Ma je w kosmetyczce każda gwiazda K-popu. Testowałyśmy najpopularniejsze koreańskie maski

Koreańskie maski podbiły rynek już jakiś czas temu, ale marka Mediheal dopiero wchodzi na nasze rynki. Sprawdzamy, czy warto je wypróbować Fot. naTemat
Nie trzeba być koneserem koreańskiej muzyki popularnej, żeby wiedzieć, z czego słyną tamtejsze bożyszcza nastolatek. Wiedzieć i zazdrościć, bo już rzut oka na dowolny teledysk losowo wybranej pop-celebrytki lub celebryty wystarczy, aby dostrzec ich perfekcyjnie porcelanowe twarze. Cera pozbawiona wyprysków, zmarszczek, pękniętych naczynek, przebarwień, czy jakichkolwiek innych niedoskonałości to, jak łatwo się domyślić, efekt magii - tym razem jednak nie popularnego programu graficznego, ale odprawianych z niemal religijnym namaszczeniem rytuałów piękna, w których kluczową rolę grają maski w płachtach.

“Płachty” już od jakiegoś czasu można bez problemu dostać w polskich drogeriach, jednak marka, która w krajach azjatyckich ma status kultowej, na naszym rynku pojawiła się stosunkowo niedawno. Wcześniej kosmetyki Mediheal, bo o tym brandzie mowa, można było dostać, mając wśród znajomych fanki domowego spa w wydaniu koreańskim, które dzieliły się adresami serwisów świadczących shipping do dalekiego kraju nad Wisłą.

Dzisiaj, żeby sprawdzić, w czym tkwi sekret popularności tej konkretnej marki, wystarczy uważnie przyjrzeć się półkom lokalnej drogerii. Tak też zrobiłyśmy. Wybór zaledwie kilku produktów z gigantycznej puli kolorowych saszetek o intrygujących składach i jeszcze bardziej intrygujących efektach, jakie mają nam one pomóc uzyskać, to gwarantowany powrót do dzieciństwa: do momentów, kiedy na stoisku ze słodyczami można wybrać tylko jeden, najwyżej dwa batoniki.

Aby oszczędzić wam frustracji, zrobiłyśmy preselekcję bestsellerów od Mediheal, od których możecie zacząć.

Maska-ampułka N.M.F

Otwierając opakowanie z grafiką niebieskiej kroplówki, można zacząć zastanawiać się, w czym tkwi sekret boomu na “płachty”. Kilkanaście sekund później, kiedy ze ściśle przylegającą do twarzy maską odpisujecie na zaległe maile bez obawy, że odrobina burej mazi plaśnie zaraz na klawiaturę — wszystko jest jasne. To rozwiązanie, o wskaźniku praktyczności porównywalnym z jednorazową maszynką do golenia. Jednak zalety masek w płachtach nie kończą się na aspekcie pragmatycznym.


— Forma płachty daje nam dużo szersze pole do popisu, jeśli chodzi o wykorzystanie substancji czynnych w maseczce — tłumaczy Anna Wiśniewska, farmaceutka, chemik kosmetyczny oraz product manager Mediheal
Anna Wiśniewska
farmaceutka

Tradycyjne maseczki bazują na substancjach w naturalny sposób gęstych, takich jak glinka. Jeśli mają zawierać składniki bardziej płynne, producent musi dodać do receptury kosmetyku substancje zagęszczające, które często niezbyt korzystnie wpływają na naszą cerę. To nie dotyczy maseczek w płachcie: możemy tu stosować dosłownie każdy rodzaj substancji czynnej, nawet te zupełnie płynne, ponieważ materiał płachty powoduje, iż zostaje ona na właściwym miejscu przez cały wymagany do skutecznego działania czas.

Anna Wiśniewska dodaje, że przykrycie twarzy materiałem nasączonym kosmetycznym “dobrem” przeciwdziała szybkiemu wysychaniu i odparowywaniu składników maseczki. Dzięki temu substancje aktywne mają więcej czasu na dotarcie do głębszych warstw naskórka.

Na pierwszy testowy ogień wybrałyśmy „jedynkę” na liście bestsellerów Mediheal: ampułkę N.M.F. Jakie składniki odżywiały naszą skórę w trakcie 15-minutowej drzemki pod pierzynką maski? Oprócz hialuronianu sodu, alantoiny i ceramidów działał tu tytułowy N.M.F, czyli Natural Moisturizing Factor.

