Rycerz, który nie wie, czego chce. Współczesny Sinobrody to kwintesencja kryzysu męskości

"Sinobrody  – nadzieja kobiet"
"Sinobrody – nadzieja kobiet" Teatr Dramatyczny/Fot. Krzysztof Bieliński
Młoda żona dostaje od męża jednoznaczny komunikat: czuj się w domu komfortowo, ale do jednego pokoju nie zaglądaj. Ona jest ciekawska. Co ukrywa przed nią ukochany? Zagląda i odkrywa przerażającą prawdę o wybranku. Sinobrody to postać potwornego i zezwierzęconego męża, bezwzględnego mordercy, którego znakiem zepsucia wewnętrznego jest właśnie sina broda. Dla kulturoznawców owa baśń jest polem do analiz, może stanowić, zależnie od punktu widzenia, opowieść o dominującej roli mężczyzny lub też być manifestem kobiecej siły i intuicji.

Spektakl „Sinobrody – nadzieja kobiet”, który oglądać możemy w warszawskim Teatrze Dramatycznym, nie korzysta z powyżej opisanych tropów. Przyjmuje całkowicie nową perspektywę. Tekst, autorstwa jednej z najpopularniejszych postaci teatru niemieckojęzycznego, Dei Loher, zmienia punkt ciężkości i wymowę tego, co kojarzymy z bajką Perraulta o Sinobrodym.

Co z tą męskością
W spektaklu w reżyserii Marka Kality nie zobaczymy silnego, bezwzględnego mężczyzny, który ma złe intencje. Nie można wprost określić go jako moralnie zepsutego. Jednak twórcy nie odeszli całkowicie od baśniowego klimatu. W ten wprowadza nas świetna scenografia Katarzyny Borkowskiej – ciasna, brudna, tajemnicza i hipnotyzująca, ale nie przytłaczająca. Na ścianach pojawiają się animacje, a na środku sceny ustawione jest akwarium wypełnione mętną wodą. Jakby stało tam kilka dni, aby znajdująca się w nim woda na pierwsze spektakle była już dostatecznie przegniła.
Henryk Sinobrody (Henryk Niebudek) nie jest natomiast stereotypową kwintesencją męskości. Jawi się raczej jako zakompleksiony, odizolowany samotnik, który w życiu zajmuje się tylko tym, czym zajmować się powinien. Jest sprzedawcą butów i najpewniej nawet nie śniły mu się romantyczne uniesienia. Coś jednak sprawia, czy to ekstremalna skrytość, czy drzemiące w nim pokłady wrażliwości, że na kobiety działa jak magnes. A nie jest spełnieniem marzeń ani w wymiarze stricte fizycznym, ani emocjonalnym. Przed zainteresowaniem płci pięknej broni się w sposób niekonwencjonalny – zabijając je.

Bez zgody
I trudno właściwie orzec, co w jego zachowaniu jest prawdziwe, a co odzwierciedla tę ukrytą, dziką energię. Może wszystko, co robi, jest szczere? I może dlatego wzbudza zainteresowanie u każdej napotkanej kobiety? Na pewno jego postawa powoduje jakiś dysonans poznawczy. Bo Sinobrody nie chce niczego, a dostaje „ponad miarę”. Bez swojej zgody zostaje postawiony przed miłością szaloną, nieokiełznaną, taką do utraty tchu. Nie umie poradzić sobie ze stawianymi mu oczekiwaniami, więc likwiduje ich źródło. Staje się tym samym seryjnym mordercą mimo woli.
W „Sinobrodym” przewrotność polega jeszcze na jednej rzeczy. To, co przedstawia się nam jako romantyczną śmierć z miłości, jest właściwie wydmuszką, spełnieniem wizji bez celu. Podkreśla to gwałtowna muzyka i krwistoczerwone światła, które towarzyszą morderstwom. Poza tymi znakami są to akty pozbawione emocji jakby automatyczne. I dopiero, kiedy zaczęłam pisać recenzję, dotarło do mnie, dlaczego czułam jakiś zgrzyt, oglądając poczynania Sinobrodego – miałam wrażenie, że aktor Henryk Niebudek jest całkowicie wyłączony z akcji. Jakby go nie było, a jakiś naturalny mechanizm kazał mu mówić, a potem strzelać, dźgać, dusić.


