Żądne władzy pierwsze damy. Czy Hillary Clinton inspirowała twórców czwartego sezonu serialu „House of Cards"?

Instagram/hillaryclinton
Nigdy nie komentowana przez samych zainteresowanych anegdota głosi, że niedługo po ślubie w 1975 roku Bill i Hillary nie mogąc dojść do porozumienia postanowili rzucać pięćdziesięciocentówką. Trajektoria monety nie decydowała jednak, jak to bywa w zwykłych małżeństwach, czy nowożeńcy spędzą wakacje w górach czy nad morzem, ale o tym które z nich ma w najbliższych latach znaleźć się na świeczniku. Oboje mieli ogromne ambicje polityczne, wiedzieli jednak, że nie mogą zabrać się za ich realizację jednocześnie.


Niezależnie od tego, ile w przytoczonej historii jest prawdy (a podobno w każdej jest jej ziarno), jedno jest pewne – od 41 lat Clintonowie grają w dwuosobowej drużynie, w której nigdy do końca nie wiadomo kto jest kapitanem.

Na grze zespołowej opiera się także sukces bohaterów serialu "House of Cards". W najnowszym, czwartym sezonie twórcy pokazują jak niebezpieczne może być dla prominentnego polityka, gdy współmałżonek zamiast podawać i bronić postanawia nagle założyć własną drużynę. Hillary Clinton zrozumiała to niebezpieczeństwo na znacznie wcześniejszym etapie politycznej kariery niż Frank Underwood.
Pierwsza w rodzinie
Hillary, z domu Rodham, wychowała się z dwójką młodszy braci, w przeciętnej amerykańskiej rodzinie klasy średniej na przedmieściach Chicago. Rodhamowie byli gorliwymi metodystami, matka poza prowadzeniem domu uczyła w szkółce niedzielnej. Z kolei ojciec Hillary, Hugh, był weteranem II wojny światowej i utrzymywał rodzinę z małego przedsiębiorstwa tekstylnego.


Jednak to z Dorothy Rodham była szczególnie związana przyszła pierwsza dama, zawsze wspominająca matkę jako swoją olbrzymią inspirację. Dorothy została porzucona przez rodziców i była wychowywana przez niechętnych jej krewnych. W wieku 14 lat zaczęła pracować jako opiekunka do dzieci i pomoc domowa, żeby tylko zyskać niezależność, którą ceniła i wpajała córce jako wielką wartość.


Być może to właśnie ciężkie wspomnienia z dzieciństwa matki sprawiły, że Hillary stała się szczególnie wrażliwa na niesprawiedliwości dotykające dzieci. Po studiach (które skończyła jako pierwsza osoba w rodzinie) na wydziale prawa Uniwersytetu Yale, drzwi prestiżowych kancelarii stały przed 26-latką otworem. Hillary wybrała jednak pracę kiepsko płatną i mało prestiżową.


Zatrudniła się w Children's Defense Fund, gdzie przeprowadzała wywiady środowiskowe – odwiedzała niepełnosprawne dzieci, zbierając informacje dotyczące dostępu tej grupy do edukacji, o który w latach 70. było bardzo ciężko. W kilka lat później założyła jedną z pierwszych kancelarii prawniczych na świecie specjalizujących się w sprawach, w których jedną ze stron są dzieci.
Więcej niż żona
Jako żona – najpierw gubernatora Arkansas, a potem prezydenta Stanów Zjednoczonych, Hillary nigdy nie pozostawała w cieniu. I nie mam tu na myśli prężnego sprawowania funkcji reprezentacyjnych, czy bycia twarzą fundacji charytatywnej, co stało się już standardem zajęć pierwszej damy.

Przez dwie kadencje była jednym z oficjalnych doradców swojego męża, a co ważniejsze, główną inicjatorką i propagatorką reformy systemu opieki zdrowotnej, która ze względu na silne lobby została wprowadzona w życie dopiero za rządów Baracka Obamy (wcześniej opieka medyczna, pomijając stan zagrożenia życia, była zarezerwowana jedynie dla posiadaczy polis u prywatnych ubezpieczycieli).

W 1995, mimo sprzeciwu członków rządu, widzących jej miejsce dwa kroki za prezydentem w roli wdzięcznej ozdoby, pojechała jako szefowa amerykańskiej delegacji na IV kongres dotyczący kobiet w Pekinie.

Hillary pojawiła się na sali w dniu obrad wyglądając jak stereotypowa amerykańska blondynka – w modnym, cukierkowo różowym żakiecie i z burzą loków. Jednak wygłoszona przez nią mowa porwała pełną kobiet salę. Wypowiedziane wówczas słowa „Prawa człowieka to prawa kobiet. Prawa kobiet to prawa człowieka” są cytowane do dziś. Pierwszej damie odwróceniem prostego twierdzenia udało się pokazać, że fakt, iż prawa człowieka dotyczą także kobiet nie jest wcale oczywisty.