— Naturalny czynnik nawilżający to silnie higroskopijna substancja, naturalnie wytwarzana przez warstwę rogową naszego naskórka — tłumaczy Anna Wiśniewska. - N.M.F zapewnia właściwe nawilżenie i tworzy tak zwany „płaszcz hydro-lipidowy”. Jest mieszaniną aminokwasów, mocznika, mleczanów oraz kwasu PGA.

Po dodatkową dawkę N.M.F warto sięgnąć zawsze wtedy, gdy czujecie nieprzyjemne napięcie na czole i policzkach. Bezpośrednie objawy niedoborów tej substancji to właśnie szorstkość i wiotczenie skóry, a w ogólnej perspektywie — o zgrozo — formowanie się zmarszczek. Jeden kwadrans pod płachtą nie zniweluje “kurzych łapek”, ale wystarczy, aby poczuć różnicę w poziomie nawilżenia skóry. Systematyczna aplikacja raz-dwa razy w tygodniu to już skuteczna metoda zapobiegania starzeniu się skóry. Pamiętajcie jednak, żeby po zdjęciu płachty dokładnie wklepać pozostałości kosmetyku — możecie też wykorzystać to, co zostało w saszetce.

Maski Proatin

Wśród najlepiej sprzedających się masek Mediheal znajdują się trzy produkty z linii Proatin: DNA, A:PE i RNA. Pierwsza z wymienionych masek bazuje na stymulującym odnowę komórkową kompleksie DNA. Substancja ta, w połączeniu z kwasem hialuronowym ma zapewnić skuteczne odmłodzenie, co sprawia, że jest to maska z gatunku “długodystansowych” - zaraz po aplikacji skóra rzeczywiście sprawia wrażenie bardziej napiętej i gładszej, ale na utrzymanie tego efektu możecie liczyć pod warunkiem regularnej aplikacji.

A:PE to z kolei maska, która na opakowaniu powinna mieć hasło: “pierwsza pomoc” - po nieplanowanej imprezie w tygodniu czy nieprzespanej nocy. Kwadrans z tym kojącym kompresem przed wyjściem do pracy to najszybszy sposób na błyskawiczne “odzyskanie twarzy”: pozbawienie jej szarego, zmęczonego odcienia i zniwelowanie “oczu pandy”. Maska to nie to samo co osiem godzin beauty sleep, ale w stanie sennej deprawacji, okład nasączony wyciągami z szarotki alpejskiej i wąkroty azjatyckiej oraz wzbogacony kompleksem aminokwasów i peptydów to najpewniejsza deska ratunku.

Maska RNA to z kolei hit innego rodzaju. W opisie przeczytacie, że ma właściwości “wybielająco-rozświetlające” i warto na własnej skórze przekonać się, co to tak naprawdę znaczy. Efekt po zdjęciu płachty jest sporą niespodzianką. Skóra istotnie wydaje się jaśniejsza — może nie “bielsza”, ale z pewnością pozbawiona tych małych irytujących przebarwień i nierówności w kolorycie cery.

Jak tłumaczy Anna Wiśniewska, to w dużej mierze zasługa substancji, kryjącej się pod tajemniczym skrótem AA2G, który należy rozszyfrować jako: glukozyd kwasu askorbinowego. Jest to aktywna forma witaminy C, w której jej cząsteczka jest połączona z glukozą. Dlaczego AA2G działa tak skutecznie w płachcie? — Występujący skórze enzym glukozydaza, rozkłada AA2G do kwasu askorbinowego i glukozy. Dzięki temu witamina C aktywuje się dopiero w kontakcie ze skórą twarzy — mówi farmeceutka, dodając, że kosmetyki zawierające AA2G działają przeciwstarzeniowo — poprzez pobudzenie komórek skóry do produkcji kolagenu i elastyny, oraz rozjaśniająco — dzięki hamowaniu produkcji melaniny. Aktywna witamina C pomaga również uszczelnić naczynia krwionośne w skórze i ma silne działanie antyoksydacyjne.

Maski Essential Teatree & Collagen

Maski nasączone olejkiem z liści drzewa herbacianego oraz ekstraktami z rumianku i wąkroty azjatyckiej warto mieć pod ręką w okresach, kiedy ośmiogodzinny sen osiąga status jednorożca: występującego w przyrodzie, ale aktualnie nieuchwytnego.

