać. Przyjaźnie, które ode mnie odeszły wtedy, gdy miałem zaostrzone okresy hipomaniakalne, to osoby, których nie mogę za to winić, Sam bym pewnie wtedy ze sobą nie wytrzymał.
"Złap równowagę" to pierwsza tego typu publikacja na polskim rynku. Bardzo odważnie opowiada Pan w niej o swoich przeżyciach i przebiegu choroby i leczenia. Nie boi się Pan, że taka transparencja może sprawić, że ludzie będą teraz postrzegać Pana przez pryzmat choroby?

Nigdy nie mamy do końca wpływu na to przez jaki pryzmat ludzie nas postrzegają. Może być to pryzmat roli społecznej czy choroby, choć oczywiście nie chciałbym, żeby tak się stało w moim przypadku. Na co dzień szkolę ludzi z komunikacji w różnych obszarach. Kiedyś miałem wątpliwości, jak moja choroba zostanie odebrana np. wśród klientów, ale potem pomyślałem, że jeśli ktoś tylko przez to zrezygnowałby ze współpracy ze mną, to sam też chyba nie chciałbym z taką osobą pracować.

Zdecydowałem się opowiedzieć swoją historię jako osoba która swoje przeszła i od lat żyje w równowadze. Chciałem pokazać, że da się z chorobą normalnie funkcjonować.

To osobista decyzja, czy chcemy mówić o chorobie głośno czy nie. Wciąż w społeczeństwie panuje duże niezrozumienie dla zaburzeń psychicznych, choć powoli się to zmienia. Jeżeli mój głos będzie mógł komuś pomóc zrozumieć, że nie jest sam, to uważam, że warto.
Trwa ładowanie komentarzy...