Mężczyźni go nienawidzą, ale ich partnerki uwielbiają. Ten fotograf zmienia życie zwykłych kobiet

Fot. Jacek Kloskowski
Kobiety pozwalają mu na siebie patrzeć. To warte odnotowania, bo nie fotografuje doświadczonych modelek, tylko zwykłe dziewczyny. Często forsuje po drodze pancerz latami kształtowanych kompleksów i zahamowań. Gdy pytam, jaki ma na to patent, odpowiada krótko: rozmowa. 3 czerwca na rynku pojawi się album „TATTOOFEST. 25 Polish Female Tattoo Artists”, w którym zaprezentowane zostaną portrety polskich tatuatorek jego autorstwa. O kobiecości, samoakceptacji kobiet oraz o tym, za co nie lubi Ewy Chodakowskiej rozmawiamy z fotografem, Jackiem Kloskowskim.

25 różnych kobiet i 25 sesji. Sporo czasu spędziłeś, pracując nad albumem o tatuatorkach. Czego dowiedziałeś się o kobietach z tatuażami?

Po raz kolejny stwierdziłem, że stereotypy są straszne, mocno zakorzenione w naszej kulturze i bardzo krzywdzące. Jedna z bohaterek albumu, Aniela, ma pająka na szyi i to naprawdę nic nie oznacza. Cała jest mocno wytatuowana. Miałem z nią dwie sesje, złapaliśmy taki kontakt, że w zasadzie przestałem zauważać te tatuaże. Oczywiście my żyjemy w Warszawie i mamy trochę inne podejście do tego, ale zazwyczaj człowiek jak widzi kogoś tak bardzo wytatuowanego, myśli ”albo więzień albo psychicznie chory albo poddany modzie”. Rodzice Anieli długo nie wiedzieli, że ma tatuaże, bo ukrywała je pod ubraniami. Bała się ich reakcji, a teraz? Teraz Aniela tatuuje swoich rodziców. Odpowiadając na twoje pytanie, mogę śmiało powiedzieć, że poznałem po prostu 25 kobiet. To tak jakbyś poznała 25 różnych osób. Każda ma tatuaże, tylko tyle je łączy, nie da się ich zaszufladkować.

Powiedziałeś mi przed spotkaniem, że do tego momentu właściwie nie miałeś pojęcia o tatuażu. Co takiego się wydarzyło podczas prac nad albumem?

O tatuażu wiedziałem tylko tyle, że jest czarno-biały i kolorowy. Podczas pracy nad albumem poznawałem różne style i techniki. Miałem taką sesję, która mnie zmieniła i sprawiła, że przeformułowałem myślenie o tatuażu. To spotkanie z Karoliną Czają. Była zima, pojechałem do niej, do domu pod Warszawą. Przywitała mnie ciepła, fajna, 39-letnia kobieta z dredami do połowy ramienia. Usiedliśmy i tak się wkręciliśmy w rozmowę, że prawie zapomniałem o zdjęciach. Złapaliśmy wspólne bicie serca - poznajesz kogoś i po prostu wiesz, że możecie się zakumplować. Karolina robi tatuaże, które wywodzą się z tradycji tatuaży plemiennych.

Co to znaczy?

Sama Karolina mówi o nich "święta geometria". Mają formę linii i kropek, które posiadają znaczenie, jakiś sens, są jak hasła ochronne na ciele. Do Karoliny przyjeżdżają na warsztaty ludzie z Ameryki Południowej, Tajlandii, Malezji. Podczas tych warsztatów tatuują się nawzajem. To taki tradycyjny tatuaż, robiony patykiem, który wbija się w skórę.


To musi potwornie boleć…

Podobno boli o połowę mniej niż zwykłą maszynką. Karolina pokazała mi wideo z takiej sesji tatuatorskiej. Noc, czołówka na głowie, kadzidła i intonowana mantra gdzieś w tle. Przypomina to rytuał, na który składa się czasami kilka 8-godzinnych sesji. Mam wrażenie, że pokazała mi tę sztukę od korzeni. Spotkanie z nią zrobiło na mnie wrażenie. W dodatku był to pierwszy dzień, gdy wreszcie miałem jakieś światło, bo wyszło słońce.

A ty ten dzień przegadałeś (śmiech)

Na szczęście w końcu zacząłem robić zdjęcia. Karolina napaliła kadzidłami, ze świetlika w suficie przedarł się snop światła i przez ten dym zrobiłem jej zdjęcie. Wyszły magiczne foty, które oddały jej charakter.

Co powiedziała, gdy zobaczyła te zdjęcia?

Mam nadzieję, że się nie obrazi, że to przytaczam. Napisała mi wiadomość, że przyczyniłem się do ustąpienia początków kryzysu wieku średniego. To było dla mnie bardzo ważne.

Inna bohaterka albumu zamieściła zdjęcie twojego autorstwa na Instagramie z poruszającym opisem. Była zaskoczona, że mimo dorosłego wieku nie czuje się dobrze jako kobieta. Wspomina, że w pewnym momencie zamknęła się na swoją kobiecość w obawie przed oceną mężczyzn, która bywa brutalna. Dzięki sesji z tobą zyskała nowe spojrzenie na siebie samą.