In flagranti
Opowiadając historię Hillary nie sposób pominąć skandalu wywołanego wyjściem na jaw romansu Billa z Monicą Lewinsky – stażystką zatrudnioną w Białym Domu. Co ciekawe, sprawa Lewinsky, która nieomal doprowadziła do odwołania Clintona ze stanowiska, za składanie fałszywych zeznań, została ujawniona w trakcie procesu innej byłej podwładnej. Prezydent, jeszcze jako gubernator Arkansas, miał nakłaniać niejaką Paulę Jones do stosunków seksualnych wykorzystując swoją nadrzędną pozycję.
Koniec końców proces Clinton-Jones skończył się wycofaniem pozwu, do którego była pracownica została delikatnie zachęcona wpłatą na konto bagatela 850 tys. dolarów. Z kolei sprawa Moniki Lewinsky, o której świat dowiedział się przypadkowo, przez niedyskrecję jednej z jej przyjaciółek, ciągnęła się długie miesiące.

Z czasem do prasy trafiały coraz pikantniejsze szczegóły (zeznanie o penetracji cygarem) i dowody (niebieska sukienka na której znajdowało się zaschnięte prezydenckie nasienie). Twarz tracił z tygodnia na tydzień nie tylko Bill, ale i Hillary. Stanęła za mężem murem, przy okazji obrażając Lewinsky i oskarżając ją o oszustwo. Wraz z kolejnymi prezentowanymi przed sądem dowodami prezydencka para stopniowo wycofywała się ze swoich słów.

Rozważania prezydenta czy fellattio zalicza się do współżycia seksualnego to często przytaczany klasyk z pogranicza retoryki i czarnego humoru. Dociekaniami dotyczącymi definicji stosunku Clinton usiłował uniknąć oskarżenia o krzywoprzysięstwo, po tym, jak złożył publicznie zeznanie pod przysięgą, że nie współżył z „tą kobietą”, jak określił Lewinsky.
Po aferze rozporkowej
Amerykanie uwielbiają tandetne, medialne historie. Publiczne kajanie się Clintona w roli nawróconej owieczki i Hillary obsadzonej jak przebaczająca i kochająca żona, zdało egzamin i pośrednio przyczyniło się do reelekcji Billa. Czy doszłoby do niej, gdyby Hillary zamiast stanąć za nim murem, pojawiała się na telewizyjnych kanapach dzieląc się ze światem swoim cierpieniem, a może i kolejnymi pogrążającymi męża faktami?

Ameryka zamiast podziwiać małżeństwo, które w wypadku Clintonów stało się instytucją, skupiłaby się na współczuciu pierwszej damie. Pokazanie silnych, negatywnych emocji milionom widzów prawdopodobnie zaprzepaściłoby również szanse samej Hillary na poważną karierę polityczną. Głośne rozwody i "szczere" wyznanie przed okiem kamery procentują w show businessie, nie w świecie władzy. - Razem jesteśmy silniejsi - mówi do męża Claire Underwood, w czwartym sezonie "House of Cards", wyciągając rękę i wznosząc się ponad wcześniejsze upokorzenia. Ten sam gest przebaczenia i sojuszu wykonała w 1998, a być może i wcześniej Hillary.

Po latach była pierwsza dama o tamtych czasach umie już mówić z klasą i z dystansem. Kiedy dwa lata temu w „Vanity Fair” ukazł się felieton Lewinsky opowiadający o wydarzeniach sprzed lat, prasa zwróciły się o komentarz w pierwszej kolejności do Hillary. W jednym w wywiadów zapytana o powrót byłej kochanki męża zasugerowała, że nie rozumie problemu, dodając – Monica ma pełne prawo opowiadać swoją historię, jest wolną kobietą i może robić to w dowolny sposób, i w dowolnym tonie.

Lewinsky przez ostatnie lata wciąż nadstawiała drugi policzek – media nie zostawiły na niej suchej nitki, kiedy napisała książkę o romansie z Clintonem i ostrzyły zęby czekając na premierę linii projektowanych przez nią torebek. Kpiono z jej nadwagi, a potem z udziału w kampanii tabletek odchudzających, a wiadomość, że nie była w stanie znaleźć zatrudnienia w kraju i musiała przeprowadzić się do Wielkiej Brytanii, została skwitowana niewybrednymi żartami.
Dwa kroki w tył to tylko rozbieg
Pamiętacie anegdotę o rzucaniu monetą? Gdyby rok 2000 w życiu Hillary Clinton zawrzeć w metaforze filmowej, byłby to lekko śnieżące nagranie z kasety VHS puszczone wstecz. Srebrna moneta z wyraźną pięćdziesiątką leży chwilę na ziemi, by zaraz gwałtownie się od niej oderwać, obrócić kilka razy w powietrzu i wrócić do ciepłej, wilgotnej ze zdenerwowania dłoni Hillary, z której wypadła ponad dwie dekady wcześniej. Ćwierć wieku po zawarciu umowy między małżonkami, ambicja Billa została zrealizowana. Przyszedł czas na jego żonę

