Za kulisami życia osób zakażonych HIV. Spotkania, akcje i walka na... śmierć i życie

"120 uderzeń serca"(2017), reż. Robin Campillo
"120 uderzeń serca"(2017), reż. Robin Campillo Materiały prasowe/Gutek Film
Wirus HIV nie jest tylko złym wspomnieniem. Od kilku lat lekarze alarmują, że liczba zarażeń wzrasta, a to, co często kojarzymy głównie z amerykańskimi filmami, nie jest wyłącznie ekranową fikcją. Może to jeden z powodów, dla których europejscy twórcy wzięli się za temat epidemii? W końcu to nie jedynie problemem zza oceanu, coś, co nas nie dotyczy i pozwala się dystansować?

Świat odwraca oczy
Epidemię HIV kojarzymy z latami 80., jednak najnowsze badania wskazują, że wirus zaczął się rozprzestrzeniać już od lat 60. I to było chyba jego największą siłą – był niezauważony. W 1976 roku przeniósł się z Nowego Jorku do San Francisco i innych miast Kalifornii, a dopiero w 1981 roku medyczne czasopismo opisało czterech pacjentów, których chorobę nazwano AIDS. Lawina ruszyła, zaczęto odnotowywać coraz więcej przypadków w USA, Wielkiej Brytanii i innych krajach zachodnich.
Nie bez znaczenia był fakt, że chorowały głównie osoby przyjmujące dożylnie narkotyki i homoseksualiści. Łatwiej było zamiatać problem pod dywan, udawać, że jest marginalny. Jednak w 1991 roku świat otworzył oczy. Na grzybicze zapalenie płuc związane z osłabieniem odporności wywołane przez AIDS zmarł Freddie Mercury.

Łączy nas sprawa
Grupowym bohaterem francuskiego filmu „120 uderzeń serca” są aktywiści organizacji ACT UP. Łączy ich wściekłość i poczucie, że przez zobojętnienie polityków i koncernów farmaceutycznych skazani są na śmierć. Pierwsi udają, że nie jest tak źle, ale bardzo im zależy na chorych obywatelach, drudzy w nieskończoność testują leki, do których i tak niewielu ma dostęp. Zarażeni wirusem mieli dwie drogi. Mogli czekać z założonymi rękoma i czekać na koniec albo zrobić wszystko, by głośno manifestować, że za niespełnionymi obietnicami politycznymi kryje się osamotnienie, izolacja społeczna, ból i upokorzenie.

Zgromadzeni wokół ACT UP działacze, by zatem przekazać światu rozpaczliwy komunikat: „Halo, my tutaj umieramy”, odwiedzali z transparentami wiece i wydarzenia polityczne, a także siedziby koncernów, wbiegali do szkół i rozdawali młodzieży prezerwatywy, oblewali polityków sztuczną krwią, przechodzili przez ulice Paryża, rozwieszali plakaty, ale również wspierali się wzajemnie i edukowali. Głównie na tych działaniach skupia się film Robina Campillo. Reżyser wpuszcza nas na spotkania grupy, pokazuje jej rozbicie, rodzące się frustracje i lęki, gdy kolejny raz w sali pojawia się śmierć. Podkreśla, że wirus to sprawa całego społeczeństwa.
Kolejne akcje, których przygotowanie i przebieg mamy okazję dokładnie śledzić, nie odbierają jednak całkowicie przestrzeni na ten życiowy pierwiastek, który niezmiennie upomina się o uwagę – bliskość, miłość, szukanie szczęścia. I trzeba przyznać, że właśnie te chwile wytchnienia są najciekawsze, chociażby wizualnie. „120 uderzeń serca” próbuje bowiem poruszyć wszystkie wątki naraz. Trochę aspiruje do dokumentu, trochę chce napiętnować polityków, ale jeszcze przy okazji pokazać relacje dwojga bohaterów, Seana i Nathana.


Nie byłoby w tym nic zbrodniczego, gdyby nie przeciągające się w nieskończoność sceny i pokazywanie tego, co w codziennym życiu najpewniej równie mocno nas nie interesuje - długich obrad grupy, do której nie należymy, walka na argumenty, personalne potyczki. Bo tak, jak wcześniej napisałam, Campillo wpuszcza nas od kuchni, ale nie daje powodów, byśmy zaangażowali się w przygotowanie potrawy. Doceniam, że reżyser chciał być rzetelny i dać widzom lekcję historii, jednak język filmowy jest na tyle atrakcyjny, że zapewne można było zrobić to w taki sposób, byśmy nie ziewali. Pobudzające były natomiast fantastycznie nagrane sceny z klubów, już po maratonie z transparentami, a także te kameralne, intymne ujęcia pokazujące relację głównych bohaterów.
Francuska odpowiedź
To pewne, że tematycznie Europie brakuje takich produkcji. Każdy, kto lubi spędzić wieczór z dobrym filmem, zna jednak „Filadelfię” z Tomem Hanksem, „Anioły w Ameryce”, „Witaj w klubie” czy „Odruch serca”. Na takim tle francuska propozycja równie istotnie problematyzuje wycinek rzeczywistości, jest jednak mdła i ciężkostrawna w warstwie formalnej - przeciągnięta, rozwleczona, mało dynamiczna (co bym wybaczyła, gdyby był to film dokumentalny). I jak wykład u nudnego profesora uruchamiająca odruch sprawdzania, która godzina.

„120 uderzeń serca” zostało nagrodzone sześcioma Cezarami, a na Festiwalu w Cannes w 2017 roku zdobyło cztery statuetki. Czy lista nagród przy tytule wystarczy, by widz poczuł, że ma do czynienia z realnym problemem? Śmiem wątpić.
Trwa ładowanie komentarzy...