Przypadkiem poznałam właściciela sześciu Porsche, czyli dziennikarka lifestyle’owa jedzie na event motoryzacyjny

Concorso d'Eleganza Villa d'Este to prawdziwe święto fanów historycznych aut. Miałam okazję przekonać się o tym na własnej skórze.
Concorso d'Eleganza Villa d'Este to prawdziwe święto fanów historycznych aut. Miałam okazję przekonać się o tym na własnej skórze. Fot. naTemat
No dobrze, nie czarujmy się. Wiem, że połowa panów, czytając tytuł tego tekstu wywróciła oczami tak bardzo, że zajrzała w środek swojej głowy. Mam jednak nadzieję, że z tą połową grubo przesadzam, a wewnętrzny dobry duszpasterski duszek, którego każdy z nas przecież w sobie ma, poprowadzi waszą ciekawość przez resztę tego tekstu. Obiecuję, że będę operować czymś więcej niż tylko kolorami.

...choć muszę przyznać, że kolory też miały tutaj znaczenie - przecież to konkurs piękności! Włoski Concorso d’Eleganza Villa d’Este to wydarzenie kultowe w świecie motoryzacji i jak na takie przystało ma nie tylko długą, ale też dość burzliwą historię. Po raz pierwszy odbył się w 1929 roku. Od początku towarzyszyła mu aura przepychu i elegancji dostępnej dla niewielu. Gdy renoma konkursu zaczęła podupadać, do gry wkroczyła grupa BMW, która została współorganizatorem konkursu, ratując w ten sposób jego niepowtarzalny charakter. I choć brzmi to dość PR-owo, powołuję się tutaj na opinie dziennikarzy motoryzacyjnych, którzy przyznają, że dopiero wtedy (tj. po 2005 roku) konkurs odżył i nabrał ponownie właściwego splendoru. Obecnie prezentuje głównie pojazdy historyczne, choć nie brakuje tam również wisienki na torcie w postaci współczesnych samochodów koncepcyjnych i prototypów. Szczerze? Te torpedy wywołują tam najmniejsze zainteresowanie.

Klimat jak w filmie. Perypetie też
Albo to te auta albo wszystko przez malownicze pejzaże okolic Villa d’Este, ale na tej imprezie można się poczuć jakby się grało u Woody’ego Allena. Pamiętacie ”Śmietankę towarzyską”? Lata 30., eleganckie przyjęcia, muzyka na żywo, wprawdzie tam Nowy Jork, a tutaj raptem tylko jezioro Como, ale nie bądźmy małostkowi - nikt mi nie powie, że nie było jak w filmie. Powiem więcej: grałam w nim koncertowo. Dzień pierwszy, oficjalne powitanie, otwarcie imprezy. W tle zachodzące słońce i sympatyczne small talki. Kolega dziennikarz-motoryzacyjny rozmawia z miłym starszym Amerykaninem, jest przyjemnie i smacznie, podano wytworną kolację. Rozmowa ewidentnie się klei, widać, że obaj lubią Porsche. Starszy pan nawet bardzo - ma już 6 modeli (m.in. 959 i Carrera GT). Świadomi tego, na jakiej imprezie jesteśmy, robimy pełne uznania miny, ale takie z gatunku ”faktycznie słodkie” podczas rozmowy o truskawkach w warzywniaku. Miny rzedną nam tylko na chwilę - gdy się okazuje, że przez pomyłkę siedzimy w nieco bardziej VIP-owskiej sekcji niż powinniśmy. Takie trochę dolce vita. Ale spokojnie, wieczór do końca celebrujemy w doborowym towarzystwie.
Prezentowane modele starych aut traktowane są przez gości z atencją godną prawdziwych dam. Czy wiedzieliście, że o spalinach można rozmawiać w tak zajmujący sposób jakby analizowało się najnowszą linię drogich perfum? Rozmów o sylwetkach konkretnych modeli nie będę nawet przytaczać - przecież ci mężczyźni mają jakieś partnerki! Jedno jest pewne - ten konkurs to duże emocje. – Concorso d’Eleganza Villa d’Este jest dla posiadaczy i miłośników samochodów zabytkowych jak Festiwal w Cannes dla branży filmowej - są na świcie bardziej znane wydarzenia, ale tylko to ma w sobie wyjątkowy urok i styl. Ustawione obok siebie ikony motoryzacji z różnych epok podziwiane są przez kolekcjonerów, miłośników piękna i dziennikarzy z całego świata w celu wybrania ich zdaniem najpiękniejszego z nich. Ogólnej ocenie nie jest poddawany jednak wyłącznie wygląd. Zabytkowe samochody to również przepiękne historie ich twórców lub właścicieli – mówi Piotr Sielicki, redaktor naczelny magazynu ”Classic Auto”.