Sinobrody nieobecny
Chociaż z początku nie podobało mi się takie kreowanie postaci, to po zastanowieniu widzę w tym jakiś sens. Tym sposobem Sinobrody został niejako wyłączony ze świata, a z każdym morderstwem było go mniej. Jeżeli zatem na jego akt odbierania życia drugiemu człowiekowi spojrzymy szerzej, to zobaczymy mężczyznę złamanego, obciążonego oczekiwaniami, które nakłada się na niego wyłącznie przez wielki mit o męskości. To chodzący kryzys tej męskości, którą rozumiemy jako zestaw cech i obowiązków "typowego faceta". Henryk jest jakby zmęczony kobietami - a to przecież też nie pasuje do stereotypowego samca alfa.

Na jego tle postaci kobiece z pozoru słabe i wątłe, nabierają wyrazistości. Ich potrzeby wydają się wzorowane na nierealnych szablonach, literackich love story, opowieściach koleżanek koleżanki. Niezależnie od wieku, doświadczeń czy planów na życie wszystkie panie szukają mężczyzny-przystani, który zagwarantuj im spokój i bezpieczeństwo, ale jednocześnie szalone przeżycia. Nie bez powodu twórcy podkreślają, że Sinobrody jest baśnią dla dorosłych – tych, którzy już mogli zapomnieć o młodzieńczych uniesieniach, pozbyli się ze swojego życia spontaniczności, a wpuścili samotność, która jest niczym innym jak lękiem przed skrzywdzeniem, wstydliwym wyrazem tego, że coraz trudniej mówić nam o uczuciach.

To również opowieść o zagubieniu i płynnych granicach między obroną własną a przyzwoleniem na przemoc. Bo Henryk nie jest brutalem, którego chcielibyśmy widzieć martwego. Wzbudza raczej współczucie, rozczula swoją nieporadnością.

Siła czy słabość kobiet?
W tej samotności właśnie często rodzą się wyobrażenia, które trudno zrealizować. Takie postawy prezentują w spektaklu zarówno Henryk Sinobrody, jak i wszystkie „jego” kobiety. Młodziutka Julia (Anna Gorajska) chce „kochać ponad miarę”, dla idei, dla słów, ale nie faktycznego uczucia. Prostytutka Tanja (wspaniała Małgorzata Rożniatowska) głęboko chowa urazę, wie, że jedynie za seks może liczyć na uwagę mężczyzn, czuje, że jest odpychająca i nie ma szansy na prawdziwą miłość. Inne poszukiwaczki emocji przyznają, że porzuciły męża i dzieci, pragną namiętności, zabijały partnerów. Niewidoma pyta wprost: „Czy jestem brzydka?”.
Ich kobiecość jest uzależniona od aprobaty mężczyzny, który w tym przypadku nie chce przyjąć tej roli. Odrzuca to, co kulturowo i społecznie mu narzucono. Psychoanalityk, Bruno Bettelheim, który interpretował baśnie, napisał, że w oryginalnej opowieści o Sinobrodym nie ma żadnych subtelności, a co ważniejsze, żadna z postaci nie przechodzi wewnętrznej przemiany. Napisał, że to przestroga: „Kobieto, nie folgi swojej ciekawości seksualnej! Mężczyzno, nie dawaj się ponosić gniewowi, gdy spotka cię zdrada seksualna!"

Czy postać Sinobrodego przeszła jakiś proces? Ostatecznie to on pyta o miłość „ponad miarę” czy jednak można założyć, że naprawdę jej pragnie? W kontekście jego rozterek zabrakło mi jakiegoś wstrząsu, dynamizmu, który spowodowałby poczucie, że odkrywam coś nowego. Bez tego jest to po prostu ładnie wizualnie opowiedziana historia sprzedawcy butów, który nie ma szansy na odnalezienie Kopciuszka. Pewnie wielu jest takich niespełnionych rycerzy. Nijakich i niestety, trochę nudnawych.
Trwa ładowanie komentarzy...