W pierwszym roku dwudziestego pierwszego stulecia, Bill odstępuje gabinet owalny George'owi Bushowi Juniorowi, którego ojca pokonał w wyborach osiem lat wcześniej, a 53-letnia Hillary wchodzi do polityki. Przez osiem lat będzie pierwszą w historii kobietą-senator ze stanu Nowy Jork. Apetyt Hillary rośnie w miarę jedzenia – w 2008 roku staje w szranki z Barackiem Obamą o nominację prezydencką Partii Demokratów.

Bezprecedensowy w historii Stanów pojedynek, w którym potencjalny urząd miał szanse objąć pierwszy Afroamerykanin lub pierwsza w historii kobieta. U Clinton mocno szwankuje kampania, w której oficjalna Hillary niezbyt przekonywująco zachęca do siebie wyborców hasłem przywodzącym na myśl śródtytuł książki uczącej jak zostać damą w weekend, mianowicie „Let the conversation begin”.

Była pierwsza dama nie dostaje nominacji, ale Obama zwycięża wybory i proponuje jej prestiżową funkcję sekretarza stanu, odpowiednika ministra spraw zagranicznych. Hillary mimo wcześniejszej ostrej walki o udział w wyborach przyjmuje urząd.
Gdy sufit pęka
Na współpracy z prezydentami Stanów Zjednoczonych Hillary Clinton spędziła już łącznie cztery kadencje, czyli 16 lat. W tym roku w końcu ma szansę wreszcie przebić tzw. szklany sufit i wrócić do Białego Domu jako pierwsza w historii kraju kobieta-prezydent.

O rysach w suficie, przez które zaczyna przebijać się światło mówiła, gdy osiem lat temu nie udało się jej uzyskać nominacji. Do tego pojęcia nawiązuje też w nowym spocie wyborczym - „Będę walczyła tak długo, aż każda dziewczynka w Ameryce będzie dorastała ze świadomością, że może w przyszłości zostać kimkolwiek zechce, nawet prezydentem Stanów Zjednoczonych”.
Trudno się dziwić, że to socjologiczne pojęcie wydaje się Hillary szczególnie bliskie. Szklany sufit to metafora określająca widoczne statystycznie zjawisko polegające na tym, że kobiety o podobnym do mężczyzn doświadczeniu i wykształceniu, znacznie rzadziej awansują. W przypadku naprawdę wysokich stanowisk napotykają szklany sufit, a żeby mieć szanse na jego przebicie, ich kompetencje muszą znacząco przewyższać umiejętności męskiej konkurencji.

Dopiero w 2016 roku szanse Hillary Clinton na objęcie urzędu prezydenta są realne. Jej doświadczenie jaskrawo odcina się na tle gorzej przygotowanej, męskiej konkurencji. Była pierwsza dama zna świat dyplomacji, specyfikę senatu, a prezydenturę obserwowała nawet nie tyle z bliska, co od kuchni.

In it to win it
Na jej korzyść działa też świetnie przygotowana i przeprowadzana kampania wyborcza do której została zatrudniona między innymi Wendy Clark – wcześniej odpowiadająca za marketing Coca-Coli. 69-letnia Hillary od początku kampanii prowadzi konto na Instagramie. Wypełniają je zdjęcia z rodziną i zwykłymi Amerykanami spotkanymi podczas kampanii, a także fotografie z czasów studiów i z wieców wyborczych. Pierwszy wpis, opublikowany 10 miesięcy temu, to zdjęcie wiszących na wieszaku zestawów ubrań w barwach amerykańskiej flagi z humorystycznym opisem "trudne wybory", który z równym powodzeniem co do wyborów prezydenckich można odnieść do wyboru garderoby.

Poparcie i pełną wiarę w intencje Hillary zadeklarowały nie tylko Katy Perry i Kim Kardashian, ale także kobiece osobowości telewizyjne znane z walki o prawa kobiet - Ellen DeGeneries, czy Lena Dunham twórczyni serialu HBO „Girls”, która jeździła z Hillary na niektóre spotkania z wyborcami.