Zwykłe historie niezwykłych aut

Tegoroczna edycja przebiegała pod hasłem ”Hollywood on lake” i faktycznie zaprezentowano kilka samochodów, które wystąpiły w kultowych produkcjach (m.in. w ”Jamesie Bondzie” czy ”Jasiu Fasoli”). Coś jest jednak w tej imprezie takiego, że po kilku godzinach spędzonych w otoczeniu klasyków zaczynasz czuć synchronizację rytmu serca z rytmem rury wydechowej takiego np. Stratosa Zero. Wówczas zamiast zachwytów nad hollywoodzkim wabikiem, łapiesz się na tym, że próbujesz sobie wyobrazić, jak w takim Stratosie siedziałby Marcin Prokop (Stratos - 84 cm, Marcin Prokop - 205 cm). Prototyp powstał w 1970 roku, jest jedynym egzemplarzem i właściwie ojcem chrzestnym najbardziej kultowych rajdówek wszech czasów. Gdyby ten konkurs był pokazem mody, Stratos by go otwierał.

Inną pięknością, która kusiła zaskakującym makijażem jest Ferrari 250 GTO. Swój nietypowy (bo nie czerwony) kolor zawdzięcza barwom narodowym pewnego szwedzkiego kierowcy rajdowego, dla którego auto zostało przemalowane. Ciekawostka: to najdroższe auto na świecie (osiągnęło cenę ponad 38 mln dolarów na aukcji w Kalifornii). Autem, które skupiało na sobie głodne spojrzenia był również Rolls Royce Phantom. Dlaczego? Wszystkie widoczne metalowe części wykonane są ze złota, a wśród osób, które miały przyjemność go prowadzić był m.in. wnuk ”tego” Rockeffellera, niejaki pan Nelson, vice prezydent USA. Aut z takim nadwoziem powstało jedynie dziesięć, ale tylko jedno zostało wykończone złotem.

Konkurs wygrała jednak Alfa Romeo 33/2 Stradale, najdroższy samochód na świecie w 1968 roku. Wówczas kosztowała 9,7 mln lirów. Teraz też 10 mln, ale tym razem dolarów. Tym, co urzeka w jej przypadku, jest jej subtelna linia, osłony na reflektorach i… trąbki gaźników pod tylną szybą. Przyznaję - nazwę tych ostatnich podpowiedział mi kolega dziennikarz-motoryzacyjny.

Konkurs piękności aut wciąga tak jak wciąga wszystko, w czym czuć prawdziwą pasję. Jadąc tam gryzłam palce z obawy, czy zrozumiem, o co w tym chodzi i - mówiąc wprost - czy sama przed sobą nie będę musiała przyznać: ”Gargol, jesteś zwykłą ignorantką". Niedługo później krążyłam już z zaciekawieniem wokół aut, zaglądając do środka w poszukiwaniu śladów po właścicielach i ewentualnych przygodach, w poszukiwaniu dowodów na to, że przeszłość tych aut to naprawdę styczność z Rockeffellerem. A jeśli nie przekonuje was historia aut, to warto to przeżyć dla ludzi. I kilku small-talków ze starszym panem z USA.
Trwa ładowanie komentarzy...