Zarówno dla mnie jak i dla niektórych dziewczyn to było przeżycie terapeutyczne. One na co dzień pracują na ciele, tatuaże też są na całym ciele, więc wydawało mi się naturalne, że podczas sesji będziemy pokazywali w jakimś stopniu odsłonięte ciało. Nie mówię o nagości, mówię o zdjęciach maksymalnie w bieliźnie. Okazało się, że nie zawsze to było takie oczywiste. Czasem wymagało zbudowania zaufania między nami. Kobiety często tkwią w klatce ”Co o mnie powiedzą?”.

Love her smile. @pliszkamagdalena in album „25 POLISH FEMALE TATTOO ARTISTS”.

Post udostępniony przez J A C E K (@kloskowski.jacek)

Skąd się ta klatka bierze Twoim zdaniem?

Różnie. Często tę klatkę budują faceci. Wystarczy jedno ich zdanie i masz pozamykaną kobietę. Miałem kilka takich sesji, podczas których powstały pięknie zdjęcia, ale potem chłopak widział problem i koniec. Jedna z dziewczyn rozstała się z partnerem niedługo po takiej sesji. Nie lubię wchodzić w relacje, bo jestem tym, co przeciągnie kobietę na tę dobrą stronę, bo zawsze mówię: ”dbaj o siebie, myśl o sobie”. Staram się udowodnić dziewczynom, że mogą w siebie uwierzyć, mogą pokazać kawałek ciała i to nie będzie porno, to będzie fajne, docenione, a one poczują się lepiej. Nie dlatego, że pokazały ciało, tylko dlatego że odważyły się na coś, co zawsze chciały zrobić.

To niesamowite, że taka sesja może być punktem przełomowym w twoim życiu prywatnym, że kobiety dochodzą do momentu, w którym wybierają między zdjęciami a mężczyzną.

To są kwestie fundamentalne. One nie wybierają między zdjęciami a mężczyzną tylko między prawem do decydowania o sobie a mężczyzną, który te prawa ogranicza. Ty chcesz sesję i jeżeli chcesz pokazać ciało, masz do tego prawo.
Wychodzi na to, że niektórzy mężczyźni czują się właścicielami kobiecych ciał.

Dokładnie, ale też nie można generalizować. Wiadomo, że nie wszyscy. Niektórzy po prostu się boją, wstydzą. Bo rodzina, bo znajomi, bo szef w pracy ma dodaną partnerkę na fejsie.

Jak sobie tłumaczysz takie sytuacje? Próbujesz zrozumieć?

Dzięki mojej żonie, która jest o 9 lat ode mnie starsza i jest po rozwodzie, dużo się nauczyłem o kobiecie. Będąc z nią zrozumiałem, jak kobieta siebie akceptuje. Samoakceptacja polega na świadomości i zgodzie na to, w którym miejscu jestem i jaka jestem. Czasem to wymaga lat. Myślę, że każda kobieta dochodzi do tego punktu w innym tempie.

Czujesz się czasem jak terapeuta?

Tak, zazwyczaj tak się czuję w przypadku dziewczyn, które nigdy wcześniej nie miały takich zdjęć. Nie fotografuję idealnych ciał, które widzimy w magazynach modowych lub w tych dla panów. Na moich zdjęciach zobaczysz normalne ciała, czasami z dużymi udami, czasami z mniejszymi piersiami. Ale wszystko jest normalne, bo tacy przecież jesteśmy. Dzisiaj robiłem sesję z Anią. Po naszych pierwszych zdjęciach powiedziała, że wzrosła jej akceptacja siebie. Poczułem wtedy, że mogę sesją zmienić dziewczynę i jej podejście. Ania była po rozwodzie. W pewnym momencie swojego życia zrozumiała, że należy do siebie i poczuła, że może robić, co chce. Powstała piękna sesja.

Jesteś fanem ruchu body positive. Co on dla ciebie oznacza?

Body positive to jest świetny ruch, pod który podpinają się setki tysięcy kobiet. Pokazują swoje ciało, mimo że mają rozstępy, są po operacjach, itd. To jest akceptacja siebie. Ewa Chodakowska robi coś takiego, że zestawia dwa zdjęcia, na których pokazuje: byłaś taka, a teraz jesteś modelką. To okropne, bo każda kobieta widzi tę przemianę, ale nie każda jest na to gotowa czy chętna. Nie można kogoś skreślać, bo ma grube uda. Widzisz dziewczynę, która zrobiła szóstkę Vadera, ćwiczyła przez rok i jest zajebiście smukła. Większość kobiet nie ma w sobie tej siły, tego pędu, żeby to robić. Może nawet siedzą na kanapie i jedzą popcorn. I co z tego, czy one są gorsze?

Teraz pewnie powiesz, że każda z nas jest ładna (śmiech).

Każda kobieta powinna akceptować siebie. Społeczeństwo też powinno.
Trwa ładowanie komentarzy...