Nie interesujesz się polityką, ale...
Dla laika, który nie ma ochoty tracić tygodnia na żmudne zgłębianie systemu politycznego Stanów Zjednoczonych, a jednak chciałby wiedzieć o co chodzi z tymi wszystkimi nominacjami i dlaczego kampania wyborcza ma tyle etapów, z odsieczą przychodzą twórcy serialu "House of Cards".
W czwartym sezonie oglądamy Underwoodów zaciekle walczących o nominację partii Demokratów, czyli właściwie sytuację paralelną do tego, co dzieje się teraz za Oceanem. Na tym analogie między fikcją, a rzeczywistością się jednak nie kończą, mimo że Robin Wright, odtwórczyni roli Claire Underwood, a także reżyserka serialu, kilkakrotnie zarzekała się, że jej postać nie jest wzorowana na Clinton.

I Underwoodowie i Clintonowie kwestię małżeńskiej wierności traktują jako drugorzędną w stosunku do marki, w którą przekuli własny związek. Czy to model dobry czy zły można polemizować w nieskończoność. Nie ulega wątpliwości, że kiedy wypala się młodzieńcza namiętność, warto mieć inny filar, na którym można wesprzeć małżeństwo. Jakikolwiek by on nie był, obu parom prezydenckim - fikcyjnej i prawdziwej, to się udało.

Fasada małżeństwa Clintonów prezentowana w mediach jest nie tyle pozbawiona rys, co odmalowana przetrwanymi kryzysami, ale gdyby "House of Cards" pokazywało swoich bohaterów bez toczonych przez nich zakulisowo rozgrywek, nie byłoby inaczej. Wszak Underwoodowie to pozornie wzory cnót obywatelskich.
Szumnie podkreślane partnerstwo w życiu i w polityce to świetnie sprzedająca się, bo odwołująca się przede wszystkim do emocji, historia. Co ciekawe, twórca scenariusza do serialu, Beau Willimon, żywo interesował się polityką. Po studiach pracował dla rządu w Tallinie, a potem pomagał przy kampanii senatorskiej Hillary.

Czy sceny w serialu są namiastką tego, co widział jako jej współpracownik? Niewątpliwie ta możliwość dodaje pikanterii serii, a już zwłaszcza jej czwartemu sezonowi. Pozostająca w poprzednich sezonach w cieniu Claire, w najnowszych odcinkach niespodziewanie wychodzi zza pleców męża, by startować z nim w wyborach jako kandydatka na wiceprezydenta. Przypadek? Naturalny rozwój akcji?

W nowych odcinkach nawet garderoba Claire zdaje się być niekiedy inspirowana stylem Hillary. Wcześniej żona Franka Underwooda chętniej nosiła dekolty, a jej stylizacje często miały modowy twist. Teraz wybiera garsonki z dużymi kołnierzami, bluzki pod szyję, widoczną biżuterię.
Niezależnie od tego, czy Hillary Clinton jest sprawną manipulatorką czy polityczką z powołaniem, nie można odmówić jej zdrowej ambicji, pracowitości i odwagi w wychodzeniu przed szereg. Jeśli w listopadowych wyborach wreszcie pęknie nad nią szklany sufit, z pewnością nie spadnie jej na głowę, lecz raczej postawi ją w należnym jej świetle. U jej boku będzie jej spłacający dług wdzięczności kolega z drużyny - Bill.

Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Już nie opozycja, a współrządzący! Senacka większość anty-PiS potwierdzona
PILNE 0 0Koszmarny sen PiS w Senacie trwa. Wicemarszałkiem wybrano Michała Kamińskiego
MOTO 0 0Skoda Kodiaq, Karoq, Kamiq. Nazwy podobne, ale auta różne. Najlepiej wyjaśnia to… Krystyna Czubówna
0 0O pracy w tym miejscu marzą tysiące. Właśnie ruszyła rekrutacja dla Polaków
Fundacja Citi Handlowy 0 0Organizacje pozarządowe otrzymały wsparcie. Pomoc ma trafić do m.in. migrantów
ASZdziennikMotorola 0 07 pomysłów na wieczór, które są tak fajne, że aż szkoda ich nie wrzucić na Insta
0 0Możesz się pozbyć boomboxa. Ten niezniszczalny głośnik stanie się sercem każdej imprezy
0 0Przebranie Tosi na szkolny konkurs na ustach wielu Polaków. Zareagowała sama Tokarczuk
FELIETON LIBERSKIEGO 0 0Co po Tusku? Jeśli opozycja nie wyłoni jednego kandydata, przegra po raz kolejny
0 0"Koniec opozycji totalnej". Kaczyński niespodziewanie wszedł na sejmową mównicę
0 0101 lat polskiej muzyki w 7 minut. Film uczniów z Dąbrowy Górniczej trzeba zobaczyć!
dad:HERO 0 0"Trzeba mieć do kogo wracać..." płk Kruczyński z GROM o tym, jak być komandosem i ojcem