Formuła Essential Teatree skutecznie koi zmęczoną skórę i łagodzi podrażnienia plus, stanowi całkiem dobry pretekst do trwającej dwa błogie kwadranse drzemki — i to dla każdego, bo jak zapewnia Anna Wiśniewska do stosowania płacht przeciwwskazań, jest niewiele: — Oczywiście zawsze musimy ostrożnie podchodzić do stosowania jakichkolwiek kosmetyków pielęgnacyjnych na twarz podrażnioną np. intensywnymi zabiegami kosmetycznymi — stwierdza farmaceutka, dodając, że każdy produkt Mediheal jest testowany dermatologicznie — zarówno jeśli chodzi o substancje aktywne, jak i materiały, z jakich produkowane są same płachty.
Anna Wiśniewska
farmaceutka

Wśród masek Mediheal możemy wyróżnić wiele rodzajów materiałów płachty. Jednym z nich jest P.T Cell (Phase Transition Cellulose) wytwarzany metodami bio- i nanotechnologicznymi z włókien bambusowych oraz PVDF – polimeru używanego w farmacji do kapsułkowania leków. Marka wykorzystuje również pozyskaną metodą fermentacji wody kokosowej, trójwymiarową biocelulozę o strukturze siateczki i grubości zaledwie 0,2 mm.

Drugą maską z rodziny Essential, której same nie testowałyśmy, ale możemy polecić z czystym sumieniem, jest ta z dużą zawartością kolagenu morskiego. Jej główną funkcją jest stymulacja odnowy komórkowej i spłycenie zmarszczek, dlatego do testów przekazałyśmy ją naszym mamom. Opinie były bardzo pozytywne — zarówno jeśli chodzi o właściwości samej maski, jak i wygody jej stosowania. Ten ostatni komplement jest o tyle cenny, że nasze testerki należały raczej do kosmetycznych tradycjonalistek.

Maski hydrożelowe

Na pierwszy rzut oka maska nawilżająco-wygładzająca jest podobna do bestsellera nr 1, bo w składzie pierwsze skrzypce znów gra N.M.F. Różnica, i to dość istotna, tkwi tu jednak w wykorzystaniu specjalnego rodzaju płachty, stworzonej na bazie rozpuszczalnego w wodzie hydrożelu.
Anna Wiśniewska
farmaceutka

Struktura hydrożelu oparta jest o „mikro zbiorniczki”, które dostarczają substancję czynną powoli i w sposób kontrolowany dokładnie w tym miejscu, gdzie trzeba, bez ryzyka jakichkolwiek strat. Hydrożel przylega do skóry idealnie i reaguje natychmiast na ruchy i mimikę naszej twarzy, zapewniając ciągłe zaopatrywanie skóry w składniki czynne, którymi jest nasączony.

Po hydrożelowe maski N.M.F powinny więc sięgnąć posiadaczki cery bardzo mocno przesuszonej. Jeśli natomiast staracie się zwalczyć problem znajdujący się na przeciwległym dermatologicznym biegunie, czyli zbyt intensywną produkcję sebum i towarzyszący jej często trądzik, sięgnijcie po maskę P.D.F. z tej samej serii. Podwójna dawka kwasu salicylowego i alantoiny skutecznie “uspokoi” skórę.

Maski węglowe

Na koniec maski z największym współczynnikiem “wow”, w których, nie ma co ukrywać, pokładałyśmy największe nadzieje. Bo to właśnie maski węglowe mają sprawiać, że twarz przeciętnej Koreanki w konkursie na gładkość pobije dowolną figurkę z Ćmielowa. Zwężenie porów, napięcie skóry, wygładzenie, a nawet paradoksalnie — rozświetlenie, to wszystko zasługa aktywnego węgla pozyskiwanego z jednego, precyzyjnie określonego źródła: buków rosnących na Japońskiej wyspie Kiusiu.

— Ten konkretny rodzaj węgla aktywnego charakteryzuje się wysoką porowatością, dzięki której pochłania ogromne ilości toksyn i zanieczyszczeń. Skutecznie oczyszcza pory i hamuje wydzielanie sebum, przez co maski z jego dodatkiem są idealne w pielęgnacji skóry tłustej i mieszanej — tłumaczy Anna Wiśniewska.

Warto dodać, że kolor maski to również zasługa węgla, a nie sztucznych barwników. Jak podkreśla farmaceutka, czarna płachta sama w sobie pełni dodatkową funkcję: emituje promieniowanie z zakresu dalekiej podczerwieni oraz aniony, dzięki czemu stymuluje mikrokrążenie w skórze, skutecznie wpływając na poprawę jej kolorytu, rozjaśnienie i ujędrnienie.

Intensywne testy masek w płachtach to zajęcie o tyle przyjemne i, w przeciwieństwie do wielu innych kosmetycznych kuracji — bezproblemowe, co obarczone pewnymi konsekwencjami. Ostrzegamy więc lojalnie: powrót do tradycyjnych masek będzie co najmniej trudny.

Artykuł powstał we współpracy z marką Mediheal.

Trwa ładowanie komentarzy...