Jest zbrodnia, nie ma kary. Ten spektakl boleśnie rozlicza antysemityzm 1968 roku

Teatr Powszechny, "Sprawiedliwość" w reżyserii Michała Zadary. Na zdjęciu od lewej: Ewa Skibińska, Wiktor Loga-Skarczewski, Barbara Wysocka, Arkadiusz Brykalski
Teatr Powszechny, "Sprawiedliwość" w reżyserii Michała Zadary. Na zdjęciu od lewej: Ewa Skibińska, Wiktor Loga-Skarczewski, Barbara Wysocka, Arkadiusz Brykalski fot. Krzysztof Bieliński/powszechny.com
Nie trzeba być historykiem, by dopasować kilka pojęć-kluczy do lat 60. Ruchy kontestacyjne, wojna w Wietnamie, protesty studenckie, praska wiosna, ale i rewolucja seksualna, rozwój antykoncepcji i kultura hippisowska. Rok 1968 jest kulminacją w Polsce kojarzoną raczej z odcieniami brunatnymi niż pstrokatymi kwiatkami i hasłami o wolnej miłości.

Jak wskazać winnych?
Czy i w ogóle możliwe jest ustalenie winnych wypędzenia z Polski 12 tys. Żydów w latach 1968-1971? Władysław Gomułka i Mieczysław Moczar nie żyją. Tak jak większość urzędników, celników, pracodawców czy dziennikarzy, którzy w latach 60. byli decyzyjni, jakkolwiek wpływali na opinię publiczną. Nie zmienia to jednego bolesnego faktu – szereg nazwisk doprowadził do tego, że od 68. nie mamy w Polsce mniejszości żydowskiej. Jakie straty poniosło nasze państwo z powodu antysemickiej nagonki i kto właściwie ponosi za to odpowiedzialność? Na te pytania stara się odpowiedzieć w najnowszym spektaklu Michał Zadara. "Sprawiedliwość" wystawiana jest w warszawskim Teatrze Powszechnym w 50-lecie wydarzeń marcowych.
Ten spektakl to swoista kondensacja stylów utrzymana w eleganckiej formie. Na scenie odnajdziemy elementy śledztwa dziennikarskiego, panelu dyskusyjnego, trochę wykładu, ale tego z gatunku interesujących, a nie nużących, a także programu telewizyjnego. Od razu przypominają się filmy w klimacie „Good Night and Good Luck”, gdzie grupa ludzi zamknięta w biurowej/redakcyjnej przestrzeni próbuje rozwiązać problem, który zdaje się zupełnie nierozwiązywalny. Zabrakło jedynie papierosowego dymu. Chociaż skojarzenia z amerykańskimi filmami podbijane są piosenkami Jamesa Browna, Otisa Reddinga, The Rolling Stones, The Beatles czy Arethy Franklin, to sprawa jest bardzo polska. I bardzo poważna.

Twarde argumenty
Reżyser przy merytorycznym wsparciu prawników i historyków bada możliwość przypisania odpowiedzialności karnej lub cywilnej osobom współodpowiedzialnym za doprowadzenie do wypędzenia Żydów z Polski. Uzbrojeni w poważne argumenty aktorzy – Arkadiusz Brykalski, Ewa Skibińska, Barbara Wysocka, Wiktor Loga-Skarczewski – spotykają się na scenie, by pochylić się nad dokumentami, które po dogłębnej analizie są jednoznaczne: straty ponieśliśmy wszyscy, winy nie poniósł nikt. A jeden z wyświetlanych slajdów wskazuje konkretnie: tak, jesteśmy w teatrze, ale to wszystko prawda.

