W tym filmie wszystko mogło pójść nie tak. I poszło, ale i tak polecam "Ocean's 8". Feministki nie będą zachwycone

Sandra Bullock i Cate Blanchett grają w "Ocean's 8" przyjaciółki. To właśnie od nich zaczyna się wielki plan kradzieży naszyjnika wartego 150 mln dolarów.
Sandra Bullock i Cate Blanchett grają w "Ocean's 8" przyjaciółki. To właśnie od nich zaczyna się wielki plan kradzieży naszyjnika wartego 150 mln dolarów. Fot. materiały prasowe
Trudno sobie wyobrazić lepszy moment dla takich filmów niż rok, w którym wyraźnie i dobitnie do głosu dochodzą kobiety. Tak zresztą zapowiadają się najbliższe lata - boleśnie wybudzone przez polityków kobiety nie zamierzają odpuszczać czy dać się wyciszyć. Gwiazdy showbiznesu i świata kultury powiedziały solidarnym głosem: time’s up, bierzemy sprawy w swoje ręce. Kobiety i ich sprawy stały się tematem. A że producenci nie śpią, motyw kobiecej siły będzie się teraz pewnie przewijać w amerykańskich produkcjach częściej niż Shrek w TVNie.

I fajnie, byle robili to dobrze. Nie ma nic gorszego niż mizdrzenie się mężczyzn robiących takie kino do kobiet, które mają to kino obejrzeć. A właśnie tego typu naiwnością pachnie najnowsza produkcja Gary’ego Rossa ”Ocean’s 8”. Ale zacznijmy od początku.
Debbie Ocean (Sandra Bullock), siostra niedawno zmarłego Danny’ego, wychodzi po prawie 6-letniej odsiadce z więzienia. Zamiast zająć się przykładnym życiem przykładnej obywatelki od razu przechodzi do działania. Czas w więzieniu poświęciła bowiem na ułożenie misternego planu, do którego musi teraz zorganizować ekipę. Cel jest jasny: zabytkowy naszyjnik wart 150 mln. dolarów, który ma mieć na sobie znana aktorka podczas gali MET. W realizację misternie utkanego planu Debbie wciąga najbliższą przyjaciółkę, Lou (Cate Blanchett), a następnie wspólnie już budują kolejne filary szajki, wciągając do gry profesjonalne przestępczynie. Trzeba przyznać, że o obsadę zadbano tutaj bardzo starannie.

Coś poszło nie tak...
Ale co z tego? ”Ocean’s 8” to fajne, dynamiczne kino z gatunku ”heist movie” i właściwie prawie się broni, gdyby nie pierwowzór. Problem ze spin-offami jest jeden - punktem odniesienia jest zawsze pierwowzór. Dobry spin-off pamięta swój pierwowzór, ale rozwija go, odkrywa nowe możliwości i zaskakuje widza. Tymczasem ”Ocean’s 8” jest próbą odtworzenia schematu filmów o rezolutnym Dannym w skali 1:1 przy drobnym dodatkowym założeniu, że w męskich pierwowzorach obsadzone zostały kobiety. I tak dostajemy Sandrę Bullock, która jest jak George Clooney czy Cate Blanchett, która wciela się w Brada Pitta.
Serio? Trudno to nawet nazwać rozczarowaniem. Gdzieś w trakcie produkcji powinno paść sakramentalne: ”tylko na tyle nas stać?”. Rozumiem, że sprawdzona formuła jest jak seria drogowskazów, których warto się trzymać, aby dotrzeć do celu. Ale mając na planie takie aktorki, Gary Ross mógł naprawdę zaszaleć. Nie twierdzę, że ”Ocean’s 8” powinien być filmem feministycznym, nie uważam również, że powinno mu przyświecać ”girls do it better”. Ale ”jest dobrze, bo jest jak we wcześniejszych produkcjach” to nie jest komplement.

Pozostając przy obsadzie: jest kilka nazwisk, dla których warto ten film zobaczyć. Po pierwsze: Cate Blanchett, która od pierwszych minut elektryzuje i przyciąga uwagę, zupełnie rozmywając tę, którą próbujecie skupić na Sandrze Bullock. Po drugie: James Corden, którego wątek powinien być rozbudowany, bo jego postać i sposób gry wprowadzają do filmu dużo świeżości i humoru. Jeśli chodzi o Sandrę Bullock, aktorka ujmuje w jednym momencie - gdy zaczyna mówić po niemiecku, w dodatku jest to niemiecki podszyty odgrywaną przed pracownikami stylowej galerii irytacją. Cudowne! Natomiast niespecjalnie przekonuje mnie w roli liderki szajki. Brakuje tutaj uroku osobistego i pewnej miękkości, z którą jej brat wcinał się w rzeczywistość, formując ją jak plastelinę.
Wspaniała Helena Bonham Carter tym razem nie pokazuje wszystkich swoich możliwości i nie wyczerpuje komediowego potencjału swojej postaci, ale to nie oznacza, że was rozczaruje. Ta aktorka jest stworzona do grania pokręconych neurotyczek. Być może chodzi po prostu o to, że sytuacja, gdy czas ekranowy dzielisz między osiem wspaniałych kobiet, nie jest sytuacją idealną do zaprezentowania wszystkich możliwości. Być może. Na pewno ten argument sprawdziłby się podczas dyskusji na temat talentu aktorskiego Rihanny, która w całym filmie wypowiada może pięć zdań. Tak jak ona nie gra twarzą tak nawet bracia Mroczek nie potrafią…


Stare schematy, nowe oczekiwania
Będę jednak bronić tego filmu, bo uważam, że w oczekiwaniu na mocną kobiecą odpowiedź zapędzamy się trochę za daleko. Nie wszystko, co traktuje o kobietach, musi być teraz manifestem i przewodnikiem po nowoczesnej rzeczywistości. ”Ocean’s 8” to przede wszystkim kino rozrywkowe, w którym widzimy osiem sprytnych kobiet robiących rzeczy, które do tej pory robili w kinie zazwyczaj mężczyźni. Wyszło wiarygodnie.
Z pewnym rozbawieniem czytam zarzuty, że producenci popełnili błąd, bo nie wykorzystali seksapilu aktorek, a przecież przestępcy z niego korzystają garściami, więc to odrealniona wizja. Już widzę, co by było, gdyby tym seksapilem zagrali… To przy okazji pokazuje, ile pułapek czeka na tych, którzy zechcą robić kino o kobietach w oparciu o sprawdzone schematy. Może zatem czas na coś świeżego?

Gdy Debbie pyta przyjaciółkę-paserkę, której wielki garaż wypchany jest kradzionym towarem o to, co mówi mężowi, gdy ten pyta skąd to ma, przyjaciółka tłumaczy, że wystarczy odpowiedź ”z eBaya”. Sala rechocze. A ja nie jestem przekonana, czy obśmiewanie głupoty mężczyzn to dobry kierunek w budowaniu kobiecej siły (również tej w kinie). Co więcej, mam obawę, że to właśnie wspomniane mizdrzenie, którym obdarowują nas mężczyźni, robiąc takie kino. Żeby jednak nie kończyć tak ciężko, napiszę, że ”Ocean’s 8” spełnia wymagania gatunkowe i dla fanów serii będzie na pewno przyjemną rozrywką. Tylko lub aż, ale nadal rozrywką. A ja mimo wszystko mam nadzieję, że powstanie kolejna część - bogatsza o wiedzę opartą na błędach.
Trwa ładowanie komentarzy...