Mówią, że ten film to przerost formy nad treścią, ale dla mnie "Nigdy cię tu nie było" to wyjątkowo ciekawa perełka

Materiały prasowe, Gutek Film
Były agent do zadań specjalnych podejmuje się odnalezienia zaginionej nastolatki – tak brzmi opis filmu „Nigdy cię tu nie było” w serwisie Filmweb. I jeżeli zasugerujemy się właśnie tym jednym zdaniem, to seans może wydać się nam przeintelektualizowanym bełkotem. Bo skoro agent, to spodziewamy się szybkiej akcji, pościgów, strzelanin i intrygi, której rozwiązanie wprost wyrwie nas z butów. Ale nie, w najnowszej produkcji Lynne Ramsay tego nie znajdziemy. I dla niektórych może oznaczać to słaby film.

Reżyserka wnętrza
Już pierwsze scena sugeruje, że reżyserka wpuszcza nas głębiej niż tylko „w misję” głównego bohatera. Ciemność, odliczanie, wymęczony oddech. Za chwilę reklamówka na głowie Joe (Joaquin Phoenix). Wchodzimy w umysł mężczyzny. Nie wiemy jeszcze, kim jest, czym się zajmuje. Już domyślamy się jednak, że przepracowuje traumę z dzieciństwa, najpewniej podduszanie stanowi dla niego jakąś formę terapii.

W filmografii szkockiej reżyserki nie znajdziemy długiej listy tytułów, które zna cały świat. Ostatni pełnometrażowy film zrealizowała w 2011 roku. „Musimy porozmawiać o Kevinie” z Tildą Swinton i Ezrą Millerem zapewnił jej miejsce wśród twórców dbających o najmniejsze nawet detale, skupiających się na psychologii bohatera, pokazujących, że człowiek to chodząca tajemnica. Nie da się jej poznać za pomocą prostych środków. Po sześciu latach zdaje się, że reżyserka dopracowała swój styl do perfekcji.
W głowie bohatera
W „Nigdy cię tu nie było” na pierwszy plan wysuwa się właśnie Joe. To film o jego rozbitej psychice, wewnętrznej walce, ciosach, które zadało mu życie. Od dzieciństwa tresowany i pozbawiony czułości, później trafił na Bliski Wschód na wojnę, której okrucieństwo pogłębiło, zdaje się wciąż otwarte rany. Nawet niewinna czynność, jak zrobienie zdjęcia nieznajomym dziewczętom na ulicy, przywołuje wojenne obrazy. Są rzeczy, o których nie da się zapomnieć. Gdy poznajemy tego straumatyzowanego weterana, jego nieodłącznym atrybutem jest młotek. Przy pomocy tego właśnie narzędzia wymierza sprawiedliwość. Ma swój kodeks moralny i wbrew pozorom nie wydaje się być złym człowiekiem.

W niektórych opiniach pojawił się zarzut, że film to klasyczny przykład przerostu formy nad treścią i tak naprawdę ostatecznie niewiele dowiadujemy się o głównym bohaterze. Nie do końca się z tym zgodzę. Już sama niezadbana powierzchowność Joe, blizny na ciele, sposoby na odreagowanie emocji (nakładanie ręcznika lub worka na głowę, wkładanie noża do otwartych ust) czy relacja z matką wiele o nim mówią. W jednej scenie mężczyzna bez mrugnięcia okiem wymierza ciosy młotkiem, w następnej śpiewa z rodzicielką piosenkę, poleruje sztućce, sprząta łazienkę, zalaną przez schorowaną staruszkę. Joaquin Phoenix świetnie przetransformował w tego mrukliwego, niedostępnego faceta, którego tak naprawdę nie chcemy poznać, nie jest pociągający, intrygujący. Wolimy pozostać w bezpiecznej odległości.
Narzędzie zbrodni
Wracając jednak do młotka, niedane jest nam oglądanie krwawych efektów ciosów narzędziem. Nie widzimy brutalnych obrazków i mózgów rozbryzganych na ścianach. Reżyserka sygnalizuje: nie, wcale tego nie potrzebujecie, Joe jest wystarczająco przerażający. Dlatego tak bardzo w pamięć zapada okrutna, jak się domyślamy, scena pokazana okiem kamer przemysłowych, której towarzyszy spokojna piosenka. Jakby nic się nie działo...
W innych sekwencjach wyczujemy nerwowy, niepokojący klimat. Zdaje się on jednak wynikać z psychiki bohatera, a nie brutalnych i bezwzględnych zleceń, które są mało znaczące w obliczu tego, co przeżył mężczyzna. Podkreśla to drażniąca, ostra muzyka elektroniczna, czy dźwięki przypominające ocieranie metalu o metal. Za tę transową ścieżkę dźwiękową odpowiada Jonny Greenwood z Radiohead. To ona nadaje tempo i rytm filmowi.


„Nigdy cię tu nie było” to prywatna wyprawa bohatera, a nie kino akcji. W niektórych scenach muzyka zostaje wyciszona, a na pierwszy plan wysuwa się przytłaczający zgiełk otaczającego świata. Mężczyzna istnieje poza tym, dla wszystkich jest nieistotny. Tylko że świat tego nie widzi. To jego prywatny dramat, który rozbija się o to, że już nie żyje, ale nadal nie jest martwy.
Trwa ładowanie komentarzy...