Jednak wskazanie kto uchylił się od odpowiedzialności, okazuje się zadaniem nieprostym. Ci, którzy w pierwszej kolejności brani są pod uwagę, już nie żyją lub stan ich zdrowia wyklucza dochodzenie prawdy.
Ta niełatwa droga, to szperanie w stosach papierzysk, przywoływanie fragmentów artykułów, nagrań, oficjalnych dokumentów nie jest jednak w „Sprawiedliwości” męczące. I to zdaje się największą siłą spektaklu. Twórcy zadbali o szczegóły, wyciągnęli najcięższe działa, uniknęli jednak monotonni. Dowody materialne są tutaj pierwszym krokiem, kolejnym jest refleksja etyczna i moralna. Bo czy winny jest każdy, kto widział? Czy dziennikarka, która jako młoda dziewczyna napisała „dwa głupie artykuliki”, powinna ponieść konsekwencje? Czy swoimi antysemickimi słowami przyczyniła się do tego, że za główny powód wyjazdów Żydzi wskazywali nie decyzje polityczne, a atmosferę?


Nie polityka, a atmosfera
Atmosferę, której materialnym dowodem są, chociażby artykuły prasowe nawołujące do waśni narodowych (uwaga, syjoniści zapowiadają bojkot polskiego bekonu!), przekonujące, że wyjazd Żydów jest warunkiem niezbędnym do zapewnienia sprawnego funkcjonowania państwa. Atmosferę, w której ramach mieściło się szykanowanie sąsiada, wyzwiska w miejscach publicznych, zwalnianie z pracy. Było to ważne - dla interesu kraju. Im szybciej, tym lepiej. Przecież wiadomo, że dobry patriota w pierwszej kolejności myśli o tym, by jego ojczyzna była miejscem komfortowym i bezpiecznym.

Z takiej mieszanki wynika, że winni są wszyscy i nikt, ale nie zmienia to faktu, że około 12 tys. polskich obywateli żydowskiego pochodzenia zostało dosłownie wyrzuconych z kraju, pozbawionych obywatelstwa, własności i majątku. Straciliśmy profesorów, specjalistów, artystów, a w konsekwencji ucierpiał budżet państwa, naruszony został ład społeczny, bo skąd mamy pewność, że za chwilę to my nie znajdziemy się w grupie, której trzeba pozbyć się jak najszybciej? Może ktoś uzna, że jesteśmy mniej potrzebnymi Polakami niż inni? Czy doprowadzenie do takiej sytuacji i przyzwolenie na nią jest już zbrodnią przeciwko ludzkości? – zastanawiają się aktorzy Teatru Powszechnego, ale nie od tego są, by odpowiedzieć „tak” lub „nie”. Teatr bowiem nie jest sądem, chociaż niejako dążenie do sprawiedliwości należy do jego obowiązków.
Brzmi znajomo?
Nie da się ukryć, że chociaż „Sprawiedliwość” Michała Zadary jest jawnie spektaklem dokumentalnym, odnoszącym się do przeszłości – scenografia jest „chaotycznie uporządkowana”, na ścianach wiszą wykresy, dokumenty, skany, wydrukowane tabele, biurka pokrywają sterty papierów, ale wszystko jest na swoim miejscu – to nad sceną unoszą się opary teraźniejszości. Błędem byłoby oczywiście popadanie w przesadę i wyciąganie zero-jedynkowej analogii do tego, co było i tego, co obserwujemy obecnie.

Nie da się jednak ukryć, że w tej teatralnej przestrzeni padło wiele słów o odpowiedzialności, obok których trudno przejść obojętnie – bo jak pominąć skonkretyzowane zarzuty skierowane do dziennikarzy? Można oczywiście powiedzieć, że teraz to jest przecież wolność i demokracja, a wtedy po prostu był przymus i koniec. Nie da się jednak uciec przed mocą słów, które dzięki postępowi technologicznemu jeszcze łatwiej modyfikować, wypaczać, wyolbrzymiać. I podsuwać tam, gdzie znajdą żyzny grunt, by zakiełkować.

Bo czy "Żyd-syjonista" z 1968 roku nie brzmi trochę podobnie do "Arab-terrorysta" z 2018 roku?
Trwa ładowanie komentarzy...